Metody

Metoda SPŁAWIKOWA

Metoda ta dzieli się praktycznie na dwa sposoby: pierwszy to klasyczna metoda spławikowa (czyli łowienie przy pomocy tyczki) tym sposobem można łowić tylko niewielkie ryby, drugi sposób przeznaczony do połowu większych ryb to metoda spławikowa z kołowrotkiem.

Klasyczna metoda spławikowa

Kołowrotek tu całkiem zbędny, a nawet przeszkadza. Jeśli już coś się trafi, to na pewno nie olbrzym. Pomijając drobiazg: choćby najoporniejsza konstrukcja długo nie przetrzyma tarzania w ziemi. Podobnie bezsensowne są przelotki. Żyłka wyraźnie zbyt sztywna i gruba. W dodatku wypuszczenie jej poza długość wędziska całkiem odbiera jakąkolwiek możliwość wpływania na zachowanie się tego, co pod spławikiem. On sam za duży, niepotrzebnie pstrokaty i źle wyważony; z wody powinien wystawać zaledwie niewidoczny skrawek korpusu.

Ołów w tej postaci nie tylko robi dużo hałasu, ale także wprawia zestaw w boczne ruchy, od których do splątania krok. Kuty haczyk niweczy żywotność, jeden z atutów dżdżownicy jako przynęty. Ona sama w jeziorze i w lecie, na domiar – zawieszona w toni, to już niemal nieporozumienie.

Pszenica, tak posiewana, nie skupi ewentualnych amatorów, lecz rozproszy po znacznym obszarze dna. Przypuśćmy jednak, że mimo wszystko znajdzie się rybi żarłok który skusi się na przynętę. Pomińmy też ograniczoną zdolność zestawu do sygnalizowania brań. Odprężony łowca zresztą i tak ma wszelkie szanse lekkie drgnięcia spławika przeoczyć. Jeśli zaś przypadkiem zerknie akurat w dobrym momencie, to zanim sięgnie do wędki, wyprostuje wszelkie zawijasy żyłki to ryba już zdąży uciec. Trzeba wyjątkowego zbiegu okoliczności: pory, pogody, natężenia żerowania – by w ten sposób coś złowić. A już tylko przy niebywałym szczęściu tym czymś może być cokolwiek innego niż małe okonki lub inny drobiazg.

Jednocześnie każdy element z osobna odpowiada mniej więcej temu, co nazywamy klasyczną metodą spławikową. Cechą wyróżniającą jest w niej to, że obciążenie nie przewyższa wyporności spławika (zestaw jest na nim zawieszony), a łowi się w zasięgu wędki zwykłej, bez wyrzutów z użyciem kołowrotka. W literaturze wędkarskiej często rozróżnia się dwie odmiany takiego łowienia. W wodach stojących nazywa się ją lekką gruntówką. W bieżących – przepływanką. Tu zostaną omówione łącznie, ze zwróceniem uwagi na różnice w tych dwóch rodzajach łowisk. Nie ma co formalizować. Tym bardziej, że jedna z odmian często niepostrzeżenie przechodzi w drugą. W leniwym nurcie przepływankowy zestaw zatrzyma się nagle na granicy spokojnej wody czy prądu wstecznego; spławikowy zaś w jeziorze – popłynie pod wpływem podwodnego ciągu. Najważniejsze, aby tak zestawić wędkę i tak łowić, żeby nie tylko elementy się zgadzały, ale i wynik był. On ważniejszy niż definicja.

Sprzęt


Wędzisko
, ze względu na konieczność utrzymywania stałego kontaktu z zestawem, powinno być możliwie sztywne. Wędkarze doświadczeni i biegli wybierają najczęściej akcję A. Dla mniej wprawnych, o słabym wzroku, nie najlepszym refleksie, lepsza jest akcja B. Nieco większa giętkość wędziska wyrównuje braki umiejętności, łagodzi skutki błędów zestawienia wędki. B – jest bezpieczniejsza; taki slogan można by podsunąć tym, którzy wędkują rzadko, np. tylko podczas urlopu.

Ważne, aby było lekkie. Cały czas przecież trzeba je trzymać w ręku, a przy tym utrzymywać kontakt z zestawem, precyzyjnie go prowadzