MetodyDoradca Portalu

Metody News Techniki
Wpływ faz księżyca na wędkowanie

Na portalach, blogach, i w czasopismach wędkarskich napisano już wiele na temat tego, jak fazy księżyca wpływają na branie ryb. Dla tych, którym ten temat może wydać się obcy, przedstawiamy jego streszczenie do osobistej oceny. Tak naprawdę stosując się do poniższych zaleceń nie tracimy wiele, a jeśli mielibyśmy coś zyskać na tym, że dopasujemy terminarz naszych wypraw do biegu księżyca, być może warto spróbować?

Fazy księżyca odnoszą się do tego jaką jego część widzimy w danym momencie ziemi. Czas obiegu księżyca wokół naszej planety wynosi nieco ponad 27 dni, a więc około miesiąc. Przez ten czas stale zmienia on swój kształt. Krytyczne momenty tych zmiana noszą nazwę faz. Wyróżniamy wśród nich pełnię, kiedy to widzimy cały księżyc, nów, kiedy nie widać go prawie wcale, pierwszą kwadrę, kiedy księżyc rośnie po nowiu i ma kształt litery D, oraz trzecią kwadrę, kiedy księżyca ubywa i ma on kształt litery C.

 

Branie podczas pełni

Doświadczeni wędkarze mogą stwierdzić, że najkorzystniejszym czasem na nocne łowy jest pełnia. Oświecenie nocą wody przez pełny, jasny księżyc powoduje, że ryby chętniej udają się na żer, łatwiej mogą trafić do przynęt. Szczególnie zauważalne w tym okresie jest zwiększone branie ryb karpiowatych.

Również i w dzień, kiedy księżyca nie widać, oddziałuje on na zwierzęta w jakiś nie do końca zrozumiały sposób. Odczuwają one mocno jego działanie, które może nieco różnić się od ich zachowania w nocy. O ile nocą w trakcie pełni można liczyć na dobre łowy, to już w dzień połów będzie raczej przeciętny.

Wędkowanie podczas nowiu

Inaczej sprawa ma się podczas nowiu. Przez pięć pierwszych dni tej fazy branie jest bardzo dobre, jednak do godzin porannych, południowych. Równie dobre warunki następują na początku i końcu pierwszej kwadry, oraz na początku i końcu trzeciej kwadry. Można więc zauważyć że szczytowe dni danej fazy nie są najlepszą porą na połowy.

Dokładne kalendarze księżycowe na cały rok, wraz z poradami na temat wędkowania oferuje niejeden dobry sklep wędkarski. Być może taki zakup okaże się równie opłacalny, co kupno nowej przynęty czy spławika. Przyda on się także osobom zajmującym się uprawą roślin, hodowlą zwierząt, pszczelarzom, grzybiarzom oraz gospodyniom domowym. Księżyc ma bowiem duży wpływ na całą przyrodę, nie wyłączając z tego oddziaływania na ludzi. Zapoznając się z tą wiedzą mamy możliwości skuteczniejszego wykonywania niektórych codziennych obowiązków.

Metody
Metoda SPŁAWIKOWA

Metoda ta dzieli się praktycznie na dwa sposoby: pierwszy to klasyczna metoda spławikowa (czyli łowienie przy pomocy tyczki) tym sposobem można łowić tylko niewielkie ryby, drugi sposób przeznaczony do połowu większych ryb to metoda spławikowa z kołowrotkiem.

Klasyczna metoda spławikowa

Kołowrotek tu całkiem zbędny, a nawet przeszkadza. Jeśli już coś się trafi, to na pewno nie olbrzym. Pomijając drobiazg: choćby najoporniejsza konstrukcja długo nie przetrzyma tarzania w ziemi. Podobnie bezsensowne są przelotki. Żyłka wyraźnie zbyt sztywna i gruba. W dodatku wypuszczenie jej poza długość wędziska całkiem odbiera jakąkolwiek możliwość wpływania na zachowanie się tego, co pod spławikiem. On sam za duży, niepotrzebnie pstrokaty i źle wyważony; z wody powinien wystawać zaledwie niewidoczny skrawek korpusu.

Ołów w tej postaci nie tylko robi dużo hałasu, ale także wprawia zestaw w boczne ruchy, od których do splątania krok. Kuty haczyk niweczy żywotność, jeden z atutów dżdżownicy jako przynęty. Ona sama w jeziorze i w lecie, na domiar – zawieszona w toni, to już niemal nieporozumienie.

Pszenica, tak posiewana, nie skupi ewentualnych amatorów, lecz rozproszy po znacznym obszarze dna. Przypuśćmy jednak, że mimo wszystko znajdzie się rybi żarłok który skusi się na przynętę. Pomińmy też ograniczoną zdolność zestawu do sygnalizowania brań. Odprężony łowca zresztą i tak ma wszelkie szanse lekkie drgnięcia spławika przeoczyć. Jeśli zaś przypadkiem zerknie akurat w dobrym momencie, to zanim sięgnie do wędki, wyprostuje wszelkie zawijasy żyłki to ryba już zdąży uciec. Trzeba wyjątkowego zbiegu okoliczności: pory, pogody, natężenia żerowania – by w ten sposób coś złowić. A już tylko przy niebywałym szczęściu tym czymś może być cokolwiek innego niż małe okonki lub inny drobiazg.

Jednocześnie każdy element z osobna odpowiada mniej więcej temu, co nazywamy klasyczną metodą spławikową. Cechą wyróżniającą jest w niej to, że obciążenie nie przewyższa wyporności spławika (zestaw jest na nim zawieszony), a łowi się w zasięgu wędki zwykłej, bez wyrzutów z użyciem kołowrotka. W literaturze wędkarskiej często rozróżnia się dwie odmiany takiego łowienia. W wodach stojących nazywa się ją lekką gruntówką. W bieżących – przepływanką. Tu zostaną omówione łącznie, ze zwróceniem uwagi na różnice w tych dwóch rodzajach łowisk. Nie ma co formalizować. Tym bardziej, że jedna z odmian często niepostrzeżenie przechodzi w drugą. W leniwym nurcie przepływankowy zestaw zatrzyma się nagle na granicy spokojnej wody czy prądu wstecznego; spławikowy zaś w jeziorze – popłynie pod wpływem podwodnego ciągu. Najważniejsze, aby tak zestawić wędkę i tak łowić, żeby nie tylko elementy się zgadzały, ale i wynik był. On ważniejszy niż definicja.

Sprzęt


Wędzisko
, ze względu na konieczność utrzymywania stałego kontaktu z zestawem, powinno być możliwie sztywne. Wędkarze doświadczeni i biegli wybierają najczęściej akcję A. Dla mniej wprawnych, o słabym wzroku, nie najlepszym refleksie, lepsza jest akcja B. Nieco większa giętkość wędziska wyrównuje braki umiejętności, łagodzi skutki błędów zestawienia wędki. B – jest bezpieczniejsza; taki slogan można by podsunąć tym, którzy wędkują rzadko, np. tylko podczas urlopu.

Ważne, aby było lekkie. Cały czas przecież trzeba je trzymać w ręku, a przy tym utrzymywać kontakt z zestawem, precyzyjnie go prowadzić czy nadawać odpowiednie ruchy, wreszcie – szybko i pewnie zacinać.

Długość wędziska należy dostosować do odległości łowienia. Ta zaś niekoniecznie musi być duża. Zasada, że im dalej tym lepiej, sprawdza się głównie w warunkach zawodów wędkarskich. Tam jednak wynika to ze szczególnych okoliczności. A i to nie zawsze. Jeden z najlepszych wyników w historii mistrzostw Polski, 25 kg (trzydzieści dwa jazie i nieco ryby drobnej) Mieczysława Wiśniewskiego z roku 1976 został uzyskany z wędziskiem krótszym niż te, którymi łowiła większość zawodników; tak się ukształtowało łowisko. Przeciętne ryby, na które nastawiamy się wybierając klasyczną spławikówkę, żerują normalnie w pasie przybrzeżnym. Odległość 5 m okazuje się zazwyczaj wystarczająca. Rzadko przekracza 7 m. I w takim też przedziale długości powinno się mieścić nasze wędzisko.

Nie może być zbyt krótkie. Jako regułę bowiem należy przyjąć, że łowimy tylko pod nim; zestaw nie może sięgać dalej niż ono. Jeśli już się zdarzy, że dobre miejsce łowienia znajdzie się choćby nieco dalej, zmieniamy raczej metodę, niż decydujemy się na sięganie w sposób nie tylko niewygodny, ale, co gorsza, uniemożliwiający sensowne operowanie wędką. Na przykład – trzymając sam dolnik wędziska w wyciągniętych rękach. Bez sensu jest jednak również łowienie w odległości wyraźnie mniejszej niż długość wędziska.

Jeśli zatem chcemy być przygotowani na niemal wszelkie możliwości, mamy dwa wyjścia. Jedno, to postarać się o skompletowanie zestawu wędzisk, o długości np. 4, 5 i 7 albo 8 metrów. Inwestycja dość kosztowna, ale w dłuższym okresie opłacalna. O ile, oczywiście, będziemy dbać o sprzęt należycie. Tyle, że musimy sporo nosić nad wodę. Od tej niedogodności wolne jest wyjście drugie: zaopatrzyć się w wędzisko długie, np. ośmiometrowe, ze złączami nasadowymi przynajmniej w dolnej części. Trzeba tylko przygotować komplet zatyczek o odpowiednich średnicach, aby zawsze móc dół najniższego, akurat użytego segmentu zabezpieczyć przed uszkodzeniem.

Do stosowania w kawałkach nie nadaje się wędzisko teleskopowe. Jeśli jesteśmy na takie skazani, to wybierajmy jak najdłuższe. Mając takie, można pozostałe dobierać z materiałów bardziej tradycyjnych, a tym samym dostępniejszych. Ostatecznie, im krótsze, tym łatwiej uzyskać pożądane właściwości.

Z zasady używamy wędzisk bezprzelotkowych. Zyskujemy przez to na lekkości i operatywności sprzętu. Unikamy też przykrych niespodzianek, jakie płata żyłka. Słabo w tej metodzie obciążona – wybrzusza się między przelotkami, zsuwa ze szpuli kołowrotka. Tracimy jednak szanse na wyholowanie ryb większych niż przeciętne oczekiwane na łowisku, na które wybieramy się ze spławikówką klasyczną. A zdarzają się. Stąd celowe jest sięgnięcie po specjalne rozwiązania, rozszerzające możliwości wędki bez odbierania jej zalet.

Pierwsze to amortyzator gumowy. Klasyczna jego konstrukcja została opracowana kilkadziesiąt lat temu przez wędkarzy z francuskiego miasta Roubaix i nazwana wobec tego roubaisienne. Polegała na przymocowaniu żyłki do wędziska – sztywnego – za pośrednictwem około 25-centymetrowego odcinka gumki. Aby nie oplątywała się ona wokół szczytówki, ta była zakończona hakiem, którego prostopadłe do wędziska ramię miało długość około 5 cm (rys. 1).

 


1. Wędka Roubaisienne – u dołu z prawej widok ogólny, u dołu pośrodku
hak i amortyzator oraz szczegóły łączenia poszczególnych elementów

 

System roubaisienne pozwalał na stosowanie bardzo delikatnych zestawów. Owocowało to wyśmienitymi wynikami. Liczba wykorzystanych brań zwiększała się czasem nawet kilkunastokrotnie. Miał jednak i wady. Hak i widoczna pod nim guma odstraszały ryby, zwłaszcza większe, w wodzie płytkiej i przezroczystej. Na przykład – przy łowieniu wiosennym, zanim zakwity spowodują jej zmętnienie. Luźno zwisający amortyzator utrudniał precyzyjne prowadzenie zestawu, szczególnie przy wietrze. Zacięcia stawały się leniwe. Mimo odsadzenia punktu umocowania gumy od osi wędziska, przez wygięcie szczytówki w hak, oplątywała się ona często. Ograniczona też była długość amortyzatora. Przy dłuższym niż 25 cm traciło się jakikolwiek kontakt z zestawem.

Od wad tych wolna jest konstrukcja z amortyzatorem wewnętrznym. Od nazwiska twórcy, znanego francuskiego mistrza wędkarskiego, została nazwana szczytówką Tessego. Elementem amortyzującym jest w niej nadal gumka roubaisienne. Jej grubość zależy od średnicy współpracującej żyłki. Oznacza się ją numerami:

nr 1 – do żyłki 0,04
nr 2 – do żyłki 0,06
nr 3 – do żyłki 0,08
nr 4 – do żyłki 0,10
nr 5 – do żyłki 0,12
nr 6 – do żyłki 0,14
nr 7 – do żyłki 0,16
nr 8 – do żyłki 0,18

 

Średnice należy do numerów dostosowywać w granicach rozsądku. Zwłaszcza jeśli rozporządzamy żyłkami o wytrzymałości znacznie odbiegającej od średniej światowej. Trzeba też mieć na uwadze, że niektóre firmy stosują nieco inną numerację.

W szczytówce Tessego gumka jest z jednej strony nawinięta na specjalną szpulę z przepustami w ścianie bocznej, dopasowaną do średnicy szczytówki (rys. 2). Dobierając numer i nawijając mniej lub więcej, czyli nadając mniejszy lub większy naciąg wstępny, można uzyskać amortyzatory o różnej elastyczności. Z drugiej strony guma jest zakończona pętlą. Żyłka może być do niej dołączona albo tylko za pośrednictwem miniaturowej agrafki, albo poprzez odcinek żyłki pośredniej. Rozwiązania te różnią się zasadniczo, jeśli chodzi o sposób działania całości.

 


2. Szczytówka Tessego
a – z amortyzatorem dowolnie wyciąganym, b – z ogranicznikiem wewnętrznym (z chwilą oparcia się koralika
o przelotkę zaczyna pracować szczytówka); wstępny naciąg amortyzatora reguluje się przez
nawijanie odpowiedniego odcinka na wewnętrzną szpulę z przepustami w kołnierzu.

 

W pierwszym (rys. 2a) guma jest wyprowadzona poza szczytówkę. Pętla kończąca znajduje się na zewnątrz i przed wciągnięciem chroni ją specjalny ogranicznik (koralik). Układ ten ma rozliczne zalety. Amortyzator jest schowany. Może przy tym być znacznie dłuższy niż przy zwykłej roubaisienne. Jeśli uwzględnić rozciągliwości gumy, daje to możność wydłużenia się zestawu o kilka metrów. Jednocześnie zaś dzięki wstępnemu naciągowi prowadzenie zestawu, zacinanie i wyciąganie ryb mniejszych odbywa się jak przy wędce zwykłej. Amortyzator wypełza dopiero pod większym obciążeniem.

W rozwiązaniu drugim (rys. 2b) guma pozostaje wewnątrz szczytówki. Na zewnątrz wyprowadzony jest odcinek żyłki pośredniej, zakończony pętlą do mocowania żyłki głównej zestawu i zabezpieczony ogranicznikiem przed wciągnięciem do środka. Dokładnie jak pętla gumy w rozwiązaniu pierwszym. Na tym jednak podobieństwo się kończy. Wewnętrzny bowiem (ten od strony gumy) koniec odcinka żyłki pośredniej też jest zaopatrzony w ogranicznik, który po wyciągnięciu pewnego odcinka żyłki opiera się o wewnętrzną przelotkę. Tak więc amortyzator nie może się rozciągać dowolnie, tylko do określonej granicy. Dalej już ugina się szczytówka.

Układ ten daje mniejsze możliwości, kiedy trzeba rybie pozwolić na dalekie ucieczki. Przynosi za to duże korzyści na łowiskach obfitujących w zaczepy, na których wędka z amortyzatorem długim staje się praktycznie nieprzydatna, bo pożyteczna skądinąd guma uniemożliwia uwolnienie haczyka lub zerwanie przyponu (po to zresztą jest). Ponadto lepiej nadaje się do łowienia na zawodach, których regulamin nakazuje utrzymanie holowanej ryby w granicach stanowiska, a zatem nie można jej pozwalać na dowolnie dalekie odpływanie w bok (od brzegu może odpłynąć tak daleko, jak wędkarz i amortyzator pozwolą).

Oba rozwiązania wymagają specjalnego wykończenia szczytówki. Przede wszystkim bardzo gładka musi być jej powierzchnia wewnętrzna. W przeciwnym razie przy większym ugięciu guma tarłaby o nią silnie, co zniweczyłoby zalety amortyzatora. Jeśli jeszcze dodać precyzyjne przepusty, przelotki wewnętrzne itd., to trudno się dziwić, że cena szczytówki Tessego (samej szczytówki) sięgała kiedyś siedemdziesięciu dolarów – czyli więcej niż kosztowało wówczas średniej klasy sześciometrowe wędzisko teleskopowe.

Zupełnie zadowalające wyniki można uzyskać puszczając amortyzator przy szczytówce, zamiast w niej. Rozwiązanie to jest do zastosowania na każdym wędzisku (rys. 3). Na odcinku 0,6 – 1,2 m od końca montuje się szereg maleńkich przelotek. Im szczytówka miększa, tym ich więcej. Na ogół nie powinno być mniej niż osiem do dziesięć. Sporządzone z gładkiego nierdzewnego drutu o średnicy 0,5 – 0,6 mm, mają postać oczka o średnicy niewiele większej niż średnica gumy – zazwyczaj około 1 mm. Obie stopki są zwrócone w tę samą stronę, by szczytówkę usztywniać na jak najkrótszych odcinkach.

 


3. Amortyzator przy szczytówce
a – szczegóły budowy, b – zasada rozmieszczania przelotek (ich liczbę zmniejszono dla czytelności rysunku).

 

Przy klasycznym zwróceniu stopek, jak w przelotkach wężykowych, sztywna podstawa byłaby dwa razy dłuższa. Rozmieszcza się jak zwykle – odpowiednio do akcji: tym gęściej, im większe ugięcie.

Przez przelotki przeprowadza się okrągłą gumę. Można użyć tej, jaką stosuje się do napędzania modeli latających. Jeden jej koniec mocuje się do pętelki, przytwierdzonej omotką do wędziska poniżej ostatniej przelotki. Drugi zaopatruje się w małą agrafkę z drutu. Służy ona do dołączania żyłki głównej. Opierając się o przelotkę szczytową pozwala też nadać amortyzatorowi wstępny naciąg. Nie musi być duży. Byle nie tworzyły się zwisy gumy między przelotkami i nie pracowała ona przy holowaniu ryb małych, a tym bardziej przy prowadzeniu zestawu.

Tak szczytówka Tessego, jak i niewiele jej ustępujący amortyzator wzdłuż szczytówki znacznie rozszerzyły możliwości holowania ryb na delikatnych zestawach. Jednak też do pewnej granicy. Kolejne jej przesunięcie, czyli ochronę wędki przed zerwaniem przez ryby naprawdę duże, przynosi dopiero zastosowanie tzw. kołowrotka asekuracyjnego. Nie pracuje on ani przy zarzucaniu wędki, ani przy holowaniu lekkich sztuk. Dopóki nie zajdzie konieczność, by zadziałał, ma udawać, że go nie ma. Nie nadaje się więc do tej roli kołowrotek o szpuli stałej. Nawet najmniejszy taki – i masę swoją ma, i wymiary. W dodatku nie naprężona żyłka lubi się z niego zesnuwać sama, nie wiadomo kiedy. Potem splątania i inne przyjemności.

Toteż najlepiej jest użyć prostego i niewielkiego kołowrotka o szpuli obrotowej. Ważne, żeby był lekki choć obudowany, miał przełożenie pozwalające na względnie szybkie nawijanie żyłki i dawał możliwość precyzyjnej regulacji hamulca. Takie wymagania spełnia np. włoski kołowrotek Ritmo. Od biedy można też użyć niektórych wyrobów rzemieślniczych z tworzyw sztucznych, jakie ostatnio pojawiły się na naszym rynku.

Druga sprawa to przepuszczenie żyłki. Na zachodzie i południu, zwłaszcza we Włoszech, rozpowszechniło się rozwiązanie polegające na tym, że biegnie ona środkiem specjalnie przystosowanego wędziska teleskopowego (rys. 4). Jest ono w dolnej części zaopatrzone w przepust z tworzywa przelotkowego Fují. W szerszym końcu każdego segmentu są osadzone przelotki wewnętrzne. Ostatnia – w zakończeniu szczytówki. Powierzchnia wewnętrzna odznacza się wysoką gładkością, podobnie jak w szczytówce Tessego.

 


4. Wędka z kołowrotkiem asekuracyjnym
a – z przelotkami wewnętrznymi, b – z zewnętrznymi; dzięki małym rozmiarom można je rozmieszczać
zgodnie z wymogami pracy wędziska (korzystne ugięcie wędki górnej), a nie tylko na końcach
segmentów, jak w klasycznym teleskopie (niewłaściwe ugięcie wędki dolnej).

 

I znów: w naszych warunkach to kosztowne rozwiązanie można z powodzeniem zastąpić przelotkami zewnętrznymi. Muszą one jednak być szczególnego rodzaju. Żyłkę powinny utrzymywać możliwie blisko wędziska; niech i ona udaje, że jej nie ma. Dalej – konieczne jest, by można je było na wędzisku rozłożyć zgodnie z wymogami dobrej pracy, a nie tylko na końcach segmentów, jak w normalnych konstrukcjach teleskopowych. Wymogi takie spełniają przelotki w kształcie kabłąków prawie przylegających do ścianek lub maleńkich pierścieni, takich jak do amortyzatora przy szczytówce. Nie przeszkadzają one w składaniu wędziska, są lekkie.

Na linkę główną z powodzeniem wystarcza żyłka 0, 15, a nawet 0, 12. W praktyce zawodniczej używa się częstokroć jeszcze cieńszej. Chodzi bowiem o wykorzystanie wszystkich możliwości, jakie oferuje łowisko. Zakładanie grubszej mija się z celem, zwłaszcza jeśli stosuje się amortyzator lub kołowrotek asekuracyjny. Do wyjątków należy łowienie w porośniętych oczkach, gdzie lubią przebywać np. liny. Można wtedy użyć żyłki grubej, nawet 0,20. Nie tyle chodzi o wielkość ryb, co o konieczność niedopuszczenia do ich ucieczki w gąszcz.

Przypon
, jak zawsze, cieńszy od żyłki głównej: o 0,02 w wypadku średnic małych, do 0,05 – w wypadku dużych.
Rodzaj
spławika dobiera się do warunków łowienia, zgodnie z zasadami. Wielkość natomiast – do obciążenia. Obciążenie odgrywa rolę zasadniczą. Musi spełnić wiele wymagań, często wzajemnie się wykluczających. Ma ułatwić zarzucenie wędki, ale uderzać w wodę możliwie cicho. Dostarczyć szybko przynętę w odpowiednie miejsce łowiska – ale nie tłumić sygnałów brania. Szczególnie skomplikowana jest jego funkcja w wodzie bieżącej. Zatrzymajmy się na tym dłużej.

Otóż w nurcie szybkość przemieszczania poszczególnych warstw wody nigdy nie jest jednakowa. Najwolniej płynie ona przy powierzchni i przy dnie. Rozkład prędkości został na rys. 5 pokazany dla przypadku prostego i pospolitego: głębokość umiarkowana (ok. 2 m), prąd średnio szybki i równomierny. Odpowiada to licznym łowiskom w uregulowanych rzekach nizinnych. Długość strzałek odpowiada drodze, jaką cząsteczki wody, znajdujące się początkowo w jednej linii pionowej, przemierzają w jednakowym czasie. Jak widać, najdalej przemieści się (najdłuższa strzałka) warstwa o jedną trzecią głębokości oddalona od powierzchni. Tam prędkość wody jest największa.

 


5. Zestaw na nurt równomierny
a – prędkość (symbolizowana długością strzałki) w poszczególnych warstwach i odpowiadające
temu rozkładowi ułożenie się żyłki nie obciążonej, b – zestaw po obciążeniu, c – pierwsza faza
brania, ryba wyczuwa tylko ciężarek “sygnalizacyjny”.

 

Z szybkością poszczególnych warstw poruszałaby się, byłaby unoszona, żyłka swobodnie opuszczona. Początkowo nawet wyprostowana pionowo, po jakimś czasie ułożyłaby się wzdłuż linii łączącej końce strzałek. Największe wybrzuszenie wypadłoby na ową jedną trzecią od powierzchni, gdzie prędkość jest największa. Haczyk z przynętą wlókłby się za zestawem. Taki układ nie sprzyja braniu. Jeśli już ono nastąpi, luz żyłki opóźni przekazanie sygnału na spławik; nim on drgnie, ryba może się zorientować, że padła ofiarą podstępu, i wypluć haczyk. Łowiący nawet nie spostrzeże, że przynęta została pochwycona. Powiedzmy jednak, że dostrzeże i natychmiast zatnie. Luz żyłki opóźni z kolei przekazanie ruchu wędziska na haczyk, a więc kolejna szansa dla ryby; jeszcze chwila na pozbycie się zdradzieckiego kąska. Trzeba doprawdy bardzo łapczywej i marudnej sztuki, żeby w tych warunkach dała się złowić.

Jaka na to rada? Najprościej byłoby obciążyć dół żyłki. Na tyle mocno, by ją naprężyć, wybrać cały luz. Wtedy jednak trzeba też dać odpowiednio wyporny spławik. Zestaw staje się bezwładny, trudny do poruszenia. Ryba odczuje duży opór. Sygnał brania i zacięcie będą opóźnione. Znów niedobrze. Choć zatem w niektórych sytuacjach (duża głębokość, silny nurt) takie rozwiązanie bywa nieuniknione, spróbujmy poradzić sobie inaczej.

Zauważmy, że w naszym przykładzie największe wybrzuszenie jest oddalone od dna, a więc i od ryby. Dla jego usunięcia wystarczy ciężarek mniejszy niż do wyprostowania całości na raz, umieszczony w połowie głębokości. Dolna część żyłki podda się już ciężarkowi całkiem małemu. Zadawalający efekt uzyskujemy więc kosztem mniejszym, jeśli idzie o masę i bezwładność zestawu. Ponadto na część najbardziej wyczuwaną przez rybę przypada niewielki ułamek obciążenia. Można go zmniejszyć jeszcze bardziej. Podzielmy jeden ciężarek na cztery drobniutkie i trzy z nich podsuńmy nieco do góry, czwarty zbliżmy do haczyka (rys. 5). W początkowym momencie brania ryba wyczuje – i poruszy – tylko ten. Wystarczy, żeby branie zasygnalizować (stąd nazwa ciężarka – sygnalizacyjny); za mało, by ją spłoszyć. Zanim wyczuje trzy wyższe, zdążamy zaciąć – i to skutecznie, bo żyłka jest prosta. Można powiedzieć, że odległość, na jaką rozsuwamy dolne ciężarki, daje czas rybie i nam.

Podzielenie obciążenia na duże, skupione wyżej, i małe, rozmieszczone u dołu zestawu, dodatkowo uniezależnia nas w znacznym stopniu od nierówności dna. Wcześniej wspomniany układ na wody głębokie i silny nurt (jeden duży ciężarek przy haczyku) nadaje się tylko na łowiska o dnie równym. Przy innym zatrzymywałby się o występy, sygnalizując brania których nie ma (fałszywe). W skrajnych wypadkach dochodziłoby do wkleszczania ołowiu.

Dla porządku trzeba jeszcze zastrzec, że mówiąc o wyprostowaniu zestawu nie mamy na myśli prostoliniowości geometrycznej. Ani ona możliwa, ani potrzebna. Chodzi o wybranie luzu na tyle, by nie przeszkadzał w czytelnym sygnalizowaniu brań, potem zaś – w natychmiastowym zacinaniu. A wszystko to w granicach rozsądku, wyznaczonych nieuniknionym czasem reakcji: najpierw nerwowej, potem motorycznej wędkarza, opóźnieniem wynikłym z odkształcania wędziska i żyłki, oporu ośrodka itd. Nie konstruujemy wszak teoretycznego modelu fizyczno-psychiczno-biologicznego, tylko szukamy rozwiązań przydatnych w praktyce.

Dla niej zaś istotne jest, jakie obciążenia wybierać dla poszczególnych rodzajów łowisk. Kilka przykładów pokazano na rys. 6. Konkretnego doboru wielkości, proporcji i rozmieszczenia dokonuje się nad wodą, częstokroć w trakcie łowienia. Dopiero bowiem jego wyniki udzielają ostatecznej odpowiedzi, czy obciążenie jest poprawne. Umiejętność jej rozszyfrowania przychodzi z doświadczeniem. Czasem wyraźną poprawę wyników uzyskuje się przez przesunięcie jednej śruciny o kilka centymetrów, kiedy indziej musimy cały zestaw zmienić na cięższy lub lżejszy; choć to świadczy już o jawnie błędnym wstępnym rozeznaniu łowiska.

Ilustrację, jak wiele czynników trzeba brać pod uwagę, może stanowić przypadek niezamierzonego opadu. Po okresie dobrych brań sporych ryb na dużej głębokości nagle stwierdzamy, że przynętę zaczynają przechwytywać drobne rybki natychmiast po jej opadnięciu na wodę. Mamy więc do czynienia z sytuacją, jaką świadomie się prowokuje łowiąc właśnie z opadu. Przesunięcie obciążenia, skupienie go w dolnej części, sprawi, że nie tylko powrócą brania głębokie, ale także wyraźnie zwiększy się szybkość łowienia. Po prostu teraz obciążenie sprowadza przynętę w miejsce żerowania ryb pożądanych znacznie szybciej. Nie nadąża z jej przechwytywaniem drobnica.

 


6. Przykłady obciążeń; na wody bieżące
a – głęboko, nurt silny, dno równe, b – nurt średni, c – nurt średni, duża głębokość, d – płytko, nurt szybki, e – średni, f – powolny; na wody stojące, g – obciążenie podstawowe, przy głębokości średniej, h,i – do łowienia z opadu bez ciężarka sygnalizacyjnego, j – na dużą głębokość (skupienie styli można zastąpić łezką).

 

Przy okazji zaś przekonujemy się, że przed napłynięciem jej ławicy nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwości łowiska; obciążając ponad potrzebę delikatnie, straciliśmy na tempie. Kiedy indziej jednak właśnie wydelikacenie obciążenia może sprowadzić brania, których przedtem nie mogliśmy się doczekać.

Na tym nie koniec. Zamiast styli można przecież założyć śruciny, łezkę zastąpić kilkoma ciężarkami skupionymi w jednym miejscu. Trzeba też uwzględniać warunki nad wodą. Obciążenie na wody płytkie i nurt wolny (rys. 6f) ma tę zaletę, że pada na powierzchnię cicho. Ma jednak i wadę. Trudno je zarzucać daleko i pod wiatr. Toteż w takich warunkach lepiej je odwrócić. Największe skupisko styli dać od strony haczyka, im dalej zaś od niego, tym mniejsze. Zestaw będzie głośniejszy, bardziej wyczuwalny dla ryby. Ale przynajmniej da się nim łowić, podczas gdy tym lepszym – nie bardzo.

Znacznie prościej przedstawiają się zasady obciążenia na wody stojące. Podstawowy układ to kilka (do kilkunastu) styli lub – gorzej – śrucin, rozłożonych równomiernie na znacznej części zestawu. Na jakiej – to już zależy od tego, czy chcemy wykorzystać całą wysokość łowiska, czy tylko jej część.

W tym pierwszym wypadku stosujemy łowienie z opadu. Przynęta ma tonąć powoli, by mogły ją pochwycić ryby żerujące wyżej. Należałoby więc pozostawić wolny od obciążenia dolny odcinek zestawu, o długości równej połowie wysokości strefy, w której oczekujemy brań (rys. 6h). Układ ten oprócz niewątpliwych zalet ma i wadę. Może się mianowicie zdarzyć, że ryba z haczykiem w pyszczku odtańczy oberka wokół zestawu, a dopóki nie oddali się poza długość wolnego odcinka żyłki, łowiący nie będzie miał pojęcia o braniu. Skończy się albo wypluciem przynęty, albo połknięciem do ogona. Obie możliwości mało zachęcające.

Warto zatem mieć na uwadze układ ze śruciną sygnalizacyjną (rys. 6i). Przyśpiesza ona wprawdzie opadanie przynęty, ale także pozwala dostrzec branie; jeśli nie bezpośrednio, to przez opóźnienie przyjęcia przez spławik pozycji właściwej. Normalnie bowiem będzie on stawał na dwa tempa. Pierwsze, z niepełnym zanurzeniem, nastąpi po opadnięciu obciążenia zasadniczego. Drugie, w postaci małego skoku w dół – gdy dobije ciężarek sygnalizacyjny. Jeśli ryba kręci się z haczykiem w pyszczku, to drugie tempo się opóźnia. Znak, że trzeba zacinać.

W drugim wypadku, kiedy interesuje nas tylko część wysokości łowiska, obciążenie rozkłada się z pominięciem górnej, przyspławikowej części zestawu (rys. 6j). Gdy ryby żerują na dużej głębokości, skupia się je, na podobieństwo układu używanego w wodzie bieżącej: kilka styli lub łezka w dolnej części plus ciężarek sygnalizacyjny przy węźle przyponowym. Należy też pamiętać, że w jeziorach ustalają się często prądy spowodowane wiatrem (a czasem i innymi czynnikami). Obciążenie powinno być dostosowane do rzeczywistego, a nie ewidencyjnego charakteru łowiska.

I wreszcie jeszcze jeden czynnik, który należy brać pod uwagę, dobierając obciążenie: gatunek ryb, na które się nastawiamy lub których się spodziewamy. Trzeba uwzględnić ich cechy i zwyczaje (rys. 7).

 


7. Dostosowanie obciążenia do gatunku ryby, zestaw na:
a – leszcza, b – płoć (odległości w centymetrach).

 

I tak np. leszcz lubi przynętę poruszającą się wolniej niż nurt. W jego wypadku nie szkodzi, a może nawet pomóc, jeśli będzie się ona wlekła. Toteż niezależnie od tego, co nam wyjdzie z rachunku łowisko plus pogoda, warto obciążenie tak rozłożyć, by przynajmniej jedna śrucina ciągnęła się po dnie, orała je, przytrzymywała przynętę. Co więcej: leszcz bierze zazwyczaj zdecydowanie. Nawet jeśli poczuje haczyk, i tak zdążamy go zaciąć; nie wypluje. Zestaw może być leniwy. Śrucina sygnalizacyjna powinna się znajdować 30 – 40 cm od haczyka. To wydłużenie czasu sygnalizacji jest nawet pożądane. Celowo spowalniamy ją, by zaoszczędzić sobie pustych zacięć spowodowanych czynnikami przypadkowymi.

Przeciwnie płoć. Jej przynęta powinna zdecydowanie przesuwać się tuż nad dnem. Nie dotykać go. Siłą rzeczy więc i żaden element zestawu nie może sięgać dna. Nie ma zatem potrzeby dodatkowego rozkładania obciążenia. Będzie narastało czy pozostawało skupione – zależy od warunków. Blisko haczyka natomiast powinna znajdować się śrucina sygnalizacyjna. Od pochwycenia przynęty do sygnalizowania tego na spławiku powinien upłynąć czas jak najkrótszy. Jeśli jest zbyt długi (albo jeśli sam moment się przegapi), płoć wyczuwa, że coś jest nie tak, i przynętę wypuszcza, zanim branie w pełni się objawi na spławiku.

Haczyk dobiera się, jak zawsze, przede wszystkim do przynęty. Trzeba jednak do tej zasady podchodzić rozsądnie. Jego wielkość bowiem powinna być zestrojona z grubością przyponu. Ten zaś – z całym zestawem i dalej, z wędziskiem. Często nie pozostaje nic innego, jak elastycznie godzić rodzaj przynęty, wielkość haczyka i średnicę żyłki. W tej metodzie jego numer wyraża się najczęściej liczbą dwucyfrową: od 10 – 12 przy dżdżownicach lub grochu, przez 14 – 16 przy białych robakach, po 18 – 20 (a nawet 22) przy ochotce. Rzadko, ale używa się też większych.

Wobec niewielkich odległości holowania nie, trzeba na ogół posługiwać się haczykami o trzonku krótkim. Można używać wygodniejszych, z długim – chyba że rodzaj przynęty dyktuje coś innego.

Z tego przeglądu elementów sprzętu wynikają od razu pewne wskazówki co do zestawienia całości. Należałoby jeszcze tylko rozpatrzyć kwestię długości zestawu. Nie jest to sprawa błaha.
Najdogodniej operuje się wędką, gdy jest on nieco krótszy od wędziska. Uniósłszy je pionowo marny wtedy haczyk na wysokości mniej więcej chwytu. Czasami stosuje się dłuższy, by powiększyć zasięg łowienia. Tak możliwości jak i korzyści są tu jednak ograniczone.

Różnica długości może sięgać co najwyżej jednego metra, a i to tylko przy wędziskach krótszych, lżejszych. Można je bowiem jedną ręką unieść na tyle, by drugą sięgnąć do haczyka lub by wprowadzić rybę do podbieraka. Przy większej zarzucenie jako tako poprawne graniczyłoby z niepodobieństwem. Przy holowaniu zaś bylibyśmy skazani na chwytanie żyłki ręką. Nawet jeśli szczególnie sprzyjające okoliczności (obfite łowisko, dobre żerowanie) pozwolą na stosowanie zestawu na tyle mocnego, by to przetrzymał, grozi to przecięciem rybiego pyszczka. Szarpnięcia bowiem przestają być amortyzowane elastycznością wędziska.
Trudno zatem coś takiego polecać jako praktykę stałą. Zresztą, mało skuteczne jest samo łowienie w odległości przekraczającej długość wędziska; zwłaszcza w wodzie bieżącej mamy wówczas znikomą lub zgoła żadną możliwość oddziaływania na zestaw.

Wyraźne korzyści daje natomiast skrajne odwrócenie proporcji: użycie zestawu znacznie krótszego od wędziska. Nazywa się to zestawem skróconym. Stosuje zaś tam, gdzie głębokość łowiska, a ściślej: odległość od dna do poziomu, na którym znajduje się łowiący, jest mniejsza od odległości łowienia. Przy zwykłej długości zestawu należałoby w takim wypadku trzymać wędzisko skośnie do góry. Zmniejsza to jego rzeczywisty zasięg (rys. 8), jeśli chcemy łowić pod nim; a to przyjęliśmy jako zasadę. Dalej: wolny odcinek żyłki jest bardzo długi, co utrudnia prowadzenie zestawu i manewrowanie nim w wodzie. Pozostaje on pod dużym wpływem wiatru. Przy zacinaniu znaczny ruch szczytówki powoduje niewielki i opóźniony ruch haczyka.

Użycie zestawu skróconego pozwala uniknąć wszystkich tych niedogodności. Spławik znajduje się wprost pod szczytówką wędziska trzymanego poziomo, a więc wykorzystuje się cały jego zasięg. Wolny odcinek żyłki jest krótki. Ruch zacięcia przenosi się na haczyk całkowicie i bez zwłoki (stąd nazwa styl szybkiej akcji). Pojawia się jednak nowy kłopot. Przy różnicy długości zestawu i wędziska większej niż 2 m niepodobna doprowadzić rybę do brzegu bez unoszenia nad powierzchnię, mowy też nie ma o sięgnięciu do haczyka. Dość komicznie wyglądałby nieborak tańczący wokół takiego masztu i próbujący dosięgnąć trzepoczącej przy nim rybki. Ona zresztą miałaby na ten temat jeszcze inne zdanie.

 


8. Zestaw skrócony
a – porównanie wielkości ruchu szczytówki i haczyka podczas zacinania zestawem zwykłym, b – skróconym, c – typowa proporcja, uniemożliwiająca sięgnięcie do haczyka, d – po odłączeniu dolnej części wędziska kłopot znika.

 

Toteż warunkiem stosowania zestawu skróconego jest zapewnienie możliwości niekłopotliwego skracania wędziska na czas wyjmowania ryby lub zmiany przynęty. W praktyce nadają się do tego wyłącznie wędziska o złączach nasadowych, przynajmniej w części dolnej.

Najbardziej choćby niekłopotliwe skracanie wędziska zawsze jednak skutkuje rozproszeniem uwagi, niemożnością właściwego reagowania na ataki holowanej ryby. Dlatego niezbędne jest zabezpieczenie się przed jej szarpnięciami – za pomocą amortyzatora gumowego lub kołowrotka asekuracyjnego. Ten drugi musi być, rzecz jasna, umocowany u dołu części nie odkładanej.

Korzyści z zestawu skróconego ujawniają się wyłącznie przy braniach skąpych: na ubogim łowisku, w kiepski czas. Przy dobrym żerowaniu nie zawsze jest sens komplikować sobie nim łowienie. Spudłowane branie może się powtórzyć znacznie szybciej, niż zdążylibyśmy ze skróceniem wędziska, wyholowaniem i odhaczeniem ryby, założeniem przynęty, ponownym przedłużeniem i zarzuceniem wędki. Dążenie do pełnego wykorzystania wszystkich brań też powinno mieć swoje granice, wyznaczone zdrowym rozsądkiem.

Rozsądek powinien kierować nami cały czas. Słuszne jest dążenie do stosowania sprzętu możliwie finezyjnego. W naszej spławikówce sensowne obciążenie mieści się zazwyczaj w granicy 0,5 g, co odpowiada np. dziesięciu śrucinom o średnicy 2 mm. Kiedy jednak mamy łowić ośmio czy dziewięciometrowym dyszlem na głębokości tyluż niemal metrów, nie wahajmy się przed obciążeniem nawet większym niż 1 g (i odpowiednio spławik, żyłka itd.). Ale jeśli znów brania okażą się kiepskie, to lepiej mimo wszystko pogodzić się z długim czekaniem na opadnięcie zestawu, niż przez jego nadmierną bezwładność narazić się na utratę ich części. Nie zasadzajmy się z żyłką 0,10 w pobliżu zawad podwodnych, zwłaszcza jeśli oczekiwane ryby nie należą do nazbyt płochliwych. Przykładem mogą być wspomniane liny w porośniętych oczkach. A więc kuty haczyk 8 – 10, przypon 0,16 – 0,18 itd. Ale to już raczej skrajność.

Przeciwstawną skrajność stanowi łowienie ryb drobnych. Powiedzmy – uklei. Pewne zastosowanie ma to i w praktyce amatorskiej. Raczej uboczne. Ot, trochę wprawka, trochę urozmaicenie długotrwałego czatowania na okaz. Może uratowanie honoru, gdy porządne ryby zawiodą, albo zaopatrzenie się w zapas rybek przynętowych. Przede wszystkim jednak ma znaczenie w zawodach. Ich warunki nie zawsze pozwalają na wybór ryb godniejszych. A wygrać trzeba. W tym wypadku często liczy się przede wszystkim tempo łowienia (do kilkuset sztuk na godzinę) i jemu jest podporządkowany dobór sprzętu.

A więc wędziska krótkie (łowi się zwykle blisko brzegu), lekkie i poręczne, z wygodnym chwytem. Dobrze mieć ich komplet, różniących się o kilkadziesiąt centymetrów, by móc się precyzyjnie dostosować do każdej odległości. Zestaw bardzo lekki i długością dobrany co do centymetra – tak by nie zwalniając chwytu ani nie przesuwając dłoni po rękojeści, można było kciukiem i palcem wskazującym chwycić haczyk, gdy wędzisko jest uniesione pionowo.

Przygotowanie łowiska

Kiedy już łowisko wytypowaliśmy (pewne wskazówki co do tego zostały podane w rozdziale Woda i ryby), pierwszą czynnością jest dokładne jego rozpoznanie. Czasami skłoni nas ono zresztą do zmiany wyboru. Podstawowa rzecz to zbadanie głębokości. Jeśli warunki narzucają tylko jeden możliwy punkt łowienia (bo na przykład istnieje w roślinności tylko jedna luka, w którą można wędkę zapuścić), a posiadane informacje o charakterze i głębokości wody pozwalają wybrać zestaw, można odległość do dna zmierzyć metodą kolejnych przybliżeń. Na gotowym do łowienia zestawie przesuwamy spławik dopóty, dopóki jego zachowanie po zarzuceniu nie wskaże, iż najniższa śrucina opiera się o dno. Opuszczamy go wówczas jeszcze o odległość od tej śruciny do haczyka i mamy grunt, przy którym przynęta leży na dnie. Ten sposób ma swoje zalety: jest cichy, nie wzbijamy mułu dennego. Ale też jest żmudny.

Gdy trzeba zbadać znaczy obszar łowiska – a tak bywa najczęściej – takie wielokrotne przymierzanie byłoby pozbawione sensu. W takich razach używamy sond, czyli gruntomierzy. Na wody stojące wystarczą niewielkie. Choćby spora śrucina zaciśnięta na haczyku. W bieżących konieczne są większe. Takie, by możliwie nie poddawały się działaniu prądu. Nie można też jednak z ich wielkością przesadzać. Raz, że łatwo nadwyrężyć delikatną szczytówkę, dwa – że trzeba nimi operować na znacznej czasem odległości; zostawmy siły na łowienie.

 


9. Gruntowanie łowiska
a – kolejne położenia spławika dopóty odwzorowują kształt dna, dopóki nie schowa się on pod wodą,
b – postępowanie przy łowieniu poza zasięgiem wędziska.

 

Za punkt odniesienia służy najgłębsze miejsce łowiska. Ustawiamy spławik na takiej wysokości, by był widoczny (a więc znajdował się na powierzchni lub tuż pod nią) przy sondzie tam położonej. To, że oparła się ona o dno, czujemy na ogół wyraźnie. Nie trzeba czekać aż całkiem się wyprostuje ugięta pod jej ciężarem szczytówka. Odległość spławika od lustra wody w kolejnych punktach opuszczenia gruntomierzy daje nam pogląd o wyniesieniu dna ponad to miejsce najniższe (rys. 9). Możemy też wykryć miejsce jeszcze głębsze niż przyjęte za punkt odniesienia. Nie ma rady, trzeba wtedy spławik podsunąć o ile trzeba w górę i zacząć wszystko od nowa.

Bywa – choć w zasadzie tego unikamy – że zamierzamy łowić na spław, czyli nieco poza zasięgiem wędziska, puszczając zestaw swobodnie. Sondujemy wówczas trzymając wędzisko za koniec na wyciągniętej ręce. Do łowienia cofniemy je i chwycimy pewnie, w sposób nie męczący, różnicę zaś odległości wyrówna lekki skos wolnego (nadwodnego) odcinka żyłki (rys. 9).

Nie warto korzystać ze specjalnych spławików do gruntowania. Są zaopatrzone w dwa oczka ustawione tak, aby przy żyłce luźnej żyłka przesuwała się przez nie swobodnie, aż do oparcia sondy o dno. Po naprężeniu (przy wyjmowaniu z wody) zaciska się, utrzymując spławik na wymierzonej głębokości. Wystarczy teraz ustalić go na żyłce za pomocą opaski plastikowej – i łowić. Ani spławik jednak dobry, z powodu choćby konstrukcji oczek, ani pomiar dokładny tam gdzie w miarę wygodny (poza zasięgiem wędziska), ani wygodny tam gdzie w miarę dokładny (w zasięgu wędziska).

Niecałe łowisko trzeba zawsze sprawdzać z jednakowym nakładem pracy. W rzekach, na przykład, dobrze jest najpierw przeprowadzić serię pomiarów w poprzek nurtu. Uzyskujemy pogląd na kształt naszego odcinka koryta. Teraz wybieramy co bardziej obiecujące odległości i na nich sondujemy pasami wzdłuż brzegu. Mogą to być na przykład dwie odległości: najbliżej, gdzie jeszcze można oczekiwać porządnych brań, i najdalej, gdzie jeszcze da się łowić. Może ich być więcej, zasada może być inna. Gdy jeden zawiedzie lub gdy ryby zmienią miejsce żerowania, bez zwłoki i kolejnej mitręgi przerzucimy się na inny pas łowienia. By jednak móc tak czynić, odległość między nimi nie może być mniejsza niż dwa, trzy metry. Przy większym zbliżeniu będą sobie nawzajem przeszkadzały. Chyba że oddzielają je wyraźne półki lub podobne przegrody.

Wyniki pomiarów wskażą miejsca, na które trzeba szczególnie zwrócić uwagę: dołki, wybrzuszenia, przeszkody denne, uskoki. Jedne uznamy ze szczególnie korzystne, gdyż będziemy mogli oczekiwać w nich większego skupienia ryb. Innych postaramy się unikać, bo należy liczyć się ze złośliwymi zaczepami albo staczaniem się zanęty poza pole łowienia lub jej ginięciem: w mule, roślinności. O charakterze dna poinformuje nas zachowanie sondy, często też jej wygląd po wyjęciu z wody.

Ogólne rozpoznanie można przeprowadzić z pewnym przybliżeniem. Głębokość miejsca łowienia trzeba ustalić z dokładnością dużą, nierzadko do centymetrów. Rychło się przekonamy, że nie ma w tym przesady, choć nie zawsze będziemy grunt ustawiać jako dokładnie równy głębokości.

Sama kultura obcowania z przyrodą – pomijając już nawet różne względy praktyczne – nakazuje, by w żaden sposób nie naruszać naturalnego ukształtowania łowiska. Jeśli więc pominąć mało dla naszego stylu wędkowania przydatne zabiegi w rodzaju utwardzania kawałka dna, jako zasadniczy element przygotowania łowiska pozostaje nęcenie. Musimy przy tym rozróżnić dwa jego rodzaje, odmienne zarówno co do zasady, jak i co do wykonania. Pierwszy to kilku lub nawet kilkunastodniowe przyzwyczajanie ryb do przynęty.

Na takie systematyczne nęcenie większość wędkarzy – przynajmniej miejskich – może sobie pozwolić wyłącznie podczas urlopu. Znacznie powszechniejsze zastosowanie ma drugi rodzaj nęcenia: bezpośrednio przed łowieniem; ten przyjmiemy jako zasadniczy. Skład zanęt, ich przygotowanie i stosowanie zostały szerzej opisane w rozdziale im poświęconym. Tu poprzestanę na kilku wskazówkach praktycznych, dotyczących samej czynności.

Nęcić będziemy z zasady punktowo, czyli układając kolejne porcje zanęty w tym samym miejscu. Najlepiej, jeśli trafimy na takie, w którym ryby gromadzą się naturalną koleją rzeczy. Jeśli takich na łowisku nie wykryliśmy, kładziemy tak, by wygodnie łowić. W wodach bieżących – nieco poniżej punktu znajdującego się naprzeciw stanowiska.

Tylko po dojściu do dużej wprawy (a i to nie zawsze) można polegać na zwykłym zapamiętaniu miejsca, w które zarzuciliśmy zanętę. Najlepiej więc rzucać przy wędzisku, opartym lub trzymanym tak, by szczytówka prawie dotykała wody (rys. 10). Tak samo będziemy ją trzymać przy zadawaniu kolejnych porcji. Ona też wskaże potem miejsce, w którym umieścić zestaw.

 


10. Zapamiętywanie punktu nęcenia

 

W wodzie stojącej najlepiej znaleźć jakiś punkt odniesienia na drugim brzegu albo inny charakterystyczny i stały szczegół. W jego stronę będziemy kierować wędzisko przy zarzucaniu kolejnych porcji.

Inaczej mogą się one rozłożyć wachlarzowato, co prowadzi do rozproszenia ryb. W wodzie bieżącej jest to mniej ważne niż stała odległość zarzucania. Trafiając bowiem raz bliżej raz dalej uzyskujemy szeroką smugę zanęty, czyli rozproszenie ryb w poprzek łowiska. Utrzymując tę samą odległość lecz różny kierunek pozostaniemy przy smudze wąskiej, rozciągniętej tylko wzdłuż nurtu. Z dwojga złego to już lepsze. Co jeszcze ważne: mniejszym błędem jest nęcenie zbyt blisko, niż znikome nawet przerzucenie odległości łowienia.

W trakcie przygotowań układamy zanętę porcjami sporymi. Zazwyczaj przyjmuje się, że wielkości pięści. Ale nie większymi. Do niedawna jeszcze zalecane kule wielkości głowy kapusty to zdecydowanie przesada. I hałasu ogromnie dużo, i karmienie zbyt obfite, i znoszenie z nurtem większe; pod jego działaniem taka olbrzymia kula może się potoczyć daleko poza obszar osiągalny wędką. Nie tylko tu stracone, ale jeszcze ryby odprowadzi. Potem porcje zanęty jeszcze zmniejszamy, ale to już element samego łowienia.

Tymczasem zaś poświęćmy nieco uwagi czemuś, co w pewien sposób łączy się z przygotowaniem łowiska: zorganizowaniu stanowiska wędkarskiego. Podstawową zasadę i w tym wypadku stanowi dostosowanie się do tego, co jest. Nie wolno wycinać darni, przekładać kamieni z umocnienia brzegu, wycinać gałęzi czy w jakikolwiek inny sposób niszczyć roślin.

Z wielu powodów warto zadbać o pewne miejsce do siedzenia. Mniej jesteśmy w tej pozycji widzialni i słyszalni. Mniej się też męczymy. Pewniej trzyma się wędzisko i prowadzi zestaw. Właśnie po to, by się uniezależnić od szczęśliwych przypadków w rodzaju pieńka czy płaskiego kamienia, dobrze jest zaopatrzyć się w kosz wędkarski. Do jego ustawienia na pochyłym brzegu przyda się z kolei podest. Szczegóły – w rozdziale o sprzęcie.

Trzeba się starannie upewnić, czy nad i za nami pozostaje wystarczająco dużo miejsca. Czasem na wszelki wypadek warto wszelkie manewry wędziskiem przeprowadzić na pusto. Bywa, że ukształtowanie brzegu zmusza do wyboru jednej, a zaniechania innej techniki wędkowania. Na przykład – gdy za plecami brakuje przestrzeni do cofnięcia wędziska z zestawem skróconym.

Ważne jest przemyślane rozmieszczenie pojemnika z zanętą, pudełek z przynętą, siatki na ryby. Powinna być możliwość sięgania do nich bez wstawania. Pamiętajmy, że wszelkie tupania, uderzenia twardym przedmiotem o brzeg itp. działają na ryby wybitnie płosząco. Jeden z wysokiej klasy zawodników francuskich tym się wręcz wsławił, że przez trzy godziny zawodów łowił na stojąco ani na chwilę nie odrywając stóp od ziemi. Może to i nie najrozsądniejsze zwłaszcza w odniesieniu do uklei, nie należących przecież do ryb nadzwyczaj płochliwych. Niemniej stanowi ilustrację znaczenia tej ciszy. Trudno mieć w zasięgu ręki wszystko. Trzeba więc starannie rozdzielić rzeczy, do których przyjdzie sięgać stale, od tych, które można odłożyć dalej.

Łowienie

Zarzucanie nawet tradycyjnego, ciężkiego zestawu spławikowego przysparza kłopotów. Zwłaszcza jeśli wieje w twarz, a przy tym łowiącemu zależy na czymś więcej niż na trafieniu przynętą w jezioro. Jeszcze większą sztuką staje się to przy zestawach współczesnych, lekkich.

Gdzie to tylko możliwe, staramy się zresztą nie zarzucać, tylko wkładać zestaw do wody. I przynęta bezpieczniejsza i hałasu nie ma. Tak po prostu jest to jednak możliwe raczej przy używaniu zestawu skróconego i w sprzyjających warunkach atmosferycznych. Jeśli one nie dopiszą (np. wieje niekorzystny wiatr) trzeba zarzucać. Chwytamy w tym celu wędzisko jednorącz lub oburącz, zależnie od jego wielkości. W tym drugim wypadku trzeba je od razu ująć tak, jak będzie trzymane podczas łowienia. Późniejsze poprawianie chwytu, kiedy zestaw już w wodzie, zakłóca poprawny tok prowadzenia wędki.

Dopóki nie nabierzemy wprawy, lepiej zarzucać na dwa tempa. W pierwszym odchylamy wędzisko za siebie i upewniwszy się, że zestaw zwisa spokojnie, energicznie je przenosimy przed siebie. Energicznie, lecz bez szarpnięcia. W wypadku zresztą wędziska długiego, powyżej 7 m, skończyłoby się jego pęknięciem. Dobre wyniki daje czasem stałe przyśpieszenie ruchu. Gdyby z boku wykonać serię zdjęć stroboskopowych, czyli robionych na jednej kliszy w stałych odstępach co ułamek sekundy, to odległości między kolejnymi położeniami powinny stale wzrastać (rys. 11). Zatrzymujemy wędzisko w mniej więcej jednej trzeciej kąta od poziomu do pionu. Ujmując to w często używanej terminologii tarczy zegara, rzucamy od godziny 1 do 11.

Po nabraniu wprawy robimy to już bez wyczekiwania. Najpierw płynny wymach do tyłu (godzina 1); zestaw przy tym odchyla się jeszcze dalej. Gdy ma już pełne wychylenie – płynnie, bez użycia siły przenosimy wędzisko do przodu (godzina 11).

 


11. Zarzucanie wędki – położenia wędziska w jednakowych odstępach czasu
(linią przerywaną zaznaczona pozycja łowienia).

 

Przytrzymanie go w tej pozycji ma znaczenie dla opadania zestawu na wodę – ciche i we właściwej kolejności: najpierw przynęta, potem obciążenie, na końcu spławik. Nie można też jednak zatrzymać go na zbyt długo, bo skrócimy rzut. Żeby tego dopilnować trzeba od momentu, gdy zestaw znajdzie się w polu widzenia, uchwycić go wzrokiem i już nie spuszczać z oka.

Na taki rzut, znad głowy, nie zawsze mamy wystarczająco dużo miejsca za lub nad sobą. Wtedy uciekamy się do rzutów bocznego i spod wędki. Wędzisko trzymamy poziomo, jedną ręką. Jeśli jest zbyt długie i ciężkie na chwyt zwykły, dolnik bierzemy pod pachę. Drugą ręką ujmujemy żyłkę w pobliżu węzła przyponowego. Wykonujemy wymach w bok lub w górę, puszczając zestaw w odpowiednim momencie. Żadnego naprężenia; przy katapultowaniu, nawet jeśli je przetrzyma przynęta, cały zestaw znajdzie się od razu na spławiku. Warunki wybitnie niesprzyjające mogą nas zmusić do zmiany zestawu na cięższy niż by to wynikało z charakteru łowiska. Właściwego po prostu nie uda się zarzucić.

Przy łowieniu w nurcie (przepływanka) celujemy zestawem tak, aby opadł nieco powyżej miejsca położenia zanęty. Dzięki temu dotrze do dna także tuż powyżej kul. Nie za dużo! Odcinek przed zanętą jest przeważnie dla łowienia stracony. Od opadnięcia zestawu na wodę do przyjęcia przez spławik właściwej pozycji mija pewien czas. Trzeba go zapamiętać. Skrócenie go albo przedłużenie świadczy bowiem, że już w locie nastąpiło branie. Oczywiście, wniosek ten jest słuszny tylko przy poprawnym zarzuceniu wędki. Przy błędnym – z zestawem mogło stać się wiele rzeczy, powodujących nietypowe zachowanie spławika.

Łowimy tylko czynnie. Żadnego odkładania wędziska i oczekiwania na branie. Jeśli używamy podpórek, to na czas dorabiania zanęty, albo dla oznaczenia miejsca jej zarzucania itd. Trzymanie przy tym zestawu w wodzie nie ma sensu. Zresztą, nieliczne tylko ryby chętniej biorą przynętę nieruchomą. Rzadko je łowimy klasyczną metodą spławikową.

Tak więc wędkę trzymamy cały czas w ręku. W wodzie stojącej co jakiś czas lekko ją podrywamy. Można też przynętę podciągać do siebie małymi skokami. Kiedy już wyjdzie poza pole zanęcone, zarzucamy wędkę ponownie, sprawdziwszy stan przynęty. Szczególnie często powtarzamy ten cykl przy łowieniu z opadu. Każde zarzucenie oznacza bowiem przeszukanie przynętą różnych głębokości.

W wodzie bieżącej zestaw musi się przemieszczać z prądem wody. Albo pozwalamy mu spływać tak daleko, jak wędzisko pozwala, albo wyciągamy po przepłynięciu metra czy dwóch – jeśli mamy podstawy sądzić, że zanęta działa na odcinku krótkim i na dalsze pływanie szkoda czasu.

Są dni, kiedy ryby chętniej chwytają przynętę biernie spływającą z prądem wody. Puszczamy wówczas zestaw swobodnie (łowimy na spław). Jedynym zadaniem łowiącego jest podążanie szczytówką za spławikiem tak, by w każdej chwili można było natychmiast zaciąć. Częściej jednak do brań prowokują ruchy przynęty: unoszenie się, opadanie, przyśpieszanie, zwalnianie. Podstawowym sposobem uzyskiwania takiego jej zachowania jest stałe przytrzymywanie zestawu. Przynosi ono jeszcze inne korzyści. Dzięki niemu utrzymujemy stały, najściślejszy możliwie kontakt z przynętą. Przez cały czas poprzedza ona pozostałe elementy wędki – bo najsłabiej jest hamowana, a nurt popycha. Przy mocniejszym przytrzymaniu wręcz unosi ją do góry. Można w ten sposób pokonywać wybrzuszenia, jakieś przeszkody. Dalej: skośne ułożenie zestawu pozwala na jego przegruntowanie; odległość haczyka od spławika przekracza głębokość łowiska, a przynęta unosi się nad dnem. Możemy ją jednak wpuścić do ewentualnego dołka na trasie. Wystarczy zmniejszyć przy nim hamowanie zestawu. Ruch przynęty w górę można też uzyskać unosząc cały zestaw na wędzisku. Jest to jednak trudniejsze do precyzyjnego wykonania i na ogół mało skuteczne.

Trudność dokładnego operowania zestawem wzrasta, gdy zwiększa się długość wędziska. Niewielki bowiem ruch przy dolniku daje wtedy spory ruch szczytówki. Łatwo też doprowadzić do jej roztańczenia, a stąd już do niekontrolowanych podrygów spławika, oplątywania żyłki wokół wędziska i podobnych przyjemności tylko krok. To zresztą tłumaczy, dlaczego tak ważne jest dobre siedzisko, przy łowieniu zaś z łódki nie należy używać wędzisk dłuższych niż 4-5 m. W zasadzie do każdego wędziska trzeba się przyzwyczajać. Im ono dłuższe, tym dłuższy potrzebny trening.

Prowadząc przynętę przy dnie trudno czasami uniknąć zaczepów, zwłaszcza że miejsca zaczepowe bywają zarazem rybodajne i szczególnie warto je penetrować przynętą. Pierwsza próba uwolnienia zestawu powinna polegać na pociągnięciu pod prąd – ostrożnym, by nie uszkodzić szczytówki. Jeśli rzecz polegała na zakleszczeniu haczyka czy ciężarka, może to wystarczyć. Jeśli nie, to trzeba wędzisko cofnąć za siebie i starać się ciągnąć wprost za żyłkę. Dzięki temu nie tylko nie narażamy szczytówki, ale także powodujemy zatopienie spławika (rys. 12). Przy gwałtownym puszczeniu jego opór w wodzie zapobiegnie wystrzeleniu zestawu w powietrze, co prowadzi także do utraty zestawu, tylko w inny sposób – przez dokładne i skuteczne jego splątanie. Jeśli nie daje się do żyłki sięgnąć, pozostaje pociągać za wędzisko. Wszystko wtedy zależy od solidności zamocowania do niego żyłki głównej.

 

 

12. Uwalnianie od zaczepu; jeśli się nie daje przez delikatne pociąganie wędziskiem, to ująć żyłkę ręką

 

Najrozpaczliwiej przedstawia się sytuacja, kiedy do żyłki nie można sięgnąć, a wędzisko jest zaopatrzone w dobry amortyzator. Pozostaje wtedy podszarpywać z wyczuciem i czule wspominać Tessego (to ten od szczytówki z amortyzatorem wewnętrznym).

Niezależnie od tego czy dno jest zaczepowe czy nie, od niego przeważnie łowienie zaczynamy. Ale nie musimy się go trzymać niewolniczo. Zmiana gruntu o kilka centymetrów owocuje czasem wyraźnym zwiększeniem brań. Znacznie większa bywa przy tym różnica między puszczaniem przynęty przy samym dnie a tuż nad nim, niż między kilkoma więcej czy mniej centymetrami od niego. Jeśli nieznaczne oderwanie od dna nie daje wyników, trzeba przejść w całkiem inną strefę łowienia – w pół wody, pod powierzchnią. Wtedy także trzeba zazwyczaj zmienić rodzaj nęcenia.

Cały czas bowiem podczas przepuszczania zestawu – lub manewrowania nim w wodzie stojącej – donęcamy małymi porcjami. W zasadzie nie powinny one być większe niż orzech włoski, a tym mniejsze, im woda płytsza i spokojniejsza. Chodzi o to, by zanęta nie płoszyła ryb, zanim jeszcze zacznie się jej działanie wabiące.

Dorzucamy w miarę potrzeby, a nie mechanicznie, w jakichś ustalonych odstępach czasu. Inna rzecz, że te odstępy częstokroć bywają jednakowe. Ale to jest skutek, a nie punkt wyjścia. Miarą potrzeby może być zmniejszenie częstotliwości brań. W wodach bieżących – także ich przesuwanie się w dół pola łowienia. Oznacza to, że zanęta nie skupia już ryb w miejscu, rozpływają się one po łowisku. Donęcać powinno się po zacięciu, zwłaszcza sztuki większej. Wpływ świeżej porcji środka wabiącego powinien przeważyć nad popłochem, wznieconym przez broniącą się rybę. Skuteczne stosowanie tego nęcenia odcinającego wymaga podzielności uwagi oraz opanowania umiejętności niezależnego wykonywania każdą ręką czynności tak różnych, jak holowanie zdobyczy i celne rzucanie zanęty. Tu też się ujawniają zalety amortyzatora gumowego.
Gdzie warunki na to pozwalają, warto niewielką kulę zanęty położyć w wodzie niedaleko brzegu, tak by można ją było obserwować. Kiedy ulegnie całkowitemu rozmyciu, znak to, że i w miejscu łowienia trzeba zanętę uzupełnić. Nie zawsze jednak zachowanie próbki odpowiada zachowaniu części zasadniczej.

Zacięcie, holowanie

Odczytywanie brań i wybór właściwego momentu zacięcia to nadal jedna z najtrudniejszych umiejętności wędkarskich. W jej opanowaniu miały pomagać uproszczone formułki, jak to bierze ta czy inna ryba i w którym momencie zacinać. Z reguły miało to następować po całkowitym zatopieniu lub wyłożeniu spławika (tzw. brania pełne). Odnosiłbym się do tych reguł z ograniczonym zaufaniem. Istotnie, wiele gatunków ma swoisty sposób pobierania pokarmu. Ale liczą się jeszcze miejsce, pora, natężenie żerowania, rodzaj przynęty i sposób jej podania.

Zachowanie spławika zależy z kolei od jego kształtu i wyważenia, a także od charakteru zestawu. Inaczej reagowały dawne, na ogół ciężkie i nie doważone, inaczej sprawują się delikatne i dobrze wyważone. Na tych każde dotknięcie przynęty przez rybę ujawnia się w postaci przynajmniej drgnięcia antenki. Co wcale nie znaczy, że na każde trzeba zacinać. Zależy to głównie od charakteru przynęty. Przy cieście na przykład powinniśmy to robić natychmiast, przy dżdżownicy – w żadnym razie nie reagujemy na pierwszy ruch. Niemniej rzadko też czekamy na pełne branie, które zazwyczaj bywa już ostatnim dzwonkiem.

Zdarza się, że dopiero po kilku próbach udaje się ustalić czas, jaki ma upłynąć od pierwszego sygnału do ruchu wędką. Nazywa się to zacinaniem na tempo: nie rozszyfrowujemy już zachowań spławika, tylko odliczamy, np. jeden, dwa, trzy – w górę! Typową rybą, przy której ma to zastosowanie, jest leszcz. Bierze pewnie i praktycznie nie ma przy nim zacięć spóźnionych. Kilkusekundowe odczekanie jest zatem wręcz wskazane.

Zacinamy też przy każdym wyjmowaniu zestawu z wody. Staramy się natomiast nie reagować na sygnał brania fałszywy, pochodzący np. od trącenia przynęty o kamień denny. Na niezawodne jednak rozpoznanie czegoś takiego w każdym wypadku nie ma silnych.

Samo zacięcie powinno mieć postać krótkiego, energicznego ruchu wędziskiem do góry. Teoretyczne rozważania o zacinaniu z prądem czy pod prąd, albo w stronę przeciwną do kierunku ucieczki ryby, potraktujmy raczej jako przyjemną lekturę do poduszki niż jako praktyczne wskazania. Zresztą w wodzie bieżącej wypadkowa pionowego ruchu szczytówki i poziomego przesunięcia zestawu (z nurtem) i tak daje zacięcie nieco pod prąd. Całkiem niezamierzenie więc stosujemy się do jakiegoś kawałka teorii. Zalecane gdzieniegdzie zacinanie ruchem wędziska w dół, by szczytówka sprężyście odskoczyła w górę, mogłoby mieć zastosowanie tylko przy akcji miękkiej, jakiej zdecydowanie unikamy.

Sztuki niewielkie wystarczy po prostu unieść nad powierzchnię. Nazywa się to holem powietrznym. Wielkość (czy raczej niewielkość) odnosimy, rzecz jasna, do wytrzymałości wędki. Dziesięciodekagramowa ryba na przyponie 0,04 (bywają i takie!) to już zdecydowanie za dużo jak na hol powietrzny, podczas gdy dwa razy większa na przyponie 0,10 – to w sam raz. Prowadzimy ją wprost do nastawionej dłoni. Chwytamy zawsze rybę, nigdy żyłkę!

Mimo to może się zdarzyć, że nim dłoń zamkniemy, puści ledwie zahaczona warga. Zanim rzucimy się w pogoń, przypominającą czasem polowanie na muchę, ona myk, myk – i po kilku podskokach na pochyłym brzegu znajdzie się w wodzie. Normalnie strata niewielka. Ale w czasie zawodów może przesądzić o miejscu. Toteż w ich toku częstokroć stosuje się pewniejsze naprowadzanie na pierś, do której dopiero przyciska się rybę dłonią. Lepiej wtedy mieć fartuch lub ubranie, którego nie szkoda ubrudzić śluzem. Można też naprowadzić zdobycz nad pojemnik na złowione ryby i gasić ręką od góry; nawet jeśli odhaczy się sama, wpadnie tam gdzie trzeba.

Bez względu na to, jaki ma być dalszy jej los (wpuszczamy z powrotem, zatrzymujemy) musimy chwytać ją delikatnie, mimo że pewnie. Trzeba to wyćwiczyć. Do wyjęcia haczyka ujmujemy rybę całą dłonią, tak by palec wskazujący i kciuk wypadły tuż za łukiem skrzelowym. Jeśli została zacięta poprawnie, za wargę, do wyhaczenia wystarczą palce. Jeśli haczyk utkwił głębiej, używamy wypychacza.

Próba natychmiastowego wyciągnięcia sztuki większej z reguły kończy się jej zerwaniem. Musimy więc przeprowadzić walkę w wodzie. Pierwsza rzecz, to postarać się odprowadzić rybę z pola łowienia, by nie płoszyła pozostałych. Wybieramy kierunek najkorzystniejszy dla siebie. W obecności przeszkód przybrzeżnych (krzewy, konary) dążymy do zmęczenia jej w oddaleniu. W nurcie można próbować podciągnąć ją pod prąd, by nabrać wysokości.

Wędkę stale utrzymujemy w naprężeniu. Jednocześnie trzeba pilnować kąta między wędziskiem a żyłką. Zdolność amortyzacyjna szczytówki jest największa, gdy pozostaje on zbliżony do prostego (względem nie wygiętej części wędziska). Tu po raz kolejny czerpiemy korzyści z amortyzatora gumowego. Siłą rzeczy bowiem przy sprowadzaniu zdobyczy w pobliże brzegu kąt ten maleje. Łagodzące działanie wędziska zostaje więc w dużej mierze wyłączone. Guma pracuje nadal. Podobnie, gdy dojdzie do wyprostowania wędki, czyli ułożenia się żyłki i wędziska w jednej linii. W układzie zwykłym kończy się to zazwyczaj zerwaniem, bo wędzisko nie amortyzuje już wcale. Z gumą – wszystko jeszcze przed nami, choć lepiej do czegoś takiego nie dopuszczać.

A sposoby na to są. Nawet przy dużej rybie nie jesteśmy przecież całkiem skazani na jej kaprysy i ucieczki. Jest bądź co bądź zaczepiona z przodu, podczas gdy główny jej zespół napędowy – trzon ogonowy – znajduje się z tyłu. Nieznaczne pociągnięcie żyłką w bok sprawia, że uciekinier chcąc nie chcąc skręca.

Nie śpieszmy się z podciąganiem zdobyczy w górę. Wiara w skuteczność wystawienia pyszczka nad powierzchnią (dania powietrza) może kosztować jej utratę nawet w wypadku nielicznych gatunków na to rzeczywiście podatnych (płoć, leszcz). Niech się zmęczy w pół wody. Kiedy już zaś zdecydujemy się wprowadzić ją do podbieraka, to za jednym zamachem. Nie należy też walki przeciągać ponad potrzebę, by się – na przykład – jak najdłużej nią cieszyć. Ze względów tak etycznych (długo męczona ryba ma mniejsze szanse przeżycia), jak i praktycznych. Im bowiem dłuższe holowanie, tym większa szansa na zejście ryby z haczyka, choćby z powodu przecięcia wargi.

Zamiast wprowadzać do podbierania, można rybę wyciągnąć z rozpędu na brzeg, o ile oczywiście się on do tego nadaje. Nazywa się to lądowaniem wyślizgiem. Chwytanie jej ręką w wodzie jest bodaj najbardziej sportową formą zakończenia walki. Wymaga znajomości chwytów oraz zręczności i opanowania. Najlepiej wychodzi, jeśli łowi się stojąc w wodzie. W czasie zawodów regulamin tego nie dopuszcza.

Przy łowieniu z zestawem skróconym pierwszy etap holowania jest utrudniony przez konieczność odłożenia zbędnej części wędziska. Jeśli jest ona dłuższa niż 2 m, bardzo się przy tym przydaje podpórka rolkowa (rys. 8), umieszczona za łowiącym. Kiedy już w zasięgu ręki znajdzie się to właściwe złącze, ujmuje się sąsiadujące segmenty tuż przy nim i z lekkim obrotem rozciąga. Częścią górną można teraz manewrować bez przeszkód. Zdarza się jednak, że trzeba wędzisko przedłużyć ponownie, np. żeby nie dopuścić ryby do przeszkód przybrzeżnych. Dlatego odłączona część dolna powinna pozostać w zasięgu ręki, oparta o rolki lub kolana.

Spławikówka z kołowrotkiem

Wędzisko spławikowe z przelotkami tylko nieznacznie różni się od wędziska bez przelotek. Najważniejsze różnice, widoczne na pierwszy rzut oka, to obecność przelotek i uchwytu do mocowania kołowrotka. Ponadto występuje nieco grubsza szczytówka niż w wędzisku bez przelotek. Ma ona najczęściej od 1 do 2,5 mm średnicy. Szczytowy segment wędki może być wykonany zarówno z pręta, jak i rurki z włókna. Podczas zakupu wędziska z pełną szczytówką, czyli z pręta, należy sprawdzić, czy wędka pod obciążeniem prawidłowo się wygina. Czasami bowiem zdarza się, że w wędzisku jest zbyt cienka szczytówka, która nie przenosi ugięcia na kolejne segmenty wędziska. Próbę należy wykonać, podnosząc zawieszony na żyłce ciężarek o masie około 100 g. Samo wędzisko nie musi już być tak elastyczne, bo podczas holu ryb pomaga kołowrotek, który umożliwia wydłużanie odcinka żyłki podczas ucieczki ryby. Najbardziej pożądana akcja to, podobnie jak poprzednio, A lub B. Wybierając wędzisko, należy dokładnie obejrzeć wszystkie przelotki. Sprawdzić, czy są dobrze przymocowane do wędziska. Na górnych segmentach wędki czasem montowane są przelotki na przesuwnych pierścieniach. Trzeba sprawdzić mocowanie przelotki do pierścienia, a takie, czy pierścień nie uszkadza wędziska podczas przesuwania. Oględzin wymagają wewnętrzne powierzchnie przelotek.

Muszą być gładkie, inaczej będą niszczyły przesuwającą się po nich żyłkę. Sprawdzenia wymaga także uchwyt do mocowania kołowrotka. Ważne, żeby był stabilnie przytwierdzony do wędziska i nie zgrzytał oraz nie zacinał się. Najczęściej używa się wędzisk o długości od 3,0 do 4,5 m. Krótsze utrudniają łowienie, uniemożliwiając ustawienie gruntu na głębokości 2 – 3 m. Dłuższe natomiast są ciężkie i niewygodne w użyciu. Optymalną masę obciążenia zestawu wędkarskiego dla danego wędziska nazywa się masą rzutową. Jeśli na przykład masa rzutowa wynosi od 5 do 25 g, to wędzisko najlepiej nadaje się do łowienia ze spławikiem o wyporności od 5 do 25 g. Oczywiście można zastosować spławik o mniejszej wyporności, ale lżejszym zestawem nie uda się daleko zarzucić. Niewskazane jest natomiast używanie spławików o większej wyporności, bo to grozi złamaniem kija. Jeśli nawet uda się wykonać rzut, to jest on zazwyczaj nieprecyzyjny, gdyż trudno utrzymać kontrolę nad zbyt ciężkim zestawem.

 


13. Pompowanie:
a – szybkie opuszczanie wędziska z jednoczesnym zwijaniem żyłki, b – podciąganie ryby bez zwijania żyłki.

 

Kołowrotek to specjalny magazynek na żyłkę. Pozwala na szybkie wysnuwanie żyłki podczas zarzucania wędki i jej zwijanie w czasie ściągania zestawu oraz podczas holu ryby czyli pompowania (rys. 13). Dzięki niemu w płynny, kontrolowany sposób duża ryba może wysnuwać żyłkę. Kołowrotka warto używać, kiedy musimy zarzucić zestaw na większą odległość (rys. 14), czyli poza zasięg wędziska, a także wtedy, gdy w łowisku występują duże ryby, których bez użycia kołowrotka nie da się wyholować, niezależnie od dystansu, na jakim zamierza się łowić. Kołowrotki są produkowane w różnych wielkościach, które wybiera się w zależności od metody połowu lub grubości stosowanej żyłki. Wprawdzie nie ma oficjalnych standardów określających rozmiar kołowrotka, ale większość producentów nazywa je, np. 1000, 2000, 3000, 4000 itd. albo 1, 2, 3, 4. Przy czym im mniejsza liczba, tym mniejszy kołowrotek. Do metod spławikowych i gruntowych najlepiej używać kołowrotków o wielkościach 2000, 3000 lub 4000. Chociaż modele 1000 kuszą swoją niewielką masą, to raczej nie warto po nie sięgać ze względu na małą średnicę szpuli. Mała szpula bowiem to w konsekwencji krótkie rzuty, niewielka prędkość zwijania żyłki i tendencja do skręcania się żyłki w pierścionki. Przy wyborze kołowrotka należy zwrócić uwagę na solidność jego wykonania. Bardziej niż atrakcyjny wygląd kołowrotka liczy się dopasowanie poszczególnych elementów, brak nadmiernych luzów, precyzja działania mechanizmów. Podczas sprawdzania kołowrotka trzeba wielokrotnie otworzyć kabłąk i pokręceniem korbki zamknąć go. Kołowrotek za każdym razem musi zamykać się do końca, bez potrzeby dodatkowej ingerencji. Kiedy jedną ręką unieruchomimy korbkę, drugą należy spróbować obrócić rotor z kabłąkiem wokół osi kołowrotka i w innych płaszczyznach. O ile lekki luz wokół osi jest dopuszczalny, o tyle luz w innych płaszczyznach, choćby najmniejszy, dyskwalifikuje kołowrotek. Producenci kołowrotków podnoszą ich walory użytkowe, zwiększając liczbę zastosowanych łożysk.

 


14. Rola kołowrotka w zwiększaniu zasięgi wędki spławikowej

 

Warto zwrócić uwagę nie tylko na samą ich liczbę, ale i umieszczenie. Najważniejsze są łożyska na osi kołowrotka, przy korbce, a także w rolce prowadzącej żyłkę.

Kołowrotki są zwykle  wyposażone w szpule o różnych pojemnościach. Długość żyłki, jaką można nawinąć na szpulę, zależy nie tytko od tej pojemności, ale także od średnicy żyłki. Najczęściej jednak szpule mają nadmiar miejsca do nawinięcia 100-metrowego odcinka żyłki. Dlatego zaleca się najpierw nawinąć na szpulę tak zwany podkład, czyli pewien odcinek żyłki grubszej niż żyłka główna, a dopiero na niego żyłkę główną. Na podkład bierze się żyłkę grubszą nie tylko dlatego, żeby nie było jej bardzo dużo na szpuli, ale również żeby nie ryzykować utraty dużej ryby, która mogłaby wysnuć cały zapas żyłki głównej, po czym zerwać słabszy podkład. Nie powinno się jednak używać żyłki znacznie grubszej niż główna, bo wtedy nie uzyskamy równego nawoju. Różnica średnicy obu żyłek nie może być większa niż 0,1 mm. Skąd jednak wiedzieć, ile żyłki przeznaczyć na podkład. Jeśli dysponujemy dwiema szpulami tego samego rozmiaru, sprawa jest prosta. Najpierw nawijamy całą żyłkę główną, węzłem baryłkowym dowiązujemy podkład i nawijamy go do uzyskania wymaganego nawoju. Następnie przewijamy obie żyłki na szpulę docelową. Kiedy jednak mamy tylko jedną szpulę albo druga jest już zajęta, trzeba ustalić długość podkładu metodą kolejnych przybliżeń.

Warto zadbać o to, żeby wielkość nawoju była możliwie optymalna, bo wtedy zapewniamy prawidłową pracę kołowrotka w czasie zarzucania zestawu. Zbyt mały nawój powoduje bowiem uzyskiwanie krótszych rzutów. Zbyt duży natomiast prowadzi do splątania nadmiaru żyłki, zerwania zestawu albo nawet utraty ryby. Podczas nawijania żyłki szpulę, z której przewija się żyłkę, należy umieścić tak, żeby obracała się płynnie, nie hamowała ani nie przyśpieszała. Jedną ręką należy kręcić korbką kołowrotka, a drugą trzymać wędzisko i jednocześnie lekko ściskać palcami nawijaną żyłkę, żeby uzyskać równomiernie naciągnięty nawój. Później, w czasie wędkowania trzymanie żyłki palcami nie jest już konieczne, bo właściwe napięcie zapewnia masa zestawu.

Ważnym mechanizmem kołowrotka jest hamulec szpuli. Ma on za zadanie zabezpieczyć żyłkę przed zerwaniem podczas zrywów holowanej ryby. Pokrętłem, które znajduje się na szpuli albo na korpusie kołowrotka, ustawia się siłę, jaka jest potrzebna do obracania szpuli. Siła ta powinna być wyraźnie mniejsza od wytrzymałości przyponu, by ryba, zanim zerwie przypon, wysnuła żyłkę z kołowrotka. Nie można jednak ustawić zbyt lekko dokręconego hamulca, bo nie uda się wyholować nawet najmniejszej rybki. Najlepiej ustawić wstępnie hamulec tak, żeby nie dało się wysnuwać żyłki z kołowrotka, ciągnąć ją dwoma palcami, ale żeby można ją było wysnuć, chwytając całą dłonią. Gdyby w trakcie łowienia okazało się, że tak dobrane ustawienie jest niewłaściwe, trzeba je trochę skorygować.

W zestawach spławikowych z kołowrotkiem używamy nieco mocniejszych żyłek niż do łowienia batem. Skoro mamy łowić większe ryby, to i sprzęt powinien być do tego dostosowany. W większości wypadków na żyłkę główną odpowiednia jest linka o średnicy 0,18 mm. W stawach karpiowych warto założyć nieco mocniejszą, np. 0,22 mm. W jeziorach, w których biorą węgorze, potrzebna będzie żyłka nawet 0,25 milimetrowa. Średnica przyponu w zależności od łowiska i łowionych ryb powinna wynosić od 0,12 do 0,22 mm.

Do łowienia z kołowrotkiem optymalne są haczyki o nieco innym kształcie niż w wypadku łowienia batem. Najważniejszą ich cechą jest krótki trzonek, który zapewnia pewne trzymanie ryby podczas holu. W zależności od wielkości i siły ryb dobieramy model haczyka o odpowiedniej grubości drutu. Na duże ryby potrzebny jest mocniejszy.

Na zestawach spławikowych do wędki z kołowrotkiem rozkłada się obciążenie według takich samych zasad jak w zestawach do bata. Ale tutaj częściej używa się spławików klasycznych o wyporności większej niż 2 g, dlatego stosuje się obciążenia mieszane składające się z ciężarka kroplowego (łezki) i kilku śrucin. Najczęściej masa łezki wynosi około 3/4 łącznej masy całego obciążenia. Łezka powinna być zablokowana na żyłce, bo przesuwając się może zniszczyć pozostałe ciężarki i powodować plątanie się zestawu. Mniejsze łezki blokuje się śrucinami. Bezpośrednio pod łezką warto założyć na żyłkę stoper gumowy, który będzie zabezpieczał śrucinę przez zbijaniem. Większe ciężarki kroplowe najlepiej blokować kawałkiem amortyzatora gumowego. Wciągamy go w otwór, przez który przechodzi żyłka.

Używając spławikówki z kołowrotkiem, stosuje się dwa podstawowe rodzaje spławików. Do łowienia w niewielkiej odległości i na głębokość nie przekraczającą długości wędziska wybiera się spławiki klasyczne. Ich wyporność i kształt mogą być bardzo różne w zależności od uciągu wody i upodobań wędkarzy. Do łowienia w wodach stojących stosuje się spławiki montowane do żyłki jednopunktowo o angielskiej nazwie waggler. Ich użycie jest uzasadnione, kiedy łowimy w większej odległości albo kiedy głębokość łowiska (ustawiany grunt) jest większa od długości wędziska. W tym drugim przypadku łowi się na spławik przelotowy, czyli taki, który przesuwa się po żyłce i jest blokowany od góry specjalnym stoperem. Wagglery mają inne oznaczenia wyporności niż spławiki klasyczne. Ich całkowita wyporność jest sumą dwóch liczb widniejących na spławiku, dlatego spławik 10 gramowy może mieć opis 9+1 albo 6+4. Pierwsza liczba oznacza masę obciążenia wbudowanego w korpus spławika, a druga masę obciążenia potrzebnego do całkowitego wyważenia spławika. Spławiki, którym do wyważenia potrzeba niewielkiego obciążenia na żyłce, np. 9+1, 8+2, są montowane na stałe. Wagglery, do których wyważenia potrzeba więcej ołowiu, np. 6+4, 5+5, są montowane jako spławiki przelotowe ze względu na to, że do przeciągnięcia żyłki przez oczko łącznika mocującego spławik, potrzebne jest większe obciążenie niż tylko do ustawienia się zwykłego zestawu w wodzie.

Konstruowanie zestawu

Ze spławikiem klasycznym
. Budowa takiego zestawu wędkarskiego wygląda analogicznie jak w wypadku bata. Kołowrotek montuje się do wędziska, żyłkę przeciągamy przez przelotki, zakładamy na nią spławik, który następnie wyważamy montując ciężarki. Zaciśnięte ciężarki przesuwamy, odcinamy zniszczony fragment żyłki, wiążemy pętlę, do której montujemy przypon i na koniec rozsuwamy ciężarki.

Z wagglerem
. Jeśli łowimy z wagglerem zamocowanym na stałe, konstrukcja jest zbliżona do zestawu ze spławikiem klasycznym. Różnice wynikają z tego, że waggler ma zwykle wbudowaną część obciążenia i na żyłce montuje się tylko brakujące ciężarki. Ponadto przypon łączy się z żyłką główną krętlikiem. Zastosowanie krętlika ma na celu ograniczenie skręcania żyłki głównej powodowane przez przynęty na haczyku obracające się wokół osi zestawu podczas jego szybkiego ściągania z większych odległości. WaggIer mocujemy do żyłki, przewlekając żyłkę przez oczko w stateczniku i blokując kilkoma (kilkunastoma) śrucinami. Jest to sposób bardzo pewny, ale dość czasochłonny i bardzo utrudniający zmianę gruntu. O wiele wygodniej jest zastosować specjalny łącznik.

Z wagglerem przelotowym
. Budowa zestawu ze spławikiem zamontowanym przelotowo jest całkiem odmienna. Rozpoczynamy ją od przygotowania odcinka żyłki głównej o długości 1,2 m. Do jego obu końców przywiązujemy krętliki. Później na żyłkę wychodzącą z kołowrotka zakładamy spławik z łącznikiem. Używamy specjalnego łącznika do spławików przelotowych albo krętlika z agrafką. Przy czym krętlik wymaga pewnej przeróbki. Ściskamy go szczypcami, żeby oczko, przez które przewleczemy żyłkę miało spłaszczony, owalny prześwit. Po założeniu spławika dowiązujemy do żyłki głównej odcinek żyłki z krętlikami. Nad spławikiem zawiązujemy stoper z nici, przy czym we wstępnej fazie nie zaciskamy go zbyt mocno. Robimy to dopiero po ustaleniu głębokości łowienia. Inaczej trudno byłoby go przesunąć po żyłce. Następnie wyważamy spławik, umieszczając większość ciężarków tuż powyżej górnego krętlika. Dzięki zastosowaniu tego krętlika mamy pewność, że duże śruciny nie przesuną się w dół podczas mocnych wymachów wędziskiem.

Łowienie

Łowienie ze spławikiem klasycznym.
Zarzucanie zestawu spławikowego wędką z kołowrotkiem i spławikiem klasycznym wygląda niemal identycznie jak zarzucanie batem. Można zarzucać zarówno “przez głowę” jak i “spod siebie”. Jedyna różnica polega na tym, że przed rzutem palcem wskazującym dłoni trzymającej wędzisko przytrzymujemy żyłkę i otwieramy kabłąk kołowrotka. Po wymachu puszczamy żyłkę, gdy tylko spławik z obciążeniem znajdzie się przed szczytówką. Przyciskamy ją palcem wskazującym do krawędzi szpuli, kiedy zestaw znajdzie się nad celem. Gruntowanie wędką z kołowrotkiem jest odmienne od gruntowania batem. Tu zamierzamy łowić dosyć daleko poza szczytówką wędziska. Dlatego do haczyka przypinamy najlżejszy gruntomierz (10 g), zarzucamy zestaw rzutem spod siebie i całkowicie luzujemy żyłkę, czekając na wypłynięcie spławika. Do właściwego gruntu powinniśmy się zbliżać “od dołu”, czyli stopniowo zwiększając odległość spławika od haczyka. Jeśli podczas łowienia na żyłce powstają luzy, powinniśmy je niwelować, zwijając żyłkę na kołowrotek.

Po wypłynięciu zestawu z pola łowienia zwijamy zestaw i ponownie go zarzucamy. W momencie gdy mamy branie, zacinamy w taki sam sposób jak przy łowieniu batem. Z tą różnicą, że im dalej łowimy, tym szerszy ruch wędziskiem jest potrzebny do naprężenia żyłki i przeniesienia siły zacięcia na haczyk. Trzeba przy tym pamiętać o trzymaniu palcami korbki kołowrotka, żeby jego mechanizm nie zaczął się obracać podczas zacięcia. Jeśli zapomnimy o przytrzymaniu korbki, to wtedy możemy zaciąć niewystarczająco mocno i ryba zepnie się z haczyka. Zaciętą rybę holujemy powoli, zwijając żyłkę kołowrotkiem, ale tylko w wypadku, gdy nie jest to duża ryba. To znaczy wtedy, gdy hamulec nie pozwala, żeby szpula się obracała.  Kiedy ryba jest na tyle duża, że podczas prób kręcenia korbką szpula zaczyna się obracać, o czym dobitnie świadczy terkot hamulca, holujemy ją metodą pompowania. Pompowanie składa się z dwóch faz. Pierwsza polega na szybkim opuszczaniu wędziska w kierunku holowanej ryby z równoczesnym, szybkim zwijaniem żyłki. Druga faza to powolne podciąganie ryby ku sobie wędziskiem bez użycia kołowrotka. Kiedy ryba jest dostatecznie zmęczona, zaczyna zataczać łuki, pływając powoli i przewracając się na boki, zanurzamy podbierak w wodzie i kierujemy rybę w jego stronę. Podbierak szybko podnosimy, kiedy ryba znajdzie się nad nim. Ryby nie powinno się ganiać podbierakiem. Wbrew pozorom łatwiej i lepiej naprowadzić ją nad siatkę.

Łowienie z wagglerem.
Chociaż zestaw wędkarski różni się tylko jednym elementem – spławikiem, to jednak w czasie łowienia ujawnia się znacznie więcej różnic. Wynikają one z konstrukcji spławika, przede wszystkim umieszczenia w nim części obciążenia i jednopunktowego zamocowania żyłki. Pierwszą rzeczą jest zarzucenie zestawu. Czynność tę rozpoczynamy od podciągnięcia spławika na wysokość 20 – 30 cm od szczytówki. Następnie podwójnym wymachem wędziska od pozycji przed sobą: najpierw do tyłu, a później jak podczas machania batem, prawie bez zatrzymania z powrotem do przodu. W czasie zarzucania zestawu pierwszy leci jego najcięższy element, czyli spławik. Za nim podąża żyłka główna oraz część żyłki z obciążeniem i przyponem. Żeby nie doszło do splątania zestawu, tuż przed jego zetknięciem się z taflą wody trzeba go wyhamować, by obciążenie z przyponem wyprzedziło spławik i zestaw opadł na wodę w pozycji wyprostowanej. Po zarzuceniu zestawu należy zatopić żyłkę. W tym celu wkładamy szczytówkę wędziska do wody i szybko zwijamy 2 – 3 m żyłki. Dlatego też zawsze zarzucamy zestaw kilka metrów dalej, niż zamierzamy łowić. Po zatopieniu żyłki cały czas utrzymujemy szczytówkę pod wodą. Dla większej wygody łowienia pod wędzisko można ustawić dwie podpórki, z których bliższa wody powinna być niżej położona niż dalsza. Można również użyć tylko jednej podpórki, a dolnik wędziska trzymać w ręku ewentualnie oprzeć o udo.

Co pewien czas lekko podciągamy żyłkę kołowrotkiem, żeby zredukować ewentualne luzy, które powstają na skutek działania prądów podwodnych. Korbką kręcimy tylko do momentu przynurzenia anteny spławika. Branie ryby widoczne jest jako zanurzenie anteny albo, jak w wypadku leszczy, jej wystawienie. Rybę zacinamy dosyć obszernym, ale płynnym ruchem wędziska ku tyłowi, żeby zniwelować wszelkie łuki na żyłce. Hol ryby na wędce z wagglerem nie różni się od holu zwykłą spławikówką.

Metody
metoda GRUNTOWA

Zwana także przystawką denną. Jak sama nazwa wskazuje metoda ta polega na łowieniu ryb z gruntu. Służy do łapania ryb spokojnego żeru czyli m.in. karpia, brzany, leszcza itd. Jest to najmniej męcząca metoda połowu, ponieważ po zarzuceniu wędki i założeniu sygnalizatora brań, siada się i czeka na sygnał. Obecnie jest to najbardziej popularna metoda stosowana przez większość wędkarzy. W Polsce można łowić na dwie wędki naraz, więc mamy podwójną szansę na złapanie ryby.
Istnieją dwa różne rodzaje tej metody. Pierwszym z nich jest sposób łowienia ze spławikiem (lekka ze spławikiem) a drugim jest sposób bez spławikowy (czyli bardziej popularny). W pierwszej z nich używa się spławika i odpowiedniego obciążenia. W drugiej używa się koszyczka lub sprężyny zanętowej a jako sygnalizator brania (drgającej szczytówki, bombki
(rys. 2c), dzwoneczka lub najbardziej teraz popularnego elektrycznego sygnalizatora (rys. 2d).
Wchodząc w ten temat to niektóre ryby, jak leszcze, brzany czy karpie wolą gdy przynęta nieruchomo spoczywa na dnie łowiska. Kładzie się ją na dnie z haczykiem oraz z obciążeniem także wtedy, gdy chcemy być pewni że nie będzie ona wraz z całym zestawem wleczona po dnie. W takim wypadku używanie spławika jako sygnalizatora nie ma sensu. Znacznie lepiej jest zastosować wędkę nazywaną gruntówką.

Lekka ze spławikiem

Wędka niewiele odbiega od stosowanych w klasycznej metodzie spławikowej
(rys. 1). Główna różnica to obciążenie, nieznacznie tylko przewyższające wyporność spławika i skupione w jednym punkcie, oraz odległość od haczyka do spławika. Przekracza ona głębokość łowiska: o długość przyponu (lub raczej o odległość od haczyka do ciężarka) w wodach stojących, o nieco więcej – w bieżących.


1. Gruntówka ze spławikiem (lekka z przemieszczaniem zestawu w nurcie)

W tym wypadku chodzi o zwykłe unieruchomienie przynęty przy dnie, mimo kołysania fal, ewentualnych prądów itd. Nadwyżka obciążenia nad wypornością powinna być jak najmniejsza, by ryba wyczuwała jak najmniejszy opór. Ogólnie jednak ten sposób łowienia nie zasługuje na większą uwagę, gdyż istnieją skuteczniejsze.

Zestaw na wody bieżące ma tę zaletę, że daje się prowadzić tak jak przepływankowy. Przy żyłce lekko napiętej spławik i ciężarek z przystawioną przynętą pozostają w bezruchu. Mocniejsze naprężenie żyłki, przez nieznaczny ruch wędziskiem pod prąd, spowoduje oderwanie zestawu od dna. Podobnie przytrzymanie zestawu w przepływance sprawia, że przynęta unosi się w górę. Przy takim naprężeniu można zestaw przystawkowy przeprowadzić przez pewien odcinek pola zanęconego. Następnie ponownie osadzić go w miejscu – po prostu luzując. W ostatecznym wyniku będzie on więc przeszukiwał większą połać dna, jak w przepływance, a jednocześnie przez znaczną część czasu przynęta będzie spoczywała w miejscu, tak jak lubi to np. większy leszcz. Czułość sygnalizacji także zależy od nadwyżki ciężaru. Nie można jednak z nią przesadzać, gdyż zestaw bardzo czuły trudno utrzymać w miejscu.

Bezspławikowa

W przeważającej większości wędek gruntowych, zwłaszcza przy łowieniu w wodach bieżących, stosuje się rozmaite sygnalizatory brań. Warto zwrócić uwagę, że w wodach stojących i powoli płynących wędzisko jest pochylone ku powierzchni wody, tak że żyłka od kołowrotka do ciężarka biegnie po prawie prostej linii (rys. 2a). W szybko płynących przeciwnie; jest ona ustawiona pod znacznym kątem do poziomu, tak że żyłka na przelotce szczytowej załamuje się pod kątem zbliżonym do prostego (rys. 2b). Feedery ustawia się bokiem do łowiska tak aby żyłka i szczytówka były pod kątem prostym.


2. Gruntówka
a – ciężka w wodzie stojącej (jako sygnalizator bombka, zawieszona pomiędzy pierwszą a drugą przelotką, a na podpórce od strony wody przykręcony sygnalizator elektryczny), b – na bieżące (jako sygnalizator na szczytówce umieszczony dzwoneczek), c – bombka, d – sygnalizator elektroniczny.

Podczas łowienia z ciężarkiem gruntowym (m.in. koszyczek, sprężyna) lokuje się go w wybranym miejscu na dnie łowiska, wędzisko umieszcza na podpórkach, a żyłkę tak napręża aby szczytówka wędziska lekko się ugięła. Szczytówka w tym wypadku jest sygnalizatorem brań. Nazwano ją drgającą szczytówką. Kiedy ryba pochwyci przynętę i z nią odpływa, szczytówka porusza się. Najczęściej szpic wędziska energicznie się ugina, ale może również się wyprostować. Każdy jego ruch oznacza kontakt ryby z przynętą lub zestawem. Niekiedy ryby tylko potrącają napiętą żyłkę a nie biorą przynęty.

Wędziska
do gruntówki wyposażone w specjalne, elastyczne szczytówki nazywają się pickerami lub feederami (rys. 3). Pickery przeznaczone są przede wszystkim do łowienia w wodach stojących. Mają najczęściej długość od 2,4 do 3 m. Mogą być teleskopowe albo składać się z dwóch segmentów. Ich ciężar rzutowy jest niewielki i nie przekracza 50 g, dlatego na zestaw zakłada się tylko ciężarek.

Do łowienia z koszyczkiem zanętowym i do łowienia z większymi ciężarkami (w rzekach) stosuje się feedery. Ich nazwa pochodzi od ang. słowa “feed” – karmić. Terminem “feeder” określa się w Anglii także koszyczek zanętowy. Wędziska tego typu są nieco dłuższe. Mają od 3,3 do 3,6 m. Występują w wersji teleskopowej i zwykłej (trzyelementowe). Zarówno pickery, jak i feedery mają najczęściej w wyposażeniu dwie lub trzy szczytówki o różnej średnicy i czułości. Szczytówki te można zmieniać, dopasowując do wielkości stosowanego obciążenia. Kiedy stosuje się większy ciężarek, trzeba użyć szczytówki grubszej i sztywniejszej. Ponieważ zastosowanie pickerów jest ograniczone, lepiej jest kupić wędzisko typu feeder, którym można też łowić bez koszyczka zanętowego. Wystarczy tylko zamontować najcieńszą szczytówkę sygnalizacyjną.


3. Przykłady wędek gruntowych
a – “feedery”, u góry teleskopowa a u dołu zwykła (trzyelementowa), b – przykłady wymiennych szczytówek do feederów, c – zwykła wędka teleskopowa.

Do łowienia w wodach stojących najlepsze jest wędzisko o długości 3,3 m i ciężarze wyrzutowym do 60 g, maksymalnie 80 g. Do łowienia w rzekach lepszy jest nieco dłuższy kij – 3,6 m. Jego ciężar wyrzutowy również powinien być większy (120 g), bo podczas łowienia w wodzie płynącej używa się większych ciężarków. Ale jeśli zamierzamy łowić w bardzo szybko płynącej wodzie (rzeki podgórskie), potrzebny jest kij o ciężarze wyrzutowym do 180 g.

Kołowrotka
do gruntówki używa się podobnego, jak do wędki spławikowej. Ze względu jednak na większą średnicę stosowanych żyłek i większą odległość zarzucania, warto sięgnąć po nieco większe modele. Jeśli ktoś zamierza łowić i spławikówką, i gruntówką najlepiej kupić kołowrotek bardziej uniwersalny.

Jako linkę główną stosujemy żyłkę nieco grubszą niż do łowienia spławikowego. W ubogich w ryby kanałach najlepsza jest 0,18 mm, w wodach stojących 0,22 mm (na karpie 0,30 mm), a w rzekach z licznymi zaczepami możemy użyć linki nawet o średnicy 0,35 mm.

Do gruntówki używamy takich samych haczyków jak do spławikówki z kołowrotkiem. Na największe i najsilniejsze ryby (karpie, brzany) można zastosować haczyki wykonane z nieco grubszego drutu, bo takie pewniej trzymają zaciętą, dużą rybę. Nieco mocniejsze są tak zwane haczyki kute, czyli takie w których drut na kolanku jest bocznie spłaszczony.

Ciężarki
można podzielić na dwie grupy. W pierwszej, tradycyjnej znajdują się wszystkie ciężarki, przez które przechodzi żyłka najczęściej osiowo. Druga grupa to ciężarki mające zewnętrzny element mocujący do żyłki głównej zestawu. Dzięki bocznemu położeniu względem żyłki i dosyć elastycznemu mocowaniu stawiają one znacznie mniejszy opór podczas brania ryby. Istnieje jeszcze jedno kryterium podziału ciężarków zależne od pełnionej funkcji. Są ciężarki, których zadaniem jest tylko obciążanie wędki, ale są i takie, które oprócz obciążania wędki są nośnikami zanęty. To najróżniejsze koszyczki lub sprężyny zanętowe. Dzięki ich zastosowaniu łowimy z przynętą znajdującą się zawsze w bezpośredniej bliskości zanęty.

Sposobów montażu zestawu gruntowego jest wiele. Godne polecenia rozwiązania są najmniej skomplikowane. W najprostszym zestawie na żyłkę nawlekamy krętlik z agrafką, do której przypinamy ciężarek. Następnie na żyłkę naciągamy gumowy stoper i wiążemy pętlę. do której przywiązujemy przypon. Zestaw nieco zmodyfikowany ma w miejscu krętlika z agrafką rurkę antysplątaniową, która też jest wyposażona w agrafkę do przypinania ciężarków.

Gruntówkę można zarzucać trzema sposobami. Oprócz znanych ze spławikówki z kołowrotkiem rzutów “przez głowę” i “spod siebie” jest jeszcze rzut boczny. Podczas tego rzutu na początku zwijamy nadmiar żyłki podciągając ciężarek na około pół metra od szczytówki. Ustawiamy wędzisko w pozycji zbliżonej do poziomu. Obracamy się z nim energicznie o około 90° w lewo lub w prawo (w zależności od warunków terenowych lub upodobań). Hamujemy i robimy wędziskiem wymach przed siebie skierowany lekko ku górze, po czym puszczamy żyłkę przytrzymywaną palcem. Niezależnie od sposobu zarzucania tuż przed osiągnięciem celu przez zestaw, palcem hamujemy żyłkę. Łowiąc w wodach stojących, zarzucamy zestaw w samo pole łowienia, które znajduje się najczęściej na wprost nas. W wodach płynących zawsze zarzucamy wędkę, kierując zestaw w dół rzeki. Im nurt silniejszy, tym kąt pomiędzy kierunkiem rzutu a osią prostopadłą do nurtu, na której się znajdujemy, powinien być większy. Dzięki temu zestaw po zarzuceniu nie jest mocno znoszony przez nurt jak przy rzucie na wprost.

Wędkę gruntową zawsze odkładamy na podpórki. W wyjątkowych wypadkach – przy bardzo szybkich braniach – można zastosować rozwiązanie mieszane. Wędzisko podpieramy w połowie lub w górnej jego części, a dolnik trzymamy w dłoni albo opieramy o udo. Wędzisko zawsze układamy na podpórkach tak, aby wpływ czynników zakłócających sygnalizację brań przez szczytówkę był jak najmniejszy. Po ułożeniu wędziska naprężamy żyłkę zestawu kołowrotkiem tak, aby szczytówka wędziska lekko się ugięła. W wodach stojących ustawiamy wędkę poziomo lub ze szczytówką nachyloną ku wodzie pod kątem około 90° do linii żyłki. W rzekach wędzisko ze szczytówką kierujemy ku górze, tak aby tworzyło z żyłką kąt zbliżony do prostego. Tu zwykle wystarczy jedna długa podpórka.

Brania na gruntówce są sygnalizowane przez szczytówkę wędziska jako jej ugięcie, seria ugięć, drżenie, a czasami wyprostowanie. Zdarza się, że duża ryba po pochwyceniu przynęty odpływa zdecydowanie i chce nam “zabrać” wędzisko. Siła zacięcia w gruntówce musi być znacznie większa niż w wędce spławikowej. To dlatego, że zanim zostanie przeniesiona na haczyk, musi pokonać opór sporego ciężarka. Zatem im większe jest obciążenie gruntówki, tym większa powinna być siła zacięcia. Drugim czynnikiem osłabiającym przeniesienie siły zacięcia jest odległość łowienia. Jej działanie jest dwojakie. Po pierwsze, przy większych dystansach powstają większe łuki na żyłce. Po drugie, dłuższy odcinek żyłki oznacza większą elastyczność zestawu, gdyż żyłka jest rozciągliwa. Dlatego im większa jest odległość łowienia, tym większa potrzebna jest siła zacięcia. Ważny jest jednak umiar. Większa siła nie oznacza siły olbrzymiej. W końcu nie próbujemy przewrócić słonia, tylko przemieścić zestaw o masie kilkudziesięciu, maksimum kilkuset gramów znajdujący się w wodzie.

Hol ryby złowionej na gruntówkę jest podobny do holu prowadzonego spławikówką z kołowrotkiem. Są jednak sytuacje, kiedy musi wyglądać nieco inaczej. Podczas łowienia w miejscu z dużą liczbą przeszkód na dnie, jak opaska faszynowo-kamienna na rzece, rybę trzeba holować wysoko uniesionym kijem, żeby ciężarek nie grzązł w zaczepach. Kiedy złowi się brzanę, co można stwierdzić po mocnym “tupaniu” i płynięciu ryby pod prąd przy samym dnie, też trzeba holować mocno podniesionym wędziskiem. Brzana jest bowiem typowo denną rybą kamienistych odcinków rzek i ucieka, przywierając do dna. Może wtedy przetrzeć żyłkę o kamienie albo zaplątać ją o przeszkody podwodne. Podczas łowienia tą metodą będzie nam potrzebne wyposażenie dodatkowe które opisze poniżej.


4. Wędkarskie wyposażenie dodatkowe

Gruntomierz (rys. 4a) służy do zmierzenia głębokości łowiska, zbadania układu i twardości dna. Jest to specjalny ciężarek, który zaczepia się o haczyk. Stosuje się go w metodach spławikowych. W wodach bieżących używa się gruntomierzy o masie od 30 do 60 g. W wodach stojących wystarczy ciężarek o masie od 10 do 30 g.

Wypychacz
(rys. 4b) jest to urządzenie nazywane również uwalniaczem haczyków, gdyż służy do wyjmowania haczyka w wypadku jego głębokiego połknięcia przez rybę. Wykonane jest z plastiku lub metalu.

Śruciny można zaciskać na żyłce zarówno zwykłymi szczypcami (rys. 4c) z płaskimi końcówkami, jak i szczypcami wędkarskimi. Są też specjalne narzędzia wieloczynnościowe. Można nimi zaciskać śruciny. ale również w łatwy sposób zdejmować je z żyłki.

Podbierak
(rys. 4d) to niezbyt głęboka siatka na obręczy o przekroju trójkątnym lub owalnym, przymocowana do długiej rękojeści. Służy do wyjmowania z wody średnich i dużych ryb, których nie można wyciągnąć przez podniesienie na żyłce. Najczęściej podbiera się wszystkie ryby o masie większej niż ćwierć kilograma. Jeśli zamierzamy zabierać złowione ryby, potrzebna nam będzie siatka (rys. 4e) na ryby. Wykonana z miękkiego tworzywa, obszerna, z okrągłymi lub prostokątnymi obręczami, zapewni rybom dobre warunki przechowywania.

W pudełkach na przynęty (rys. 4f) przechowuje się przede wszystkim przynęty żywe. Pudelka powinny mieć dobrze dopasowane wieczka z otworami pozwalającymi na wymianę powietrza. Wieczka pudełek na białe robaki, a szczególnie na pinki, muszą mieć dużo, ale za to bardzo małych otworów. W przeciwnym wypadku larwy będą uciekać z pudelka.

Pojemnik do mieszania zanęty
(rys. 4g). Najlepszy jest brezentowy mieszalnik z uszami, który jednocześnie pełni funkcję torby na zanęty i przynęty. Wszelkiego rodzaju wysokie wiaderka, np. po farbie, nie nadają się do mieszania zanęty, bo trudno w nich równomiernie nawilżyć zanętę, z wierzchu jest mokra, a pod spodem sucha. A raz zepsutej zanęty naprawić się nie da.

Na rynku dostępne są różne rodzaje podpórek (rys. 4h). Głowica podpórki musi być na tyle duża, żeby łatwo było trafić na nią wędziskiem, a jednocześnie tak wyprofilowana, żeby wędka nie przesuwała się po niej. Dobrze, jeśli podpórka ma teleskopową sztycę, która umożliwia ustawienie podpórki w każdym terenie. Kiedy zamierzamy łowić gruntówką w rzece, trzeba nabyć podpórkę ze sztycą, która rozkłada się do wysokości 1,8 – 2,0 m.

Stołek wędkarski
lub krzesełko (rys. 4i)bardzo przydaje się na większości wypraw spławikowych lub gruntowych. Trzeba zwrócić uwagę, żeby stołek był dopasowany do naszego wzrostu, bo inaczej siedzenie na nim będzie męczące. Nóżki stołka powinny mieć stopki o dużej powierzchni, żeby nie zapadały się w miękkim podłożu, o które nietrudno nad wodą.

Zwijadło lub portfel na przypony
(rys. 4j). Akcesoria te służą do przechowywania zapasowych przyponów. W domu przed wyprawą na ryby warto zawiązać kilka takich zapasowych przyponów i zabrać je na łowisko. W czasie łowienia bowiem często dochodzi do zerwania przyponu albo stępienia haczyka o przeszkody podwodne, a wiązanie haczyków, kiedy akurat ryby najlepiej biorą, wprowadza tylko niepotrzebną nerwową atmosferę.

Pokrowiec na wędki
(rys. 4k). Wprawdzie można przewozić i przechowywać nieopakowane wędki, ale znacznie wygodniej dla nas i bezpieczniej dla sprzętu jest, jeśli zapakujemy go w pokrowiec. Dobry pokrowiec ma wygodny, szeroki pasek do noszenia na ramieniu. Kształt pokrowca umożliwia umieszczenie w nim zarówno samych wędzisk, jak i wędzisk uzbrojonych, czyli wyposażonych w kołowrotek, a nawet ze zmontowanym zestawem. Wewnątrz wszyty jest pas materiału, który rozdziela znajdujące się w środku wędziska.

Torba albo pojemnik na akcesoria
(rys. 4l)służy do transportu i przechowywania niezbędnych podczas łowienia drobnych rzeczy jak zapasowe spławiki, ciężarki, koszyczki zanętowe, krętliki z agrafkami, szpulki z nawiniętą żyłką, zwijadło lub portfel na przypony, wypychacz, ściereczka do czyszczenia sprzętu itp.

Przynęty

Różnorodność przynęt wędkarskich, które są wykorzystywane w spławikowych i gruntowych metodach połowu, jest niezwykle szeroka. Wynika to zarówno z olbrzymiej wyobraźni wędkarzy, jak również z dużej ciekawości ryb, które oprócz pokarmu naturalnie występującego w wodzie próbują niemal wszystkiego, co im podsuniemy. Tutaj jednak ograniczę się do opisania przynęt najbardziej popularnych i najłatwiejszych w zdobyciu, przechowywaniu oraz w użyciu. W większości wypadków wielkość przynęty dobiera się do wielkości łowionych ryb w myśl zasady duża przynęta – duża ryba. Takie podejście jest szczególnie uzasadnione podczas łowienia w wodach z dużą ilością drobnicy. Założenie dużej przynęty to jedyny sposób, żeby mieć szansę na złowienie dużej ryby. W przeciwnym wypadku drobnica nie da nam żyć. Ale od tej zasady bywają wyjątki. Są bowiem sytuacje, w których tylko założenie małej przynęty daje szansę złowienia dużej ryby. Może to mieć miejsce wtedy, kiedy ryby żerują bardzo słabo i jedynie podanie małej, ruchliwej przynęty na odpowiednio małym haczyku i cienkim przyponie może skusić je do brania.

Może być również tak, że przynęta większych rozmiarów jest szybko lokalizowana w wodzie przez drobnicę, zanim jeszcze opadnie na dno. Za to mała przynęta opada niezauważona, a już leżąc na dnie staje się całkiem nieatrakcyjna dla małych rybek.


5. Przynęty wędkarskie

Przy zakładaniu przynęty pamiętać należy że wszystkie przynęty, przekłuwamy ostrzem haczyka na wylot. Haczyk musi wystawać z przynęty. Chowanie ostrza niczemu nie służy, chyba że nie chcemy zacinać ryb.

Wśród przynęt zwierzęcych najczęściej stosowane są białe robaki (rys. 5a). Są to larwy much specjalnie hodowane do celów wędkarskich. Mają one od 1 do 2 cm długości. Naturalne białe robaki są białokremowe, całe dostępne są również robaki sztucznie barwione na kolor żółty, pomarańczowy, czerwony, rzadziej zielony czy niebieski. Robaki są ruchliwe. Najczęściej zakłada się na haczyk jedną lub dwie larwy. Kiedy ryby biorą wyjątkowo dobrze, można założyć nawet trzy lub cztery robaki. Na białe robaki łowi się wszystkie ryby karpiowate. Larwy barwione na czerwono, a w wodach przymorskich na żółto służą jako przynęta na okonie. Pewnym problemem jest przechowywanie robaków. Ich cykl życiowy trwa krótko. W ciągu kilku dni od wyklucia się z jaj larwy rosną, osiągając rozmiar maksymalny dla danego gatunku, a następnie zmieniają się w brązowe poczwarki przez wędkarzy nazywane kasterami albo kastersami. Proces przemiany białych robaków w poczwarki przebiega tym szybciej, im temperatura otoczenia jest wyższa. Dlatego, żeby robaki długo znajdowały się w stadium larwy, trzeba je trzymać w chłodnym miejscu, najlepiej w lodówce. Robaki można tam przechowywać nawet kilka tygodni, ale ten sposób przechowywania nie zawsze spotyka się z aprobatą innych użytkowników lodówki. Trzeba pamiętać o dobrym zamknięciu pudełka, by larwy na pewno z niego nie wyszły. Robaki są sprzedawane w zasypce z trocin. Najlepszym jednak podłożem jest dla nich odrobina suchej zanęty. W ten sposób uzyskuje się przynętę nie tylko pozbawioną nieprzyjemnego zapachu, ale nawet lekko aromatyzowaną. Ważne jest, aby larwy były suche. Wilgotne robaki doskonale chodzą po ściankach pudełka i mogą uciec. Pojedyńczego białego robaka zakładamy na haczyk numer 16, dwa na czternastkę, a trzy na dwunastkę. Również kastery wykorzystuje się do łowienia. Są one doskonałą przynętą zanętową na duże leszcze i płocie, czyli taką przynętą, którą dodajemy do zanęty, aby przyzwyczaić ryby do tego, co im podczas łowienia podamy na haczyku. Na kastery można także bezpośrednio łowić, ale jest to przynęta trudna, bo bardzo łatwo spada z haczyka.

Pinki
(rys. 5b) to mniejsza odmiana białych robaków. Larwy pochodzą od innego, mniejszego gatunku much. Mają długość od 0,5 do 0,8 cm. Są o wiele bardziej ruchliwe od swoich większych kuzynów. Barwi się je również na czerwono, żółto i pomarańczowo. Ze względu na ruchliwość i rozmiary są bardzo atrakcyjną przynętą na nieduże ryby oraz podczas łowienia w trudnych warunkach. Słabo biorące ryby szybciej połakomią się na małą niż na dużą przynętę. Jedną pinkę zbroimy haczykiem numer 18, dwie zakładamy na szesnastkę.

Czerwone robaki i dżdżownice
(rys. 5c). Wyróżniamy tu tzw. robaki kompostowe – ciemnoczerwone, żyjące w stertach gnijących liści itp. – oraz robaki ziemne – bladoczerwone, mało ruchliwe, które można zbierać podczas kopania ogródka. Występują też dendrobeny, hodowlane robaki kalifornijskie, które można kupić w sklepach wędkarskich. Małe 4 – 5 centymetrowe dżdżownice zakłada się na haczyk numer 14. Można je również zakładać po 3 – 4 sztuki na haczyk numer 8. Na taki sam hak zakładamy duże robaki o długości 5 – 10 cm. Rosówki są największe z dżdżownic. Mają długość do 30 cm i służą do łowienia największych ryb (okazów leszczy, linów, brzan, sumów). Jedną rosówkę zakładamy na haczyk numer 4.

Pieczywo
(rys. 5d) to łatwo dostępna, a czasem bardzo skuteczna przynęta wędkarska. Na haczyk zakłada się miąższ chleba lub bułki. Najlepiej, gdy nie jest zgnieciony, tylko w naturalnej postaci. Żeby jednak nie spadał z haczyka trzeba go leciutko ugnieść na łopatce. Na pieczywo łowi się ukleje, wzdręgi i płocie. Atrakcyjną przynętą na ryby żerujące blisko powierzchni (karpie, amury, klenie) jest skórka z chleba.

Na przynętę przygotowuje się rozmaite ciasta (rys. 5e). Ich skład zależy od inwencji autora. Ciasta mogą być robione na bazie mąki i jaj, z zaparzonej kaszy manny itp. Mając ciasto-bazę, można uzyskać różne produkty finalne przez dodanie rozmaitych zapachów i barwników. W sklepach są dostępne gotowe ciasta na ryby. Można na nie łowić niemal wszystkie gatunki ryb karpiowatych. Wielkość haczyka dobieramy do wielkości kulki ciasta.

Spośród zbóż najpopularniejszą przynętą są nasiona kukurydzy (rys. 5f). Mają wielkość, która ogranicza brania małych ryb. Ich żółty kolor jest bodaj najlepiej widocznym kolorem, szczególnie na dużych głębokościach. Na haczyk nadają się zarówno ziarna kukurydzy konserwowanej, jak i gotowane ziarna dojrzałej kukurydzy. Te ostatnie są większe i znacznie twardsze, dlatego nadają się do łowienia dużych ryb. Kukurydzę na przynętę można ulepszać, dodając do niej aromaty albo nawet barwniki (czerwony, pomarańczowy). W sklepach wędkarskich dostępna jest gotowa aromatyzowana i barwiona kukurydza przynętowa. Kukurydza jest dobra na płocie, leszcze, karpie. a także karasie. Kukurydzę konserwową zakładamy na następujące rozmiary haków: jedno ziarno – numer 14, dwa ziarna – numer 10, trzy ziarna – numer 8.

Pęczak
(rys. 5g) jest to tradycyjna przynęta na białe ryby: krąpie, płocie, leszcze, jazie, klenie i karasie. Kaszę tę przygotowujemy tak jak do spożycia dla ludzi (przepis znajduje się w książkach kucharskich). Można ją również przyrządzić na sposób wędkarski. Do rozgrzanego wrzątkiem termosu wsypujemy kaszę (1/4 objętości) i uzupełniamy wrzątkiem. Następnego dnia rano pęczak jest gotowy. Bardzo dobrze się go barwi i dosmacza. Jedno ziarno zakładamy na haczyk numer 16, dwa na numer 14, a trzy na dziesiątkę.

Gotowane całe ziarna grochu (rys. 5h) bywają znakomitą przynętą na duże ryby, ale warunkiem jej skuteczności jest przyzwyczajenie do niej ryb. Kilkudniowe nęcenie daje gwarancję skuteczności łowienia jazi, kleni i brzan w rzece albo leszczy czy dużych płoci w jeziorze. Pojedyńcze ziarno zakłada się na okrągły haczyk z krótkim trzonkiem numer 10.

Ziemniaki
(rys. 5i) to delikatna przynęta, łatwo spada z haczyka, dlatego też najlepiej stosować ziemniaki lekko nie dogotowane. Wędkę z taką przynętą trzeba zarzucać płynnie i raczej na niedużą odległość. Na ziemniaki łowi się duże ryby (karpie, leszcze, liny) w wodach stojących. Najczęściej stosuje się kostki wycięte nożem o boku od 1 do 1,5 cm. Zakłada się je na haczyki numer 4 – 8.

Interesującą, ale wybiórczą przynętą do łowienia w rzekach jest ser żółty (rys. 5j). Najczęstszą zdobyczą na taką przynętę są brzany, ale wszystkożerne klenie też nim nie pogardzą. Kostki albo nieregularne bryłki zbroi się odpowiedniej wielkości haczykiem. Do zanęty dodaje się również żółty ser, chociaż nie jest to typowa przynęta zanętowa. Ser powinien być mocno rozdrobniony, np. starty. Jego zadaniem jest aromatyzowanie zanęty, dlatego najlepsze są gatunki sera o bardzo intensywnym zapachu (cheddar, parmezan itp.).

Na owoce łowi się klenie, a czasem amury. Jako przynęty używa się zwykle owoców drylowanych. Na klenie najlepsze są czereśnie i wiśnie. Na amury można zastosować nawet śliwki. Jak przy wszystkich przynętach, które rzadko występują w wodzie, zastosowanie owoców wymaga wcześniejszego nęcenia i oswojenia z nimi ryb.

W sklepach wędkarskich coraz częściej dostępne są sztuczne przynęty (rys. 5k) do połowu ryb metodami spławikowo- gruntowymi. Sztuczne larwy czy ikra nie dość, że mają atrakcyjny wygląd, to są jeszcze intensywnie aromatyzowane. Ich skuteczność jest jednak dosyć przypadkowa, chociaż zdarzają się sytuacje, w których mogą być nawet lepsze od przynęt naturalnych.

Zanęty

Na rynku dostępne są zanęty przeznaczone na określony rodzaj wody – rzekę, jezioro czy kanał. Ich składniki, przede wszystkim odpowiadające za spoistość, są tak dobrane, żeby można było skutecznie nęcić ryby żyjące w wybranym akwenie. Są to zanęty uniwersalne w tym znaczeniu, że ani smakowo, ani zapachowo nie są przeznaczone dla konkretnego gatunku ryb. Dostępne są też mieszanki przygotowane w taki sposób, że jedne gatunki ryb wabią lepiej, a inne nieco gorzej. Do sporządzania zanęt wykorzystuje się fakt, że poszczególne gatunki ryb żerują w swoisty dla siebie sposób i są wrażliwe na różne smaki oraz zapachy. Doświadczeni producenci zanęt mają za sobą tysiące prób, bardzo często przeprowadzanych w warunkach konkurencji podczas zawodów wędkarskich. Potrafią zestawić kilkanaście składników zanęty w taki sposób, że ich mieszanka działa wybiórczo i jest skuteczniejsza niż inne zanęty. Dlatego warto sięgać po wyroby uznanych firm, które bazują na doświadczeniach mistrzów wędki legitymujących się najwyższymi osiągnięciami sportowymi.

Jak zatem dobierać mieszankę na konkretne łowisko? Jeśli z naszych obserwacji albo z rozmów z bardziej doświadczonymi wędkarzami wynika, że w danym łowisku możemy liczyć na konkretny gatunek ryb, wybieramy
zanętę przeznaczoną na te właśnie ryby. Gdy zamierzamy łowić w jeziorze lub w wolno płynącym kanale, zanęta nie wymaga żadnych dodatków. Gdy natomiast mamy łowić w rzece, trzeba się upewnić, czy wybrana zanęta jest przystosowana do nęcenia w uciągu. Jeśli nie, trzeba do niej dodać kleju do zanęt. W każdym wypadku zanętę na rzekę należy dociążyć gliną lub żwirem. Można też, zamiast dodawać kleju, połączyć zanętę przeznaczoną np. na leszcze z zanętą rzeczną tego samego producenta. Gotową recepturę na zanętę znajdziemy w katalogu lub ulotce wydanej przez dobrą firmę produkującą zanęty. Ostatnio wraz ze wzrostem popularności łowienia gruntówką z koszyczkiem zanętowym pojawiły się na rynku zanęty skomponowane z myślą o tej metodzie. Na opakowaniach oznaczane są jako “feeder”.

Mieszanie
na sucho. Jeśli mieszanka ma się składać z większej liczby składników, trzeba je najpierw bardzo dokładnie wymieszać na sucho. Nie dotyczy to gliny, żwiru ani przynęt zanętowych, które zawsze dodajemy na samym końcu procesu przygotowania zanęty. Najważniejsze jest nawilżenie zanęty, od którego zalety konsystencja i właściwa jej praca. Nawilżać trzeba stopniowo. Wodę dodajemy małymi porcjami i cały czas energicznie mieszamy zanętę.

Ważne jest, żeby zanętę mieszać dokładnie aż do dna pojemnika. Co pewien czas sprawdzamy, czy mieszanka jest na tyle wilgotna, by uformować z niej kulę. Kiedy konsystencja zanęty pozwala na ulepienie kuli, a jednocześnie kulę tę łatwo rozetrzeć w dłoniach, przerywamy nawilżanie. Zanętę odstawiamy na kilkanaście minut i w tym czasie zajmujemy się przygotowaniem sprzętu. Ponieważ większość składników zanęty bardzo chłonie wodę, gdyż w czasie procesu produkcji poddawane są obróbce technicznej, to po 15 – 20 minutach jeszcze raz sprawdzamy wilgotność zanęty i, jeśli trzeba, lekko ją dowilżamy. Nawilżoną zanętę można też przetrzeć przez sito. Przecieranie ujednolica mieszankę, sprawiając, że nie znajdują się w niej cząstki mokre i suche, a tylko jednakowo nawilżone. Jeśli nie mamy sita, to dłońmi staramy się rozetrzeć wszystkie grudki.

Obciążanie zanęty
. Kolejną czynnością jest dodanie obciążnika. Niekiedy warunki łowienia wymagają dodania gliny albo żwiru. Trzeba pamiętać, że zanęta, która ma być mieszana z gliną, powinna być nieco bardziej wilgotna niż ta, która jest używana w czystej postaci albo mieszana ze żwirem. Spowodowane jest to tym, że glina, nawet z pozoru wyglądająca na mokrą, zawsze chłonie część wody zawartej w zanęcie. Dodawanie przynęt zanętowych. Przynęty zanętowe zawsze dodajemy tuż przed formowaniem kul zanętowych i wrzucaniem ich do wody.

Formowanie kul
. Zanętę formujemy w różnej wielkości kule i podobne jej kształty. Do wstępnego nęcenia w odległości kilkunastu metrów od naszego stanowiska lepimy kule wielkości grejpfruta lub pomarańczy. Jeśli łowimy dalej, ale w zasięgu rzutu ręką, lepimy kule jak mandarynki. Do donęcania w czasie łowienia oraz do strzelania zanętą z procy lepimy kule o kształcie i wielkości zbliżonej do jaja. Kiedy łowimy w spokojnej wodzie, lepiej donęcać małymi kulami wielkości orzecha włoskiego. Miniaturowe kulki podobne do orzecha laskowego stosuje się w najpłytszych łowiskach, gdzie ryb jest niewiele.

Nęcenie długotrwałe
. Polega ono na wcześniejszym, kilkudniowym przygotowaniu łowiska. Stosuje się je głównie w wodach stojących, gdzie trudno zlokalizować żerujące ryby. Porcje zanęty podaje się codziennie, w miarę możliwości sprawdzając, czy zostają zjedzone. W ten sposób przyzwyczajamy ryby do regularnego odwiedzania naszego łowiska. Jeśli spodziewamy się łowienia ryb stadnych, np. leszczy, możemy próbować łowić od pierwszego dnia nęcenia. Jeśli natomiast zasadzamy się na płochliwe duże ryby żerujące w pojedynkę lub po kilka sztuk, jak karpie czy liny, lepiej ich nie niepokoić, zanim nie przyzwyczają się do łowiska. Trzeba przyjąć założenie, że łowienie rozpoczynamy np. po tygodniu.

Do długotrwałego nęcenia najbardziej nadają się przynęty (kukurydza, groch, pęczak, ziemniaki, czerwone robaki). Skoro zależy nam na łowieniu dużych ryb, nie warto wrzucać zanęty sypkiej, która działa szybko, ale wabi wszystkie ryby, także drobnicę. Jednorazowo podajemy od ćwierci do jednego kilograma przynęt.

Nęcenie krótkotrwałe
. Stosowane jest w dniu łowienia, na rzekach i innych wodach, gdzie możemy się spodziewać szybkiej reakcji ryb (akweny o dużej presji wędkarskiej). Do takiego nęcenia najlepiej stosować dobre, sypkie zanęty z małym dodatkiem przynęt. Jednorazowa dawka zanęty to w zależności od rodzaju łowiska i wielkości populacji ryb od 0,5 do 3 kg zanęty. Mało zanęty używamy w płytkich i czystych jeziorkach, a dużo w głębokich i szybkich rzekach. Nęcenie krótkotrwałe dzieli się na nęcenie wstępne i donęcanie. Nęcenie wstępne poprzedza łowienie, a donęcanie to dorzucanie zanęty w czasie łowienia mające za zadanie
podtrzymanie żerowania ryb w zanęconym łowisku, Do donęcania używa się małych porcji zanęty (w rzekach można też dorzucać takie same kule jak do nęcenia wstępnego) albo przynęt rzucanych ręką lub wystrzeliwanych z procy.

Podawanie zanęty
. Na odległość od 1 do 15 m kule zanętowe wszystkich wielkości podajemy ręką, rzucając od dołu. Na większe odległości stosujemy mniejsze kule, wielkości mandarynki, kurzego jaja albo orzecha. Rzucamy je rzutem znad głowy albo wystrzeliwujemy z procy. Ważne jest, żeby lepić kule podobnej wielkości, wtedy zarówno kule rzucane, jak i wystrzeliwane z procy będą lądowały w zbliżonej odległości.

Taktyka nęcenia
. Podczas łowienia z użyciem nęcenia wstępnego i donęcania można wyróżnić dwie skrajne taktyki. Pierwsza polega na jednorazowym wrzuceniu całej zanęty przed łowieniem. Później w czasie łowienia już się nie donęca, by nie płoszyć ryb. Takie nęcenie stosuje się w łowiskach ubogich w ryby, np. w niektórych kanałach. Odpowiada ono płochliwym dużym płociom. Skrajna taktyka do opisanej polega na minimalnym nęceniu wstępnym i bardzo częstym donęcaniu, co zarzucenie wędki albo co jedną, dwie złowione ryby. Takie rozwiązanie jest stosowane na wodach bardzo rybnych, gdzie przeważają ryby średnie i małe, jak krąpie, płocie, ukleje. Między tymi taktykami istnieje wiele innych pośrednich, w których częstość nęcenia ustalamy kierując się poniższymi zasadami:
– W wodach płynących donęca się częściej niż w wodach stojących,
– Duże ryby donęca się rzadziej, ale większymi porcjami zanęty,
– Małe ryby lepiej donęcać częściej.

Metody Sprzęt
Wędka SPINNINGOWA

Spinning jest dla wędkarza tym, czym sztucer dla myśliwego. Łowienie tą metodą bardziej przypomina czatowanie na grubego zwierza, niż rozsiewanie śrutu w kierunku zwierzęcego drobiazgu. W jeziorach rzecz nader często sprowadza, się do cierpliwego młócenia wody błystką. Niemniej zawsze pozostają dwie zalety. Jedna, to wygoda i czystość; nie ma tej kuchni przynętowo-zanętowej, która wielu odstrsza od spławikówek czy przystawek. Druga – to stały ruch. Cechuje on wprawdzie także różne inne metody, ale niewątpliwie odróżnia spinning od spławikowych czy przystawkowych zasiadek nad wodami stojącymi.

To od strony wędkarza. Ale także od strony przynęty ruch jest czynnikiem przesądzającym. To on, w drugiej fazie rzutu, czyli podczas ściągania przynęty, stanowi o pobudzeniu ryby do ataku. Praktycznie nie zdarza się, by chwytała ono błystkę, woblera czy skoczka pozostające w bezruchu.

Podstawową zdobyczą spinningisty są wszelkie drapieżniki. Ale już od dłuższego czasu coraz częściej na kotwiczkę trafiają ryby spokojnego żeru. Chodzi przy tym o normalne ich łowienie, a nie o przypadkowe zahaczenie czy o okazy sędziwe, z reguły przechodzące na częściowe przynajmniej drapieżnictwo.

Wyodrębnia się cztery odmiany spinningu. Różnią się one przede wszystkim ciężarem przynęty. Za tym wszelako idą różnice w sprzęcie i technice, a także w zakresie stosowania. Podane przy poniższej charakterystyce wskazówki co do akcji wędziska czy średnic żyłki na szpulach należy traktować tylko jako sugestię orientacyjną, nie jako stałe i niezmienne cechy odmiany.

Spinning ciężki
: przynęta 30 do 70 g (powyżej tego mówimy już o łowieniu pilkerowym, morskim), wędzisko 2,4 do 3 m o akcji średniej lub miękkiej, kołowrotek solidnej konstrukcji, na jednej szpuli żyłka 0,35, na drugiej 0,40, rzadziej 0,45. Łowi się najczęściej z brzegu, w dużych, obfitujących w zaczepy rzekach zarówno krainy ryb łososiowatych (troć, głowacica), jak i nizinnych (duże szczupaki, sumy); wyjątkowo z łodzi w wodach stojących z licznymi zaczepami – jak niektóre zbiorniki zaporowe – gdzie można liczyć na drapieżniki szczególnie okazałe.

Średni
: przynęta 10 do 30 g, wędzisko 2,1 do 2,7 m (z łodzi można nawet 1,8), o akcji sztywnej lub średniej, kołowrotek średniej wielkości, na jednej szpuli żyłka 0,25 lub 0,30, na drugiej – 0,30 lub 0,35. Na cieńszą łowi się pstrągi, na grubszą – trocie w większych i głębszych rzekach krainy ryb łososiowatych (np. pomorskich); inne drapieżniki, zwłaszcza szczupaka i sandacza – w nizinnych wodach stojących i bieżących, z brzegu i z łodzi.

Lekki
: przynęta 3 do 10 g, wędzisko 1,8 (czasem nawet 1,6) do 2,4 m, o akcji szczytowej lub średniej, kołowrotek mały o dużym przełożeniu (co najmniej 1:5), na jednej szpuli żyłka 0,20 lub 0,22, na drugiej – 0,25. Zestaw nadaje się na małe i średnie rzeczki krainy ryb łososiowatych (pstrąg, lipień, kleń), różnej wielkości rzeki nizinne (okoń, kleń, jaź, boleń, świnka) oraz wody stojące (z brzegu okoń, z łodzi także sandacz).

Ultralekki
: przynęta 0,5 do 3 g, wędzisko 1,5 do 2,3 m (najkorzystniejsza długość około 1,8 m), o akcji parabolicznej (Francuzi, specjalizujący się w tej odmianie, zalecają akcję szczytową), kołowrotek mały i lekki, o szpuli możliwie szerokiej i przełożeniu takim, by za jednym obrotem korbki zwijać około 70 cm żyłki; ona sama grubości raczej nie większej niż 0,16 (Francuzi zalecają poniżej 0,14, nawet 0,10 – i to przy szczytowej akcji wędziska, a więc bez tego łagodzącego działania). Zestaw taki wymaga szczególnej techniki łowienia.

Odpowiednie możliwości sprzętowe, zwłaszcza zaś wędziska o tak niskim ciężarze wyrzutowym, pojawiły się stosunkowo niedawno. Początkowo spinning ultralekki uważano za sposób przede wszystkim na pstrągi w wypłyconych latem rzeczkach. Stanowi coś pośredniego, graniczącego ze sztuczną muszką, zwłaszcza z jej wersją streamerową. Okazał się jednak znacznie szerzej użyteczny. Stosuje się go tak w ledwie widocznych strużkach, jak i rozlanych rzekach, a nawet jeziorach, na pstrągi, okonie, klenie i jazie – po okazałe krasnopióry.

Sprzęt

Wędzisko, oprócz tego że lekkie, powinno być dobrze wyważone. Jest to konieczne wobec konieczności częstego zarzucania. Z tych samych powodów trzeba zadbać o możliwie wygodną rękojeść. Niestety, w większości modeli jest ona rozdzielona śrubowym uchwytem kołowrotka. W takich razach warto zaopatrzyć się w rurki skórzane, nasuwane na gwint i nakrętki. Do skutecznych dalekich wyrzutów konieczna jest sprężystość. Energiczne wymachy w tym wypadku nie grożą spadaniem przynęty. Kolejna istotna cecha to wytrzymałość. Szczególnym wymaganiom muszą sprostać złącza. Ściślej – złącze; wędziska spinningowe są z reguły dwuczęściowe.

Szczególne znaczenie mają w tej metodzie przelotki. Najlepiej sprawują się, rzecz jasna, nowoczesne. Wyposażenie wędziska w ich komplet nie zawsze mieści się w możliwościach mniej zasobnego wędkarza. Powinien on kosztem równowartości kilku złotych zdobyć jedną taką, szczytową. Ona jest najbardziej narażona na ścieranie. Pozostałe mogą być tradycyjne. Z powszechnie dostępnych i niedrogich najlepiej się nadają tzw. druciaki: lekkie, elastyczne, wykonane bez lutowania, a więc odporne mechanicznie. Ważne, żeby były sporządzone z drutu twardego i gładko chromowane, ale chromem przemysłowym, a nie miękkim dekoracyjnym; nowoczesne techniki powlekania elektrolitycznego w kąpielach z dodatkiem wybłyszczaczy takie możliwości stwarzają.

Trzeba się od razu zaopatrzyć w komplet: trzy na przelotkę pierwszą od szczytowej, dwie na drugą i po jednej na pozostałe. W takiej kolejności się zużywają. Będziemy mogli wymieniać pojedyncze, bez konieczności przezbrajania całego wędziska. Mamy spokój na kilkanaście lat. Najlepiej raczej kupić gotową, zestrojoną z wysokiej jakości elementów całość, czyli wędzisko którejś z renomowanych firm. Wykonane częstokroć z włókna węglowego lub jego modyfikacji albo borowego, odznaczają się wspaniałymi cechami użytkowymi: niezwykłą wytrzymałością i doskonałą sprężystością przy niewielkim ciężarze. A także wybitną trwałością zawdzięczaną znakomitym złączom i niemal niezniszczalnym przelotkom, co nakazywałoby inaczej spojrzeć na kwestię ceny. Jednorazowy wydatek w tym wypadku, choć nie najmniejszy jak na nasze przeciętne możliwości, może się w dłuższym okresie okazać opłacalny.

Mimo tej opłacalności nie każdy będzie mógł lub chciał szarpnąć się na ten pozorny luksus. Dla takiego pozostaje jeszcze spory wybór wędzisk z włókna szklanego – tanich a zarazem spełniających podstawowe wymagania użytkowe.

Kołowrotek
spinningowy powinien się cechować szczególnie solidnym wykonaniem, niezawodnością płynnie działającego sprzęgiełka (hamulca) i nieniszczącym wyprowadzeniem żyłki. Spośród modeli o stałej szpuli należy wybierać wyłącznie te o kulkowym łożyskowaniu osi rotora.

Szczególnie w spinningu ważne jest dopasowanie kołowrotka do wędziska. Chodzi tu przede wszystkim o możliwość wyważenia. Nie zawsze jest ono osiągalne, zwłaszcza jeśli śrubowy uchwyt ustala miejsce, w którym jedynie można kołowrotek mocować. Liczą się też inne względy. Modele o szpuli obudowanej, z centralnym wyprowadzeniem żyłki, oraz multiplikatory swe zalety ujawniają w pełni dopiero zastosowane łącznie ze specjalnymi uchwytami typu Caster. Można wtedy łowić z nadbrzeżnej gęstwiny, bez obawy o wplątanie żyłki w gałęzie czy koszenie nią liści.

Oprócz tego wszystkiego pozostaje jeszcze dostosowanie kołowrotka pod względem ciężaru, szybkości zwijania, pojemności itd. Tak więc w miarę kompletowania wędzisk do coraz to nowych warunków łowienia i kolejnych odmian spinningu, przyjdzie konieczność zaopatrywania się we wciąż nowe kołowrotki. Zrozumiała jest przy tym dążność do poszukiwania modeli coraz doskonalszych. Tu trzeba jednak mieć na uwadze, że w tej metodzie wyjątkowo wiele zależy od nawyków ruchowych. W chwilach krytycznych działa pewien automatyzm. Bezwiednie sięgamy do przełączników czy pokrętek. Jeśli ten doskonalszy model ma inny ich układ, łatwo o pomyłkę. Jeszcze dotkliwiej można to odczuć przerzucając się na całkiem odmienne konstrukcje – np. ze szpuli stałej na ruchomą (multiplikator).

Kto zatem nie jest pewien swej elastyczności psychomotorycznej, niech lepiej trzyma się jednego typu. Niekoniecznie dożywotnio. Co prawda, do tej pory nieliczni starej daty spinningiści po mistrzowsku się posługują szacownymi, starodawnymi kołowrotkami o zwykłej szpuli obrotowej (inna rzecz, jak pomysłowo dopracowanymi). To nie oznacza wszelako, że nie zyskaliby na odstąpieniu od tradycji. Ale też idąc z postępem warto mieć na względzie powyższe uwagi.

Żyłka
jest przy spinningowaniu szczególnie narażona na zniszczenie. Raz, z powodu ciągłego tarcia o krawędź szpuli, wodzik, przelotki. Dwa – wskutek licznych zaczepów. Uwalnianie od nich, jak wiadomo, wymaga częstego naciągania końcowego jej odcinka powyżej granicy sprężystości. Zresztą, otarcia i inne uszkodzenia mechaniczne także w tych wypadkach bywają nie do uniknięcia. Z tych faktów, co do których nie ma różnicy poglądów, różni wyciągają wnioski nie tylko różne, ale zgoła przeciwstawne.

Jedni są zdania, że trzeba kupować żyłkę zdecydowanie porządną, która bez uszczerbku posłuży rok. Co najwyżej po kawałku będzie się urywać. Wtedy – uważają – trzeba co jakiś czas podłożyć pod spód coś taniego. Kiedy zaś tej dobrej będzie mniej niż 30 m – zmienić na nową. Inni przekonują, że przy intensywnym codziennym łowieniu w rzekach żyłka i tak po miesiącu nie będzie się nadawała do użytku. Zamiast więc haratać coś drogiego, lepiej kupić żyłkę tanią. Byle tylko była dostosowana do metody i do warunków zamierzonego łowienia (zwykle więc nieco grubsza niż markowa), no i oczywiście świeża, nie zleżała. Po tygodniu (albo i trzech, czterech dniach) co najwyżej odwrócić na drugą stronę, by przez jakiś czas powykorzystywać jeszcze koniec mniej zużyty.

Zanim się pokusimy o rozstrzygnięcia, zauważmy, że istnieją dwa obszary zastosowań, co do których panuje zgodność, iż warto używać żyłki wysokiej klasy. Jeden to spinning ultralekki – z tego choćby prostego powodu, że u nas i w okolicy nie wyrabia się odpowiednio cienkich żyłek o wystarczającej wytrzymałości. Drugi to łowienie bez konieczności szarpania. A więc płytkie rzeczki, w których można brodzić, a tym samym dojść i bezpośrednio uwolnić przynętę z zaczepu; jeziora obławiane z łodzi, gdzie zaczepów albo w ogóle nie ma, albo łatwo je opłynąć i pozbyć się kłopotu bez szarpania.

W pozostałych zaś wypadkach można przyjąć, że dobrych żyłek warto używać, jeśli cała ich droga przez wędkę zapewnia nieniszczące korzystanie. Przede wszystkim – wszystkie przelotni mają wysokiej twardości gładkie powierzchnie robocze. Jeśli nawet tylko te mniej obciążone, czyli poniżej szczytowej, są z metalu, to natychmiast tworzą się na nich mini rowki, na których wkrótce żyłka się strzępi, nawet ta najlepsza. Istotnie więc przy takim wędzisku niezbyt się opłaca ją stosować.

Przy rozpatrywaniu opłacalności nie można jednak pominąć jednego jeszcze względu: jak się cena żyłki ma do wartości przynęty, na jej końcu uwiązanej. Właśnie z myślą o, na przykład, szczególnie cennym woblerze (albo drogim, albo wiele dni dłubanym) niektórzy zakładają żyłkę 0,40 tam, gdzie do wyholowania największych nawet osiągalnych zdobyczy wystarcza 0,30. Zawsze zresztą dobrze jest wziąć ze sobą na łowisko rezerwową szpulkę czy dwie i ewentualnie na miejscu przewinąć, stosownie do stanu wody, zwłaszcza jej aktualnej zaczepowości.

Niezależnie od tego, na jaką szkołę się zdecydujemy, trzeba po każdym zaczepie przynętę przewiązać, czyli zmienić węzeł przy niej na nowy. Odcinek ze starym – odciąć. Fragmenty żyłki z uszkodzeniami (pęknięcia, przygniecenia, zadry, postrzępienia, przewężenia) należy bezwzględnie usuwać. Przy doborze węzłów można się kierować ich wytrzymałością. Geometria nie odgrywa istotnej roli. Niektórzy wytwórcy zalecają węzły najkorzystniejsze dla tego czy innego wyrobu.

Na wyposażenie dodatkowe składają się m.in.:
a – podbierak; przydaje się raczej przy łowieniu ryb niezbyt wielkich (np. okoni) z łodzi, a także w płytkich rzeczkach, w których można brodzić,
b – chwytak lub osęka; choć osęka budzi zastrzeżenia etyczne, ale na większe ryby i w większych rzekach, a i z łodzi, przy łowieniu dużych drapieżników, bywa praktyczniejszy niż podbierak – zwłaszcza jeśli jest wykonany w wersji lekkiej, teleskopowo składanej,
c – osełka do kotwic, krętliki, agrafki, szczypce (płaskie lub kochery), nóż, rozwieracz, pierścień odczepowy,
d – plecak, nieodzowny podczas całodziennych wypraw pieszych,
e – kamizelka z obszernymi kieszeniami; warto w nich trzymać drobny sprzęt uzupełniający, by nie musieć przy lada okazji zdejmować plecaka,
f – ładownica, czyli skórzane pudełko zawieszone na pasie, może zastąpić kamizelkę,
g – pudełko z przynętami, trzymane w kieszeni lub ładownicy,
h – buty biodrowe; niezwykle pomocne przy łowieniu z brzegu, umożliwiają bowiem brodzenie, przebywanie małych dopływów, rowów i rozlewisk, dochodzenie do płytkich zaczepów,
i – ubiór lekki i wygodny, z nieprzemakalną peleryną, w czas suchy trzymaną w plecaku,
j – okulary polaryzacyjne; ułatwiają obserwowanie przynęty, wypatrywanie ryb i zawad w wodach czystych i płytkich, chronią też wzrok przed promieniowaniem odbitym od powierzchni wody,
k – duży ręcznik lniany do zawijania ryb, które mają być zabrane,
l – przynajmniej plaster opatrunkowy; jakoś trudno nakłonić do buteleczki z wodą utlenioną, odrobiny waty i innych składników podręcznej mini apteczki – przynajmniej do czasu pierwszego nadziania się na groty własnej kotwiczki (a zdarza się to nawet biegłym w sztuce).

Przynęty

Błystka – to sztuczna przynęta wędkarska na ryby drapieżne, potocznie nazywana blachą, od materiału, z jakiego jest zrobiona. Obecnie jednak wytwarza się je także z innych materiałów (np. muszli małży). Wyróżniamy kilka rodzajów błystek, w zależności od wykonania.

 


1. Błystki wahadłowe

 

Błystki wahadłowe (rys. 1), towarzyszące spinningowi od początku jego współczesnej postaci, zaczęły ok. 30 lat temu tracić na popularności. Wiązało się to z rozpowszechnianiem przynęt nowych, przy których tamte zakrawały na prymitywny przeżytek: zwykły toporny kawałek 1 do 3 mm blachy, najczęściej mosiężnej lub miedzianej, ale czasem także żelaznej, powleczonej galwanicznie, z dołączoną poprzez kółko łącznikowe kotwiczką. Ale jednak po kilkunastu latach zanotowało się ich wyraźny ich powrót. Okazują się bowiem doskonałe – ale tylko w odpowiednich rękach. To, co w innych błystkach daje specjalna konstrukcja, tu trzeba wypracować, więcej finezji wkładając w prowadzenie.

Rodzaj ruchów, jakie wahadłówka wykonuje podczas ściągania w wodzie, zależy od jej materiału i budowy. im szersza, bardziej wygięta (podłużnie i poprzecznie) i z cieńszej blachy, tym pracuje energiczniej. Kołysze się żywiej, z większym wychyleniem, większy też stawia opór. Modele bardzo krótkie i silnie wygięte w obu płaszczyznach wpadają wręcz w obroty. Tak się zachowują popularne karlinki, w rzekach pomorskich stosowane do łowienia troci. Tę różnicę w zachowaniu niektórzy chcą odzwierciedlić w nazwie błystki obrotowej – którą jednak powszechnie odnosi się do całkiem innej konstrukcji, o której niżej. Ponieważ w ruch obrotowy mogą wpadać także błystki mniej wygięte, dla uniknięcia skręcania żyłki warto je wiązać za pośrednictwem krętlika; w wypadku karlinek jest to nieodzowne.

Znajomość zależności pracy błystki od kształtu można wykorzystywać dla dostosowania jej zachowania do potrzeb. Żywszy ruch uzyska się przez silniejsze wygięcie korpusu. Uspokojenie zaś – przez spłaszczenie. W wypadku blachy grubszej trzeba to robić w imadle, cieńszej – nawet na łowisku, w palcach. Podobny efekt uzyskuje się opiłowując blachę lub rozcinając błystkę wzdłuż.

Mniejsze znaczenie dla łowności mają drobne zdobienia powierzchni w postaci wygrawerowań, tłoczonego wzoru łusek itp. (barwa to inna rzecz; o tym dalej). Niemniej niektórzy nakładem dużej pracy zaopatrują swoje błystki w takie urozmaicenia; być może przekonali się jednak o ich wpływie na skuteczność. Także niektóre firmy wzbogacają swoje wyroby w wymyślne dodatki, np. ładna wahadłóweczka, z jednej strony niklowana, z drugiej – połyskliwie miedziana, w przedniej części otwór, w którym został obrotowo, na specjalnie przewleczonym drucie, osadzony rubinowoczerwony koralik, oszlifowany na kształt kryształu. Istny klejnot. W wodzie specjalnie nie przewyższał łownością wzorów prostych. Zdecydowanie jednak lepiej się prezentował jako ozdoba pokoju – i z taką chyba intencją firma wypuściła to pracochłonne cacko (choć informacja na opakowaniu o tym milczała). Dobrze natomiast robią zawieszone przy kotwiczce wabiki, o których dalej.

Duże wahadłówki są szczególnie popularne wśród łowców szczupaków, nieco mniejsze – troci. Pokaźny rozmiar nie tyle zresztą sprzyja braniu drapieżników wielkich, co wyklucza małe; a i to nie zawsze skutecznie, bo np. okonie potrafią się zapínać na przynęty niewiele od siebie mniejsze – lub zgoła większe. Modele wąskie dobrze skutkują na bolenie i sandacze. Najmniejsze są dobre na pstrągi, szczególnie w okresie wiosennym.

Ze wzorów krajowych największą popularnością cieszą się: Alga, Gnom, Wydra, Cyklop. Z zagranicznych: Toby i Salar (ABU, Szwecja), Orkla i Eira (Rublex, Francja) oraz Heintz (DAM, RFN). Ta ostatnia stanowi dopracowaną replikę tzw. łyżki Heintza – jednej z historycznie pierwszych przynęt spinningowych.

 


2. Błystki obrotowe (wirowe)
a – budowa (1 – drut łączący, 2 – koralik, 3 – korpus, 4 – mały koralik, 5 – grzybek, 6 – kulka mosiężna,
7 – skrzydełko, 8 – strzemiączko), b – zależność szerokości obracania się od kształtu skrzydełka,
c – skrzydełko o regulowanej powierzchni, d – konstrukcja z korpusem karbowanym obracającym
się w stronę przeciwną niż paletka, a przy okazji wytwarzającym wabiące drgania.

 

Błystki obrotowe, zwane też wirowymi (rys. 2), cechują się budową dość skomplikowaną. Ich wielkość określa się najczęściej przez odniesienie do wyrobów znanej francuskiej firmy Mepps. Oznacza ona poszczególne rozmiary numerami od O (najmniejsze) do 5. Inne, jak szwedzka ABU, podają ciężar w gramach. Dla zachowania się błystki w wodzie istotne znaczenie ma kąt, pod jakim skrzydełko (paletka) obraca się wokół korpusu, stanowiącego zasadnicze obciążenie. Im szerzej się ono kręci, tym większy opór stawia przynęta podczas ściągania. Przy prowadzeniu pod prąd powinien on być niewielki. Z prądem – przeciwnie: już niewielka prędkość względem wody powinna wprawiać skrzydełko w obroty. O rodzaju pracy decydują głównie jego kształt, profil i ciężar.

To pierwsze widać na przykładzie modeli firmy Mepps. W błystkach typu Aglia, o paletce stosunkowo szerokiej, kształtu grubej kropli, obraca się ona pod kątem około 60° w stosunku do osi, a więc szeroko. We wzorach typu Comet skrzydełko jest nieco węższe. Obraca się pod kątem około 45°. Aglia Long z kolei odznacza się jego kształtem długim i wąskim (listek wierzby). Chodzi ono ciasno przy korpusie.

Aby uwolnić wędkarza od konieczności ciągłego zmieniania błystek przy stosowaniu różnych kierunków rzucania, firma wypuściła model oznaczony symbolem GV (Géométrie Variable, zmienna geometria). Skrzydełko składa się w nim z dwóch częściowo się nakładających blaszek, obrotowo połączonych w miejscu zawieszenia na strzemiączku. Zsuwając je i rozsuwając zmniejsza się lub zwiększa powierzchnię nośną, co pozwala w pewnym zakresie regulować pracę błystki.

Im paletka bardziej płaska (w ograniczonym zakresie), tym większe jest jej odchylenie od osi. Tak samo zachowuje się skrzydełko lżejsze, np. sporządzone z cieńszej blachy. Firmy wyspecjalizowane, jak wspomniane Mepps i ABU (błystki Droppen, Reflex) czy inna francuska Rublex (VeItic, Celta), dopracowują swe wyroby pod każdym względem. Jakiekolwiek zmiany kształtu skrzydełek najczęściej prowadzą do pogorszenia zachowania. Podane zależności warto natomiast wykorzystywać przy dostrajaniu obrotówek własnej roboty.

Choć bowiem konstrukcyjnie bardziej skomplikowane, lepiej się do tego nadają niż wahadłówki. Tam korpusy, wykonywane zwykle z grubej blachy, trzeba wycinać i kształtować z użyciem ciężkich pras. Mało który amator ma do takich dostęp. Do grupy wybrańców należą pracownicy laboratoriów przy wyższych uczelniach technicznych – i stąd w znacznej mierze pochodzi zastanawiające zjawisko, że w każdej wolnej chwili słychać tam pracującą sztancę. Nie mniej obłożone bywają tunele hydrodynamiczne, w których po godzinach zapaleni naukowcy sprawdzają, jak też pracują dopiero co wykrojone kopyta. Obrotówki natomiast stanowią wdzięczne pole do popisu dla każdego obdarzonego jaką taką smykałką warsztatową. Tym wdzięczniejsze, że z reguły są drogie. A trudno przecież uniknąć pozostawienia jednej czy drugiej na zatopionym konarze czy nadwodnej gałęzi.

Części składowe, zwłaszcza korpusy, koraliki i strzemiączka, można czasami kupić w sklepach wędkarskich. Coraz rzadziej jednak, stąd konieczność bawienia się w ich domową produkcję. Zresztą, nie nastręcza ona jakichś szalonych trudności. Korpusy lekkich błystek pstrągowych, na przykład, można uzyskać przez ciasne nawinięcie spirali z drutu miedzianego (rys. 3).

 


3. Samodzielne sporządzanie błystek obrotowych
a – nawijanie korpusu z drutu miedzianego, b – formowanie skrzydełka pobijakiem, na twardej skórze, c – młotkiem o odpowiednio zaokrąglonym obuszku, w formie wyżłobionej w twardym drewnie lub ołowiu, d – punkty wymagające szczególnie starannego polerowania (strzałki pionowe) oraz kolejność montażu (pozioma strzałka długa), e – zakończenie drutu łączącego w sposób umożliwiający szybką wymianę kotwiczki.

 

Skrzydełka wycina się z blachy mosiężnej, miedzianej lub nierdzewnej stalowej, grubości około pół milimetra. Należy unikać materiałów przypadkowych, jak blacha z puszek od konserw. Formuje się na kawałku twardej skóry albo konsze łyżki, pobijając młotkiem przez kawałek twardego drewna o odpowiednio uformowanym końcu. Przy produkcji na większą skalę warto się pokusić o formę. Sporządza się ją żłobiąc odpowiednie zagłębienie w płytce z twardego drewna lub ołowianej. Pobijak drewniany lepiej wtedy zastąpić odpowiednio zaokrąglonym obuszkiem młotka.

Sposobów jest zresztą dużo i każdy organizuje swą domową wytwórnię wedle tego co może i lubi. Uwagę należy zwrócić na pełną symetryczność skrzydełka – łącznie z dokładnie środkowym położeniem otworu na strzemiączko. Chodzi o to, by paletka kręciła się losowo raz w jedną, raz w drugą stronę. Rzadko bowiem udaje się uniknąć obracania wraz z nią korpusu oraz osi. Toteż nawet mimo wiązania za pośrednictwem krętlika (co i w tych błystkach warte bywa zalecenia), nieuniknione okazuje się silne skręcenie żyłki po iluś tam rzutach, jeśli skrzydełko obraca się zawsze w tę samą stronę. Z kłopotem tym borykają się zresztą także firmy renomowane. I tak np. japońska Daiwa wyrabia błystki z korpusem uformowanym w rodzaj turbinki, o łopatkach skręconych tak, aby miał on skłonność do obracania się w stronę przeciwną niż skrzydełko (rys. 2).

Przed montażem trzeba starannie wykończyć wszelkie części trące: usunąć ostre krawędzie i występy pozostałe po toczeniu, wierceniu czy cięciu, oszlifować, a gdzieniegdzie wręcz dopolerować. To zresztą przyda się także wielu błystkom kupionym jako gotowe (o ile, rzecz jasna, nie pochodzą z dobrej firmy). Pracę gotowej całości warto od razu sprawdzić w domowym podręcznym laboratorium, czyli w wannie.

Tak sprawdzał swoje wyroby znany w Poznaniu spinningista, pułkownik Jacewicz. Powszechną sympatię zjednał sobie tym, że nie skąpił przymawiającym się o jego cudeńka. Na pierwsze napomknięcie gościa podsuwał natychmiast pełen koszyk: – Masz wybieraj. – wybierał, szedł szczęśliwy nad rzekę, ale jakoś sukcesów nie odnosił. Jak się okazało, zmontowawszy kilkanaście sztuk pułkownik przeciągał je w wannie, do której przykładał ucho. Jedną na kilka, pracującą z odpowiednio równomiernym szumem, chował do torby wędkarskiej. Pozostałe, wydające chrzęsty czy inne hałasy, odkładał do koszyka tego właśnie, z którego potem tak wielkodusznie częstował.

Niezależnie od podstawowych cech pracy błystki, jak lekkość, cichość, symetryczność i szybki start (co bardzo ważne!), trzeba jej charakter dostosować do potrzeb. Jeśli skrzydełko obraca się zbyt ciasno, to wystarczy je ostrożnie przypłaszczyć symetrycznie do osi podłużnej. W tym celu ściska się je delikatnie między równoległymi płaszczyznami. Jeśli używamy imadła, to jego radełkowane szczęki trzeba obłożyć deszczułkami lub czymś podobnym, żeby nie kaleczyć powierzchni blachy. Paletki bardzo małe można po prostu ścisnąć w szczypcach, co daje się zrobić nawet nad wodą.

Poszerzenie ruchu uzyska się także przez zmniejszenie masy skrzydełka. Jednym ze sposobów na to jest wytrawianie kwasem – oczywiście po zdjęciu z błystki. Trzeba zachować ostrożność, żeby w ogóle coś z niej zostało. Najlepiej zaś używać roztworów wybłyszczających, dzięki którym powierzchnia pozostaje gładka, a warstwa zdjętego metalu jest wszędzie jednakowa. Inny sposób polega na wywierceniu w skrzydełku, na jego osi podłużnej, jednego, dwóch a nawet trzech otworów o średnicy od 2 do 5 mm, zależnie od szerokości. Nie tylko wpłyną one na zwiększenie rotacji, ale dodatkowo wywołają wabiące drgania wody przy ściąganiu; efekt ten wykorzystano w modelu Celta Turbo firmy Flublex.

Znacznie trudniej poprawić pracę błystek obracających się zbyt szeroko, czyli mających wypukłości skrzydełka zbyt małą w stosunku do kształtu i ciężaru. Względnie najpewniejsze jest jego galwaniczne pogrubienie. Podobny efekt daje pokrycie folią samoprzylepną. Można też próbować szczypcami podgiąć do dołu tylną część skrzydełka (rys. 4). Prawie nieosiągalne jest jednak zachowanie przy tym pełniej symetryczności – z wyżej opisanymi skutkami dla skręcania się żyłki.

 


4. Poprawianie pracy błystek obrotowych
a – spłaszczenie skrzydełka w imadle, b – w szczypcach,
c – nawiercenie otworów, d – podgięcie tylnych krawędzi.

 

Jak z naszych rozważań wynika, niesłuszne okazuje się dość powszechne mniemanie, że dobra obrotówka to taka, której skrzydełko kręci się szeroko. To zależy od warunków. Bardzo natomiast ważne, by dawała rotację ostrą, szybką. Ona w jakimś stopniu zastępuje nawet wielkość przynęty: błystka mniejsza o rotacji ostrej daje efekt ten sam, co większa lecz leniwa. Nie mniej ważne jest, żeby startowała natychmiast po rozpoczęciu ściągania. Konieczność rozpędzania się przez metr czy dwa, by paletka weszła na obroty, czyni obrotówkę w znacznym stopniu bezużyteczną.

Inny nieuzasadniony pogląd nakazuje przezbrajać błystkę stosownie do spodziewanej wielkości zdobyczy. Zasada jest tymczasem inna. Rozstaw grotów zawsze powinien być prawie taki, jak szerokość obrotu skrzydełka – o milimetr do dwóch mniejszy. Dla zwiększenia chwytliwości nie należy kotwiczki zmieniać, tylko nieco ją odsunąć. Osiąga się to najprościej przez dołączenie jej poprzez kółko łącznikowe. Jego wielkość musi być, rzecz jasna, proporcjonalna do wielkości błystki. Do numerów O i 1 trzeba je na ogół dorabiać samemu, gdyż w sklepach takie miniaturowe spotyka się rzadko.

Kółeczko daje tę dodatkową korzyść, że uelastycznia połączenie kotwiczki z korpusem. Ponadto łatwo ją wymienić bez rozbierania całej błystki, koniecznego w konstrukcjach oryginalnych. A przecież często jest tak, że na zaczepie ułamuje się same groty. Wówczas wystarcza kilka ruchów i błystka znów do użytku.

Znakomity wędkarz pstrągowy Karol Leonowicz opracował system nieco odmienny. Jeden grot kotwiczki zmieniał mianowicie na większy i przylutowywał nieco niżej. Okazywało się to skuteczne zwłaszcza w stosunku do tzw. wąchaczy, czyli ryb podążających za blaszką, z pyskiem tuż przy niej, ale nie atakujących, tylko odprowadzających ją niemal do wyjęcia z wody. Niektórzy zwalniają wtedy ruch przynęty, co jest całkiem bezsensowne. Inni przyśpieszają, co już lepsze. Najlepiej natomiast w takich razach poderwać ją do góry, jakby rybka chciała wyskoczyć nad powierzchnię. W połowie wypadków albo i częściej daje to efekt. Ów przedłużony grot zaś wybornie pomaga.

Błystki obrotowe (albo wirowe) wykazują łowność w stosunku do wszystkich ryb drapieżnych, tak łososiowatych jak nizinnych, a nawet karpiowatych, uważanych – w odróżnieniu od bolenia i klenia – za  niedrapieżne: jaź (na małe jedyneczki biorą nawet niewymiarowe, kilkunastocentymetrowe), Ieszcz, wzdręga, brzana, świnka.

 


5. Dewony

 

Dewony to imitacje rybek ciężkie, masywne (rys. 5). Ich korpus, najczęściej metalowy, jest osadzony na drucie z kotwicą i zaopatrzony w skrzydełka powodujące jego obrót wokół osi. W innych wersjach sam pozostaje nieruchomy, obraca się tylko umieszczona przed nim turbinka. Przynęty te są u nas mało popularne. Jeśli już, to stosuje się je w rzekach o bardzo wartkim nurcie, do łowienia troci i pstrągów.

 


6. Woblery

 

Woblery (rys. 6), w odróżnieniu od powyższych trzech grup przynęt, są zbudowane z materiałów niemetalicznych: z drewna, gumy, tworzyw sztucznych. Na ogół naśladują wyglądem rozmaite zwierzęta wodne i około wodne – najczęściej ryby, ale także raki, owady, płazy, gady. Niektóre nie przypominają niczego znanego z natury. W ogóle zróżnicowanie tych przynęt jest olbrzymie. Istnieją konstrukcje jedno i wieloczęściowe, miniaturowe i olbrzymie (od 2 – 3 do 40 cm), tonące i pływające, o sferze głębokości stałym i nastawnym.

Ten ostatni to blaszka metalowa lub płytka z plastiku (celuloid, pleksi), umocowana w przedniej części korpusu. Kiedy tworzy z poziomem kąt niewielki (20 do 40°), wobler przy ściąganiu pływa głęboko. Jeśli jest on zbliżony do 45° – średnio. Przy jeszcze większym, do prostego – płytko (rys. 7). Możliwość regulowania tego kąta istnieje w modelach droższych, jak Hilo firmy ABU czy Magnum firmy Rapala. Liczy się nie tylko kąt, ale także stosunek powierzchni płytki do wielkości korpusu (im większy, tym praca ostrzejsza) oraz jej profil; korpusowi bardziej pękatemu towarzyszy zazwyczaj ster uformowany w kształt kaczego dzioba. Zadaniem woblera jest na ogół udawanie rybki chorej, osłabionej. Powinien się więc poruszać ruchem niepewnym, zmiennym, chybotliwym. Płynący prosto, niczym ołówek, pokaże się nieskuteczny.

Zmienną głębokość płynięcia osiąga się przez szybsze i wolniejsze kręcenie korbką kołowrotka. Pod wpływem steru głębokości wobler pływający wskutek przyśpieszenia zanurza się głębiej, zwolnienia – wypływa. Tonący – na odwrót.

 


7. Prowadzenie woblera

 

Na uzyskany w ten sposób ruch falisty powinno się nałożyć kołysanie na boki, jak w błystce wahadłowej, oraz kolebanie wokół osi podłużnej (rys. 7). Jakość tego ruchu złożonego bywa dla łowności ważniejsza niż inne cechy przynęty, jak wielkość, kolor itd. Korekt – odpowiednich choćby do charakteru nurtu – wymagają przy tym nawet wyroby firm renomowanych, jak uważanej za przodującą w tej dziedzinie Rapali. Zaleca ona regulację swych woblerów przez odpowiednie wyginanie kółka łącznikowego. Uniesienie go lub opuszczenie wpływa na pionowe ruchy przynęty, odchylenie zaś w bok pozwala znieść trwałe przechyły, niekorzystnie się odbijające na łowności. Zachowanie woblera można też regulować opiłowując lub wyginając ster.

Szczególne efekty niektórzy wytwórcy osiągają za pomocą specjalnych dodatków. Tak np. w zestawie wyrobów firmy Rublex znajdują się woblery Truitex, zaopatrzone w metalowy obciążnik umocowany w części brzusznej. Nadaje on szczególną stateczność hydrodynamiczną. Uformowana zaś w nim wnęka powietrzna ułatwia wprawienie przynęty w ruch wężykowaty, naśladujący paniczną ucieczkę ryby. Z kolei wobler Big S firmy Shakespeare ma w pustej przestrzeni wewnątrz zamknięte kuleczki, które podczas prowadzenia wydają grzechoczący odgłos – z trudnych do wyjaśnienia powodów wybitnie prowokujący szczupaki.

Uzbrojenie woblera stanowią zazwyczaj dwie kotwiczki. W modelach większych jest ich więcej. Niestety, nasze nowo wprowadzone przepisy ograniczają ich liczbę do dwóch właśnie. Nie ujmując nic chwalebnej intencji tego zapisu (chodzi o wykluczenie możliwości kłusowniczego łowienia na podhaczkę), nie bardzo on przystaje do tego akurat typu przynęt. Wobler 40 cm długości (a i takie się stosuje) z dwiema tylko kotwicami to zwyczajne nieporozumienie. Bez względu na ich rozmieszczenie szansa zacięcia atakującego drapieżnika jest bliska zeru.

Nadzwyczajna skuteczność woblerów w jakimś stopniu wynika z tego, że stanowią one coś nowego. Znane jest przecież zjawisko tzw. przebłyszczenia. Polega ono na tym, że po dłuższym czasie powszechnego używania jakiegoś typu przynęty sztucznej, np. błystek, w zbiorniku zauważa się spadek lub zgoła zanik zainteresowania nią ze strony ryb. Coś nowego, odmiennego, staje się natomiast od razu przedmiotem ataków. Po dziesiątkach lat biczowania naszych wód blachami niewątpliwie woblery taką odmianę wnoszą.

To jednakże nie wszystko. Odznaczają się bowiem wszechstronnością zastosowań jeszcze większą niż błystki – mimo ich niezwykle przecież bogatego wyboru. Woblery nadają się na wszelkie wody: od stojących po wybitnie wartkie. Rzecz jasna, do charakteru łowiska trzeba dostosować i wielkość, i proporcje przynęty. im, na przykład, szybszy nurt, tym mniejszy w stosunku do korpusu powinien być ster głębokości. W zbiornikach obfitujących w roślinność zanurzoną wobIer, w odróżnieniu od błystki, można bez większego trudu prowadzić
w wąskiej nie zarośniętej warstwie przypowierzchniowej. W rzekach z kolei ogromnym ułatwieniem jest możliwość puszczenia go z nurtem w miejsca nieosiągalne za pomocą rzutu – stanowiącego jedyną możliwość w wypadku przynęt tonących. Potem, odpowiednio prowadząc, można go przepuścić przez wszystkie ciekawe miejsca po drodze: głęboczki za kamieniami, okolice zatopionych konarów itd. Modele największe (jak wyżej wspomniane 40 cm) stosuje się na szczupaki i głowacice. Średniej wielkości – na sandacze, szczupaki, sumy, trocie i bolenie. Najmniejsze – na pstrągi, klenie, okonie.

Na przeszkodzie szerokiemu stosowaniu tych wyśmienitych przynęt stoi ich wysoka cena; markowe egzemplarze kosztują do 30 dolarów. To wielokrotnie więcej niż najlepsze błystki wirowe. Nawet nasze krajowe wyroby odznaczają się tą przykrą cechą, choć nie aż w tej skali. Przy pewnej zręczności, cierpliwości i pomysłowości można jednak samemu się pokusić o wyrabianie całkiem skutecznych woblerów.

Materiałem na modele pływające najczęściej będzie drewno, zwłaszcza lipowe. Może też być pianka poliuretanowa i w ogóle co tam każdy ma. Dobre korpusy formuje się ze szkła organicznego, celuloidu i innych tworzyw sztucznych. Kilka przykładowych konstrukcji widać na rys. 8. Wkładkę pełniącą rolę kila lub drut łączący kółko łącznikowe z uszkami na kotwice najlepiej wkleić żywicą epoksydową (jak Distal). Pamiętać, aby wystawało na tyle, żeby dawało możliwość regulacji pracy przynęty! Ster głębokości można sporządzić z nierdzewnej blachy (np. aluminiowej) albo płytki z tworzywa sztucznego. Tu trzeba z kolei przewidzieć naddatek na ewentualne korygowanie zachowania woblera przez jej opiłowanie lub okrojenie. Wszelkie te dopracowania przeprowadza się, oczywiście, na łowisku; do jego bowiem charakteru trzeba pracę przynęty dostosować.

 


8. Sporządzanie woblerów
a – przykłady szkieletów stalowych, b – jeden ze sposobów połączenia
elementów dużego drewnianego woblera wieloczęściowego.

 

Pewien kłopot sprawia wykończenie powierzchni. Co prawda, można ją pomalować całkiem fantazyjnie lub też oddać tylko ogólne cechy stworzenia, które wobler ma naśladować. Na przykład – pręgi charakterystyczne dla strzebli potokowej. Ponieważ jednak częstokroć ta przynęta będzie się poruszała powoli i ryba będzie miała dużo czasu na przyjrzenie się jej, warto pokusić się o bardziej naturalistyczne przyozdobienie, zwłaszcza zaś – o rysunek łusek. Jednym ze sposobów na to jest oklejenie folią aluminiową, którą uprzednio docisnęło się do grubego pilnika. A ślad jego zębów doskonale naśladuje łuskowanie.

Skoczki albo twistery (rys. 9) przywędrowały do Europy względnie niedawno. W Ameryce od lat cieszą się wielką popularnością. Składają się z ciężarka, uformowanego na haczyku i mającego najczęściej postać ołowianej kulki lub rybiej główki, oraz korpusu z ogonem, wykonanego z materiału giętkiego i elastycznego: piór, puchu, sierści, włókien syntetycznych, miękkich tworzyw kauczuko podobnych. Te ostatnie zyskały szczególną popularność. Wytwarza się je oddzielnie, tak że można je wymieniać – czy to po zużyciu poprzedniego, czy to dla dobrania stosownej barwy; do najczęściej spotykanych należą: czerwień, pomarańcz, opalizująca biel i seledyn.

 


9. Skoczki (twistery)
a – wygląd, b – modyfikowanie zachowania, c – prowadzenie.

 

Kształtem twistery (czyt. tłistery) zazwyczaj przypominają rybki, robaki, wieloszczety i inne stworzenia wodne; jak zwykle w wypadku przynęt sztucznych, bywają także modele całkiem fantazyjne. Dla skuteczności decydujące znaczenie. ma ogonek, formowany często w rodzaj rozciągniętej spiralki. Podczas ściągania przynęt wpada on w falujące ruchy drgające, wabiąco działające na ryby.

W wodzie stojącej zasadniczym sposobem prowadzenia jest ściąganie przynęty przy dnie krótkimi skokami, tak aby jej tor miał kształt piły (rys. 9). W płynącej posługuje się nią jak błystką. Łowność można czasem zwiększyć przez skracanie lub nacinanie giętkiego tułowia i ogonka.

Od kilku lat wybór twisterów w sklepach jest obszerny. Mimo to warto spróbować własnych sił w tym zakresie. Odlanie główki z uszkiem i wtopionym haczykiem nie nastręcza szczególnych kłopotów. Część giętką formuje się z cienkiej gumy z rękawiczek ochronnych, z boa (strusiego puchu) i innych podobnych materiałów. W takim właśnie wykonaniu skoczki zdobyły dużą popularność w regionach południowo-zachodnich. Zwie się je tam szwancami albo kotomyszami. O ile pierwszą nazwę łatwo wywieść z niemieckiego (Schwanz = ogon), o tyle na drugą trudno znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Ale tak w wędkarstwie bywa często. Najważniejsze zaś nie jak się zwał, tylko żeby łowny był. A twistery właśnie są. Same, bez dodatków, wykazują wybitną skuteczność w stosunku do sandaczy, kleni, okoni. Wzbogacone o połyskliwy element wirujący, jak skrzydełko od maleńkiej błystki obrotowej – także na szczupaki, trocie, sumy. W Stanach Zjednoczonych te kombinowane błystko-skoczki stanowią zasadniczą przynętę na basa wielkogębowego.

Takie kompozycje przynętowe (inaczej przynęty składane albo tandemy) można zestawiać z rozmaitych składników. Szczególną skuteczność wykazują w wodach przebłyszczonych, jako że stanowią odmianę. Dobierając je trzeba mieć na względzie ograniczenia regulaminowe. Dozwolone jest mianowicie uzbrajanie tylko jednej z kojarzonych przynęt. Z powodów technicznych z kolei należy je montować tak, aby cięższa wypadała na końcu. Zaniedbywanie tej zasady powoduje splątania w czasie rzutu. Kotwiczka bowiem, poprzedzana przez nie uzbrojony element cięższy, zaczepia o żyłkę. Zachodzi coś podobnego do łódeczkowania, zdarzającego się często przy. nieumiejętnych rzutach zwykłą wahadłówką (rys. 10). Powstania łódeczki można uniknąć wyhamowując lot przynęty w końcowej fazie jej lotu.

 


10. Kombinowanie przynęt
a – twister lub sztuczna rosówka ze skrzydełkiem wirówki, b – obrotówka z wahadłówką (1 – skutek odwrócenia
kolejności, 2 – mechanizm “łódeczkowania” błystki wahadłowej), c – obrotówka ze sztuczną muszką,
d – imitacja rybki ze skrzydełkiem wirówki, e – wahadłówka z korpusem twistera.

 

Nie uzbrojoną wirówkę łączy się nie tylko ze skoczkiem, jak wspomnieliśmy wyżej, ale także np. z większą obrotówką, wahadłówką (oczywiście już zaopatrzonymi w kotwiczki), dużą sztuczną muszką, dewonem, uzbrojoną sztuczną rybką (rys. 10). Skuteczność wahadłówki z kolei podnosi się przez założenie na jej kotwiczkę (lub haczyk, jeśli jest uzbrojona w pojedynczy) skoczkowego korpusu z giętkiego tworzywa.

To ostatnie graniczy w zasadzie ze szczególnym sposobem uatrakcyjniania przynęt spinningowych – mianowicie zdobieniem ich uzbrojenia. Kotwice błystek obrotowych przystraja się włóczką, piórami, puchem, kawałkami rurki igelitowej lub kompozycjami tych materiałów (coś jakby sztuczna muszka). Trzeba mieć na uwadze, że ozdoby nasiąkliwe stwarzają niebezpieczeństwo skorodowania kotwicy zatrzymują bowiem wilgoć. Do błystek wahadłowych stosuje się raczej płytki plastikowe (czasem kawałki szkiełek odblaskowych) w kształcie płetwy ogonowej. Pęki, zwłaszcza włóczki, pogarszałyby pracę przynęty, działając jak dryfkotwa. Wspomnianych wyżej elementów z giętkiego tworzywa używa się także do uatrakcyjniania woblerów. Kolory tych dodatków bywają różne. Najczęściej stosuje się czerwony, na który szczególnie reagują szczupaki i okonie. Podkreślmy, że nie służą one maskowaniu haków, jak uważają niektórzy; chodzi tylko o dodatkowe wabiki.

Tym większą rolę odgrywa barwa samej przynęty. Niestety, niezmiernie trudno tu o jakieś stałe i powszechnie się sprawdzające reguły. Z pewnością powinna ona być dostosowana do ubarwienia rybiego drobiazgu, padającego najczęstszym łupem drapieżników, na które się nastawiamy. W wypadku bolenia będzie to więc na przykład naturalna barwa białego lub szarego metalu (nikiel, cyna, ołów), ewentualnie uzupełniona odcieniem błękitu; taką mniej więcej kolorystyką cechują się ukleje, stanowiące jego główne pożywienie. Na szczupaka znów przynęta powinna przypominać ryby przeważające w zbiorniku np. połyskiwać na złocisto w wodzie karasiowej. Uważa się na ogół, że im ciemniej (głębokie prowadzenie, mało przejrzysta woda, pochmurna pogoda), tym powinna być jaśniejsza i na odwrót.

Niemniej poglądów jest na ten temat wiele, często zgoła przeciwstawnych, a przy tym potwierdzonych doświadczeniem. Toteż jeśli nie doczekamy się pobić na dobraną zgodnie z regułami sztuki błystkę, powiedzmy, jasno srebrzystą – nie zawadzi jeszcze spróbować ciemno miedzianej.

Na barwie metalu możliwości kolorystyczne się nie kończą. Powszechnie atrakcyjność błystek podnosi się przez malowanie powierzchni błystek wahadłowych oraz skrzydełek i korpusów obrotówek (rys. 11); o malowaniu woblerów pisaliśmy wyżej. Stosuje się bądź kolory jednolite, bądź kropki, paski. Na tle żółtym dobrze robią wzory czerwone, czarne, zielone, białe (srebrne); na białym (srebrnym) – czerwone, niebieskie, czarne, zielone; na miedzianym – czarne, czerwone, białe; na czarnym – żółte, czerwone, białe.

 


11. Przykłady wzorów, w jakie się maluje błystki

 

Z zestawień tych szczególną uwagę warto zwrócić na kropki żółte na czarnym (takie paletki mają niezwykle łowne wirówki pstrągowe Black Fury – Czarna Furia), czerwone pasy na białej powierzchni małej smukłej wahadłówki (wzdłużne na znanej błystce japońskiej) skośne na sławnej P1 Brodowskiego, doskonałej między innymi na późnowiosenne pstrągi) oraz rzadko u nas spotykane zestawienie żabie: żółta paletka przy seledynowym korpusie wirówki (doskonałe na pstrągi) i jasnozielone kropy na żółtym (świetne na szczupaka).
Do malowania trwałego najlepiej nadają się farby nitro lub renowacyjne. Prostym i praktycznym doraźnym sposobem jest użycie kolorowych kredek do szkła laboratoryjnego (dermatografów). Mają tę zaletę, że bez kłopotu można ich używać na łowisku. Dla usunięcia wykonanych nimi zamalowań wystarczy powierzchnię błystki wypolerować drobnym piaskiem lub ziemią.

Rolę podobną jak malowanie spełnia naklejanie kawałków (pasków, kółek) samoprzylepnej folii odblaskowej. W wypadku skrzydełek błystek obrotowych trzeba się jednak liczyć z tym, że w ten sposób nieznacznie się je dociąża.

Kolejnym sposobem uatrakcyjniania przynęt spinningowych jest ich perfumowanie substancjami zapachowymi. Oddziaływanie na zmysły wzroku i linii bocznej uzupełnia się w ten sposób drażnieniem węchu smugą ciągnącą się za błystką. Najpierw na Zachodzie, a potem także u nas pojawiły się oleje śledziowe, kleniowe i inne. Jednym z tańszych był i jest tran. Kilka jego kropli na pukielku włóczki przy kotwicy obrotówki zwiększa wydatnie jej łowność, szczególnie w odniesieniu do okoni, kleni i pstrągów tęczowych. Znaczne rozszerzenie możliwości stosowania małych błystek osiąga się przez ich dociążanie (rys. 12). Dzięki niemu przynęty małe i lekkie można prowadzić w partiach głębszych, co przydaje się szczególnie w wodach o silnym prądzie. Z wielu powodów jest to praktyczniejsze niż sięganie po modele duże.

 


12. Dociążanie błystek
a – rybia główka z ołowiu (dwie wersje), b – ciężarek ekscentryczny (odśrodkowy) na żyłce,
c – na krętliku, d – oliwka na przyponiku bocznym, e – kulka na zapince.

 

Raczej tylko przy błystkach obrotowych stosuje się rybie główki na drucie. Zarówno do obrotówek, jak i wahadłówek, a także sztucznych rybek (woblerów) i skoczków przydaje się ciężarki ekscentryczne (odśrodkowe) zaciskane na żyłce oraz niezależne ciężarki na przyponie bocznym. Obrotówki i skoczki doskonale się dociąża kulkami na zapince z drutu, zakładanej na kółko łącznikowe. To rozwiązanie, wprowadzone przez francuską firmę Au Lion d’Or, ma rozliczne zalety. Bardzo dobrze sygnalizuje moment opadnięcia błystki na dno; odczuwa się wyraźne puknięcie. Ma się z przynętą stały kontakt, dobrze się ona układa w ostatniej fazie rzutu i świetnie prowadzi. Aby tak się działo, kulka nie może być cięższa od błystki; najlepiej, jeśli waży tyle samo.

Ogólnie zresztą obciążenie dodatkowe nie może wyraźnie przewyższać masy przynęty – z wyjątkiem rybiej główki na sztywnym drucie. Szczególnie trzeba też pamiętać o wyprostowaniu zestawu przed opadnięciem do wody przez wyhamowanie w ostatniej fazie rzutu wybiegu żyłki z kołowrotka. W przeciwnym razie trudno będzie uniknąć splątań.

Czasami, zwłaszcza kiedy się oczekuje ataku szczupaka, wskazane jest dowiązywanie przynęty za pośrednictwem przyponu metalowego. Wbrew obawom niektórych nie obniża on łowności. Ważne tylko, żeby był lity; plecionka miałaby skłonność do skręcania się. Najprościej jest użyć 6 – 10 cm łącznika ze sprężynującego drutu stalowego średnicy pół milimetra lub nieco więcej. Jedną jego stronę formuje się w kółko do wiązania żyłki, drugą – w agrafkę do zapinania błystki (rys. 13). Rolę takiego przyponu do pewnego stopnia spełniają krętlik i agrafka (ta najlepiej też własnej roboty), za których pośrednictwem dowiązuje się przynętę.

 


13. Łącznik druciany do błystek

 

Na zakończenie należałoby jeszcze wspomnieć o szczególnym rodzaju przynęt spinningowych – mianowicie o martwych rybkach lub ich kawałkach (fllecikach). W wielu wypadkach skutecznością przewyższają one najlepsze błystki czy woblery. To zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że w sposób najbardziej naturalny przypominają stały pokarm drapieżnika. Dla wprowadzenia w naturalne ruchy konieczne jest ich specjalne uformowanie na rozmaitych konstrukcjach metalowych, zwanych systemikami (rys. 14). Dzięki nim podczas ściągania wykonują ruchy wahadłowe, kołyszące lub obrotowe. Temu ostatniemu zawdzięczają jedną z nazw – obrotek.

 


14. Przykłady systemików do martwych rybek

 

Mimo wysokiej skuteczności naturalne przynęty spinningowe nie rozpowszechniły się u nas specjalnie. Podstawową ich wadę stanowi, że niweczą jedną z najwyżej cenionych zalet spinningu – czystość, stałą gotowość, uwolnienie od uciążliwej kuchni przynętowej. Ponadto nie wolno ich stosować w większości wód krainy ryb łososiowatych.

 

Poniżej są zdjęcia poszczególnych przynęt:
A – błystka wahadłowa B – błystka obrotowa C – dewon D – wobler E – twister

 

Technika

Jak w metodach spławikowych wiele zależy od wcześniejszego przygotowania przynęt i zanęt, tak w spinningu wstępem do sukcesu jest opracowanie zawczasu planu łowienia. Nie chodzi tylko o dobór zestawu sprzętowego odpowiedniego do charakteru łowiska, warunków hydrologicznych, pogody itd. Wielu łowiących nie docenia wagi należytego rozplanowania wyprawy. Wypuszcza się zapaleniec nad wodę i tak ostro biczuje od rana do południa, że pada zmęczony pod jakimś drzewem. Popija coś, łapie oddech, a akurat zaczynają się najlepsze brania; jesienią, na przykład, przypadają one właśnie między pierwszą a drugą, kiedy już ma się w nogach dziesięć kilometrów, w rękach zaś – ani trochę czucia. Stąd znaczenie właściwej taktyki. Trzeba siły rozłożyć na dojścia, powroty. Ustalić, kiedy i gdzie można się spodziewać ryby – i temu przyporządkować resztę.

Już na łowisku konieczne okazuje się niekiedy wprowadzenie poprawek do przyjętych założeń. Dopiero tu bowiem można ostatecznie ocenić warunki, szczególnie zaś poziom wody. Niezależnie od tego warto jeszcze raz sprawdzić stan poszczególnych elementów wędki, regulację hamulca kołowrotka.

Technik zarzucania istnieje wiele (rys. 15). Zaczyna się od podciągnięcia przynęty na właściwą odległość od przelotki szczytowej – im cięższa, tym dalej; zazwyczaj między 10 a 40 cm. Rzut podstawowy, znad głowy, daje się zastosować tylko w warunkach sprzyjających. Nieco trudniejszy boczny stosuje się wtedy, kiedy gałęzie drzew lub inne przeszkody nie pozwalają na wymachy pionowe. Przydaje się także wówczas, kiedy zależy nam na możliwie płaskim torze – przy wietrze z przodu lub jeśli mamy przynętę wprowadzić pod nawis gałęzi. Z braku miejsca na jakikolwiek wymach trzeba się uciekać do technik specjalnych, jak rzut katapultowy (uwaga na groty kotwiczki), spod ręki, wahadłowy, pchnięcie szpadą itd. Wszystkie one dają jednak niewielki zasięg przynęty.

 


15. Rzut błystką
a – klasyczny znad głowy, b – boczny, c – katapultowanie, d – wahadłowy, e “pchnięcie szpadą”.

 

Przy rzutach dalszych należy uwzględnić wpływ wiatru. Jeśli wieje z boku, to energiczne machnięcie wędziskiem w tym kierunku już podczas lotu przynęty pozwoli zmniejszyć niekorzystne wybrzuszenie żyłki. Im ona cieńsza, tym mniej się poddaje ruchom powietrza, i to stanowi jeszcze jeden argument przemawiający za dobieraniem jak najmniejszych średnic. Pod koniec rzutu jej wybieg trzeba wyhamować, a w ostatniej chwili zatrzymać całkiem, z jednoczesnym lekkim poderwaniem szczytówki. Dzięki temu przynęta opadnie cicho, nie płosząc ryb. Czasami wskazane jest nawet, aby pod koniec jej lotu zacząć zwijać żyłkę; błystka zastartuje natychmiast z chwilą dotknięcia wody.

Na dobre opanowanie różnych stylów zarzucania, wyćwiczenie donośności i celności rzutu oraz poprawnego kładzenia przynęty na wodzie nie ma co żałować czasu. Na początek warto do treningu zdejmować kotwiczki, aby nie tracić błystek. Takie strzelanie ślepakami ma jednak ograniczoną użyteczność. Rychło trzeba przejść na trenowanie na ostro. Wtedy dopiero można osiągnąć biegłość w prowadzeniu, co pozwoli nie tylko na pełne wykorzystanie łowiska, które niewprawny uzna za całkiem niedostępne, ale także na ograniczenie liczby traconych później blach. Prócz tego na podstawie osiąganych wyników można będzie ocenić skuteczność zastosowanego rodzaju pracy przynęty.

Z chwilą, kiedy znajdzie się ona w wodzie, wszystko zaczyna być w rękach wędkarza; ściślej – w przekazywanych przez nie wrażeniach dotykowych. Obserwowanie szczytówki, żyłki, czasem także wprost błystki czy woblera, ma znaczenie tylko uzupełniające. Liczy się przede wszystkim czucie. Ono z jednej strony informuje, co się właśnie dzieje z przynętą; z drugiej zaś – pozwala kierować jej zachowaniem. A to niezwykle istotne. Nieważne, czym się rzuca, ważne, żeby wiedzieć, jak to pokazać (rybie) – mawia dobrze wrocławskim wędkarzom znany mistrz.

Niestety, jedyną receptą na opanowanie tej sztuki wyczuwania pozostaje – podobnie jak przy zarzucaniu – praktyka. Wielu wskazówek dostarczy baczne obserwowanie przynęt podczas ściągania w czystej płytkiej wodzie i kojarzenie widzianych zachowań z tym, co się czuje ręką. Potem już głównie wyobraźnia i zmysł przestrzenny pozwolą te doświadczenia przenieść na prawdziwe łowienie. One muszą nieomylnie wskazywać, w którym miejscu toni znajduje się właśnie przynęta, jak się rusza itd.

Może ona być najatrakcyjniejsza i najdroższa; jeśli jednak będzie jednostajnie, mechanicznie przecinała wodę, łupem drapieżnika, zwłaszcza większego, stanie się tylko z rzadka i przypadkowo. Dopiero stała zmiana jej pracy, osiągana przez zwiększanie i zmniejszanie szybkości zwijania żyłki lub ruchy wędziska, ożywia ją, czyni z niej cel intrygujący, prowokujący atak ryby, spowodowany czy to skojarzeniami żerowymi, czy to instynktem terytorialnym, czy wreszcie zwykłą ciekawością. Warto przy okazji zauważyć, że właśnie ta różnorodność motywów sprawia, iż w spinningu bardziej niż w innych metodach sprawdzają się przynęty nie przypominające niczego jadalnego; o ile pokarm powinien wzbudzić zaufanie, o tyle intruza odpędza się bez względu na to, czy się go zna czy nie.

Kolejnym warunkiem skuteczności przynęty jest, aby znalazła się w zasięgu zmysłów ryby: wzroku, linii bocznej, ewentualnie węchu – w odległości czyniącej atak opłacalnym. Wymaga to prowadzenia jej w pobliżu domniemanych stanowisk, jak podwodne głazy, pnie, zarośla. Niestety, nader często okazują się one pułapkami na błystki czy woblery. Skłania to wielu wędkarzy do prowadzenia nazbyt ostrożnego, najchętniej tuż przy powierzchni wody. Z nielicznymi wyjątkami mija się to z celem. Podobnie zresztą, jak uparte oranie dna, bez względu na jego charakter, obecność zaczepów i co gorsza – porę roku oraz spodziewany gatunek zdobyczy.

Branie
odczuwa się przede wszystkim ręką. Obserwacja szczytówki czy żyłki może mieć znaczenie tylko pomocnicze. Zależnie od sposobu chwytania przynęty przez rybę i kierunku, z którego ona to robi, branie może mieć postać od ostrego szarpnięcia (czasem wyrywającego kij z ręki), przez uderzenia, puknięcia, trącenia, przytrzymania – po ledwie wyczuwalną zmianę pracy przynęty, często połączoną z poluzowaniem lub odchodzeniem żyłki w bok.

Po każdym takim sygnale, bez względu na jego rzeczywistą przyczynę, należy ostro, zdecydowanie zaciąć. Siłę i szerokość trzeba dostosować do aktualnej odległości przynęty, głębokości jej zanurzenia, siły prądu oraz cech zestawu; głównie chodzi tu o akcję wędziska. Im przynęta dalej i głębiej, a kij krótszy i bardziej elastyczny, tym zacięcie szersze i mocniejsze.

Nigdy nie poprawiajmy. Praktyka wykazuje, że przy umiejętnym holowaniu z kotwiczki schodzi stosunkowo niewiele ryb. Sporo ich natomiast okazuje się zaczepionych zaledwie jednym grotem na milimetrowy paseczek naskórka. Przy powtórnym zacięciu niechybnie doszłoby do zerwania; nawet byśmy nie wiedzieli, że istotnie mieliśmy branie.

Może się zdarzyć (i często się zdarza), że skutkiem zacięcia jest uwięźnięcie kotwiczki w zaczepie. W jeziorach uwolnienie na ogół nie przedstawia większych trudności. Mamy bowiem najczęściej do czynienia z zaczepami miękkimi. Jeszcze dogodniejsza jest sytuacja, gdy można podpłynąć łodzią, by wyciągać przynętę pod kątem innym, niż się zaczepiła.

W rzekach jest to z reguły trudniejsze. Niemniej dwie trzecie do trzech czwartych zaczepów daje się uwolnić. Mowa, oczywiście, o uwolnieniu w rozsądnym czasie, a nie o dwu czy trzygodzinnej zabawie, w trakcie której nieszczęśnik, myślący ile pieniędzy uwięzło gdzieś na dnie, tnie scyzorykiem drzewo, żeby nim sięgnąć, dźga wodę i klnie. Najprostszy sposób to pstrykanie (strzelanie). Przy mocno napiętej żyłce pociąga się za nią i puszcza. Jeśli mamy do czynienia z zaczepem twardym, jak kamień czy na pół skamieniałe drewno, dochodzi wówczas do poluzowania grotów. Prąd często zrobi resztę i tak może wkrótce szczęśliwie odzyskamy przynętę.

O ile zaczep da się obejść, to warto pociągnąć za żyłkę z kierunku, z którego szła blacha (wobler, skoczek, dewon). Kiedy jest nie za daleko od brzegu i poniżej wędkarza, pomagają wianuszki z wikliny lub innych giętkich gałęzi, splecione wokół żyłki i puszczone z prądem. Przeważnie udaje się nimi wytrząsnąć kotwiczkę z zawady (rys. 16). Oczywiście, jak zawsze można użyć pierścienia odczepowego. Jednakże osiągnięcie nim zaczepów położonych dalej od brzegu, szczególnie przy silnym nurcie, często się okazuje niemożliwe.

Bywa też jednak (choć niektórym trudno w to uwierzyć), że po zacięciu odczuwa się żywą reakcję ryby. Wówczas należy natychmiast przystąpić do holowania, płynnego lecz zdecydowanego. Prędkość zwijania żyłki powinna przy tym – z wyjątkiem okazów bardzo dużych – zależeć od oporu zdobyczy, a nie od wytrzymałości sprzętu. Przed jej przekroczeniem chroni właściwie ustawiony, i ewentualnie podczas holowania korygowany, opór sprzęgiełka (hamulca) kołowrotka.

 


16. Uwalnianie z zaczepu za pomocą wianka wiklinowego

 

Sztuki niezbyt wielkie można po prostu ściągać kołowrotkiem. Nie wolno jednak stale obracać jego korbki, gdy ryba wybiera z niego żyłkę. Skutkuje to bowiem skręcaniem żyłki, nie dając żadnego pożytku. Wystarczy się ograniczyć do wybierania nim luzów, powstałych przy zmianach kierunków ucieczki zdobyczy. Okazy duże i silne wyciągamy przez pompowanie – czyli podciąganie wędziskiem, a następnie, podczas jego opuszczania, zwijanie żyłki z jednoczesnym pokonywaniem oporu ryby.

Do lądowania można przystąpić z chwilą stwierdzenia całkowitego zmęczenia ryby: zaprzestania czynnej walki, zwłaszcza ucieczek, ewentualnego pokładania się na boki, poniechania energicznego umykania od brzegu czy łodzi oraz dołowania (parcia w głąb). W warunkach sprzyjających wystarczy tak wyczerpaną rybę lądować wyślizgiem na brzeg lub – łowiąc z łodzi – wyjąć ręką.

Przy sztukach większych, szczególnie gdy nie daje się upewnić co do niezawodności zapięcia na kotwicy, lub zgoła widać, że ryba ledwie się na niej trzyma, należy posłużyć się podbierakiem, chwytakiem lub osęką. W tym trzecim wypadku trzeba uważać, aby ofiarę jak najmniej uszkodzić; zwłaszcza jeśli nie mamy pewności, czy nie trzeba jej będzie wpuścić do wody (z powodu okresu ochronnego – ryb o wątpliwym wymiarze nie należy wyciągać osęką). Gdy jest zmęczona, takie podebranie nie nastręcza trudności. Niezbędnej wprawy zaś można nabrać ćwicząc na kawałku deski lub innego drewna, rzuconym na powierzchnię wody.

Drapieżniki o ostrym uzębieniu, jak szczupak, sandacz, sum, które mamy zamiar zabrać (a więc wymiarowe i złowione poza okresem ochronnym), trzeba uśmiercić niezwłocznie, przed przystąpieniem do wyjmowania kotwicy z paszczy. Uwaga zwłaszcza na groźny szczękościsk szczupaka! Następnie je wykrwawiamy, patroszymy i zawijamy w lnianą ściereczkę.

Łowienie

W rzekach krainy ryb łososiowatych (potokach oraz mniejszych i średnich rzeczkach pstrągowych) łowimy najczęściej zestawem lekkim. Im woda głębsza i bystrzejsza, tym przynęta cięższa; z reguły jednak nie przekracza 15 g.

W okresie wczesnowiosennym (luty – maj) prowadzimy ją w poprzek nurtu lub skośnie pod prąd (rys. 17). Wymaga to użycia cięższych wahadłówek lub przystosowanych do takiej pracy obrotówek: Long, Comet, albo też głębiej pracujących woblerów. Także umiejętnie prowadzone skoczki są w wiosennej wodzie, jeszcze lekko podwyższonej lecz już oczyszczonej, skuteczne na pstrągi. Wiąże się to z przypadającym na kwiecień tarłem minoga strumieniowego.

 


17. Kierunki prowadzenia przynęt spinningowych w rzekach wartkich

 

Przynętę należy w tym okresie prowadzić powoli, lecz nie jednostajnie, między połową a trzema czwartymi głębokości wody. To wystarczy, by sprowokować pstrąga, który wczesną wiosną żeruje nienadzwyczajnie, ale przez cały prawie dzień; najlepszy czas przypada między dziesiątą przed południem a czwartą po południu. Szczególnie obiecujące miejsca (domniemane stanowiska ryb) warto przeczesywać systematycznie, różnego rodzaju przynętami. Brak szaty liściowej na nadbrzeżnych drzewach i krzewach zmusza do zachowania szczególnej ostrożności przy podchodzeniu do brzegu, zwłaszcza że łowimy na wprost lub powyżej kryjówki ryby, a więc w polu jej względnie dobrego widzenia.

Poczynając od maja i aż do końca sierpnia łowimy na przynęty mniejsze i lżejsze. Z zasobu błystek obrotowych wybieramy małe lub bardzo małe (nr 0 – 3) typu Aglia, najskuteczniejsze zaś jest prowadzenie z prądem wzdłuż podmytych burt brzegowych, stromych skarp omywanych nurtem lub między warkoczami roślinności. O ile warunki pozwalają, staramy się łowić brodząc. W przeciwnym razie zachowujemy szczególną ostrożność – w terenie odkrytym nie podchodzimy do brzegu, spodziewane stanowiska ryb obrzucamy z daleka, podchodząc – zależnie od warunków terenowych – poniżej lub powyżej nich, na odległość rzutu lekką przynętą. Szczególnie starannie (pod względem precyzji rzutów) przeczesujemy wszelkie głębsze przewężenia lub strugi szybszego nurtu, utworzone przy leżących na dnie przeszkodach (pnie, korzenie), oraz miejsca za takimi przeszkodami.

Rzuty powinny być bardzo dalekie lecz celne, w punkt, z zastopowaniem lotu błystki i rozpoczęciem zwijania żyłki jeszcze kiedy przynęta pozostaje w powietrzu. Padając na powierzchnię natychmiast rozpoczyna pracę, a to często powoduje natychmiastowy atak ryby. Ściąganie błystki musi być na tyle bystre, żeby poruszała się szybciej niż woda, płynąca przecież w tym samym kierunku. To warunek wprawienia skrzydełka w obroty. Głębokość prowadzenia mała i średnia, czyli od warstwy najwyższej, przypowierzchniowej, do połowy wody. Tylko z rzadka, w głębokich i długich rynnach, można zejść do trzech czwartych; uwaga przy tym na liczne zaczepy.

W takich warunkach sprawdzają się tylko obrotówki o szerokiej pracy skrzydełka i nienagannym, natychmiastowym starcie. Właściwie zmontowane, dają rotację żywą, odczuwaną przez wędkarza i wabiącą ryby, przy prędkości już nieznacznie większej od szybkości wody.

Stanowiska ryb niemożliwe do obłowienia tą metodą – powyżej zwisających nad powierzchnią gałęzi, zawad itd. – trzeba przeczesać w poprzek nurtu lub pod prąd, stosując przynęty odpowiednie do tego kierunku prowadzenia: błystki obrotowe typu Comet albo Long; wahadłowe, woblery, skoczki; czyli takie, jak używane w okresie wiosennym.

Polując na troć lub głowacicę w większych i głębszych, często wręcz bardzo głębokich rzekach krainy ryb łososiowatych, posługujemy się techniką właściwą do łowienia pstrągów w okresie wiosennym. Sprzęt jednak musi być odpowiednio cięższy (spinning średni lub ciężki), także przynęty powinny być większe i cięższe (lub dociążone) i dawać się prowadzić w silnym nurcie na połowie do trzech czwartych głębokości. Grubość żyłki trzeba dostosowywać przede wszystkim do ilości zaczepów. I tak np. o ile w okolicach Karlina, gdzie Parsęta w nie obfituje, lepiej używać średnicy 0,40, o tyle poniżej, gdzie koryto jest gładsze, wystarczy już tylko 0,35.

Precyzja i celność rzutów mają tu znaczenie nieco mniejsze, ze względu na wielkość rzek. Najważniejsze są głębokość i sposób poruszania się przynęty. Prowadzenie musi być bardzo powolne, przeplatane jedno do dwusekundowymi przerwami w zwijaniu żyłki na przemian z krótkimi, pół do jednometrowymi jej zrywami (jeden do dwóch szybkich obrotów korbką). W trakcie ściągania po średniej długości rzucie (około 25 m) należy wykonać trzy – cztery tego typu manewry przynętą, starając się, by wypadły one na moment, gdy przynęta znajduje się w najbardziej strategicznych miejscach swej trasy. Należą do nich: punkt rozpoczęcia pracy przy dnie pod skarpą brzegu przeciwnego, środek głównego nurtu, dojście do skarpy brzegu, z którego łowimy, a także wszelkiego typu zaobserwowane stanowiska ryb (podwodne przeszkody, progi itp.). Jak widać, szczególnie w tym wypadku jest ważne, aby w każdej chwili orientować się, gdzie naprawdę znajduje się akurat przynęta, zarówno co do poziomu, jak i pionu. A to wcale niełatwe.

W rzekach nizinnych
zastosowanie znajdują wszystkie odmiany spinningu, przy czym wybór zależy od szerokości i głębokości wody oraz siły prądu, a także gatunku ryb, na jaki się nastawiamy. Stosując przynęty niewielkie zyskujemy szanse na złowienie wszelkich występujących tu drapieżników. Dobierając duże, wykluczamy znaczną ich część: okonia, jazia, klenia, bolenia, często także sandacza. W praktyce pozostają więc szczupak i sum. W średniej wielkości rzekach, w odcinkach odpowiadających górnej części krainy leszcza lub krainie brzany, użycie lekkiego zestawu z małymi przynętami nie tylko uatrakcyjni łowienie, ale także zestaw zdobyczy rozszerzy o brzanę i świnkę (poza typowymi: szczupakiem, okoniem, kleniem czy jaziem).

W wodach tego rodzaju szczególnego znaczenia nabiera umiejętność właściwego wykorzystania różnorodnych dociążników. Umożliwiają one przeczesywanie niewielkimi i lekkimi przynętami głębszych partii nurtowych. Ponadto pozwalają na uatrakcyjnienie ich pracy przez nadanie im ruchów pionowych, niezwykle nęcących większość drapieżników, zwłaszcza zaś okonia i sandacza. Uzyskujemy to przez zwalnianie obrotów korbki aż do wyczuwalnego puknięcia ciężarka o dno, na przemian z energicznym podniesieniem przynęty przez odpowiedni ruch szczytówki lub szybsze zakręcenie korbki.

Prowadzić można we wszystkich kierunkach (rys. 18). Zdecydowaną przewagę, jeśli chodzi o skuteczność, wykazuje ściąganie w poprzek nurtu lub skosem pod prąd. Prowadzenie z biegiem rzeki ma zastosowanie bądź w odcinkach o wolnym przepływie, bądź w partiach o prądach wirowych (strefa przybrzeżna) lub wstecznych.


18. Spinningowanie w rzekach nizinnych
a – kierunki ściągania przynęty (zakreskowany obszar najkorzystniejszy), b – głębokość i tempo prowadzenia
(1 – boleń, 2 – kleń, jaź, 3 – szczupak, 4 – sandacz, 5 – okoń, 6 – sum; bs – bardzo szybko, s – szybko,
śs – średnio szybko, ż – żwawo, b – bystro, p – powoli).

 

Głębokość i szybkość prowadzenia zależą przede wszystkim od spodziewanej zdobyczy i pory roku. Orientacyjnie można to ująć w sposób następujący (0 ? przy powierzchni, 1 ? przy dnie):

 

Wiosna – Lato
Szczupak  –
(0,5 – 0,75) – żywe
Sandacz  –
(0,75 – 1) – powolne
Okoń –
(0 – 1) – bystre
Sum –
(0,5 – 1) – powolne
Boleń –
(0 – 0,5) – bardzo szybkie
Kleń, Jaź –
(0 – 1) – szybkie
Jesień
Szczupak –
(0,75 – 1) – powolne
Sandacz –
(0,75 – 1) – powolne
Okoń –
(0,75 – 1) – średnio szybkie
Sum –
(0,75 – 1) – powolne
Boleń –
(0 – 0,75) – szybkie
Kleń, Jaź –
(0,75 – 1) – powolne

 

Zarówno tymi wskazówkami, jak i spotykanymi w literaturze czy przekazach wędkarskich opisami stanowisk typowych dla poszczególnych gatunków nie należy się – nie przecząc ich słuszności – kierować bezkrytycznie. Często warto z tym poeksperymentować. Kilkanaście lat temu sensacyjnie zakończyły się towarzyskie zawody spinningowe na jednej z dużych rzek wielkopolskich. Podczas gdy wszyscy ruszyli szybko w miejsca typowo szczupakowe, a więc przede wszystkim nad spokojne zatoki czy wypłycenia między główkami, jeden zawodnik wybrał odcinek zdumiewająco odbiegający od potocznych wyobrażeń: brzeg równy, dno wyłożone grubym kamiennym narzutem, spadek 45-stopniowy, nurt silny. Swoją Algą nr 3  – kopytem siedmiodekowym – skusił okazy największe. Jak się zresztą okazało, wynik ten bynajmniej nie był przypadkowy.

W wodach stojących głównym celem łowienia na spinning będą: szczupak, okoń i sandacz, rzadziej – sum. W nielicznych tylko wypadkach można liczyć na coś z rodziny łososiowatych: troć jeziorową, pstrąga. Występujące czasem kleń, boleń czy jaź dają się – w odróżnieniu od łowisk rzecznych – skusić tylko przypadkowo. Zdarzają się natomiast przypadki złowienia większych okazów ryb niedrapieżnych: leszcza, wzdręgi.

Wody stojące cechują się różnorodnością. Zalicza się do nich zarówno jeziora, same z siebie już niezwykle zróżnicowane, jak i zbiorniki zaporowe (również całkiem odmienne w zależności od tego, czy górskie, przejściowe czy nizinne), wszelkiego typu wyrobiska (glinianki, żwirownie, torfianki) oraz zagospodarowane do celów wędkarskich stawy. Za tym idzie rozmaitość możliwości połowowych. Zależą one od wielkości zbiornika, jego głębokości, ukształtowania linii brzegowej, rodzaju i obfitości roślinności wynurzonej i miękkiej, a także od sposobu zagospodarowania: pomosty, wypożyczalnie łodzi itd.

Warunki do łowienia z brzegu istnieją w stosunkowo niewielkich zbiornikach z głęboką strefą przybrzeżną, słabo rozwiniętą roślinnością wodną i dostępnymi brzegami. Będą to przede wszystkim wyrobiska, ale także niektóre jeziora, zwłaszcza typu rynnowego, z bardzo wąskim pasem trzcin i rozpoczynającym się blisko brzegu stokiem ławicy przybrzeżnej, oraz zbiorniki zaporowe, zazwyczaj pozbawione roślinności wodnej. W tych wypadkach niezbędne okazują się zazwyczaj buty biodrowe, umożliwiające osiągnięcie i wykorzystanie każdego dostępnego stanowiska. Dzięki nim nie sprawi kłopotu zarówno wykonywanie rzutów wzdłuż roślinności, po wejściu w trzciny, jak i uwolnienie przynęty od zaczepów, obfitych w tej strefie.

O ile tylko warunki pozwalają, zaczynamy od rzucania wzdłuż linii brzegowej lub bliskiego jej pasa roślinności. Następnie kolejno przeczesujemy całe łowisko dostępne od naszego stanowiska. Tu wybitnie się przydaje umiejętność wykonywania rzutów dalekich. Głębokość i prędkość prowadzenia przynęty trzeba dobrać do charakteru łowiska, rodzaju roślinności, pory roku oraz, oczywiście, oczekiwanego gatunku ryby (rys. 19). Można tu przyjąć zależności takie same jak w rzekach nizinnych.


19. Prowadzenie przynęt spinningowych w jeziorach
a – kierunki (cyframi oznaczono kolejność), b – tor ruchu.

 

Przy rzutach prostopadłych do linii brzegowej penetrujemy najczęściej najgłębszą strefę łowiska. Przynętę zatem (tonącą) kładziemy na dnie, co sygnalizuje zaprzestanie zatapiania żyłki. Według czasu jej tonięcia oceniamy głębokość wody. Następnie dość ostro odrywamy ją od dna. Po tym, jak odczuwamy charakterystyczną wibrację, poznajemy, czy nie nagarnęliśmy roślin, liści, muszli itd.

W miejscach o ostrym spadzie dna, jeśli nasza przynęta startuje ze znacznej odległości, po kilku obrotach korbką zaprzestajemy ściągania, pozwalając jej ponownie opaść na naprężonej pod jej ciężarem żyłce. Kiedy się położy, wszystko powtarzamy. I tak kilka razy, aż znajdzie się w strefie przybrzeżnej. Przy łowieniu okoni skoki te powinny mieć długość do 2 m, przy sandaczach – nieco więcej, 3 do 4 m, a szczupakach i sumach muszą być długie, 5 do 6 m. Szybkość prowadzenia – jak w rzekach.

Technikę tę można stosować zarówno przy błystkach wahadłowych, jak i obrotowych, woblerach tonących lub nietonących, obciążonych bezpośrednio lub na bocznym przyponie, wreszcie skoczkach, do takiego sposobu prowadzenia szczególnie przystosowanych.

W zbiornikach o strefie przybrzeżnej płytkiej i porośniętej należy stosować lekkie błystki wahadłowe oraz obrotowe o silnej rotacji, a także – lub może przede wszystkim – woblery pływające. Wszelkie te przynęty prowadzimy nad łąkami podwodnymi lub w korytarzach między roślinnością wynurzoną.
We wszystkich wypadkach niezależnie od wartości przynęt wynikających z ich konstrukcji trzeba sięgać po korzyści z umiejętnego ich prowadzenia; zwłaszcza zaś – zmiany głębokości, czyli ruchy w pionie. W wypadku modeli tonących uzyskujemy to przez opisane wcześniej układanie na dnie, a następnie unoszenie przez manewr wędziskiem uzupełniony zwijaniem żyłki. Woblery pływające będą się natomiast zagłębiały w trakcie ściągania, wędrowały natomiast w górę pod wpływem własnej wyporności, kiedy prędkość prowadzenia się zmniejszy.

Na atak ryby powinniśmy być przygotowani właśnie w momentach zmian rodzaju ruchu: przy unoszeniu z dna, wypływaniu woblera, rozpoczęciu opadania przynęty tonącej po zaprzestaniu prowadzenia po prostej. Branie odczuwamy łatwo, jeśli następuje w trakcie zwijania żyłki. Gorzej, gdy wypada ono podczas opadania lub samorzutnego wypływania. Toteż także w trakcie tych ruchów bezwładnościowych trzeba zachowywać stały kontakt z przynętą. Stałe naprężenie żyłki uzyskamy przez właściwe e ustawienie wędziska. W każdej chwili musimy być gotowi do zacięcia. Sygnał do niego może stanowić każda zauważona lub odczuta zmiana w ruchu przynęty. Bywa ona sygnalizowana poluzowaniem żyłki, czasem nawet zwiśnięciem, nie uzasadnionym zaprzestaniem tonięcia lub wypływania itd.

Wszystkie te elementy aktywnego łowienia są w pełni do zastosowania także przy łowieniu z łodzi. Umożliwia ona dodatkowo swobodny wybór łowiska. W znacznym stopniu też zmniejsza niebezpieczeństwo utraty blachy czy woblera na nieuniknionych zaczepach. Zawsze bowiem można podpłynąć od strony najkorzystniejszej dla odczepienia. Pozwala wreszcie na wykorzystanie pełnego zestawu przynęt. Szczególne jednak możliwości otwierają się tu przed skoczkami, czyli twisterami. Można – i należy – je prowadzić nie tylko w warstwie przydennej, lecz także w połowie lub jednej trzeciej głębokości.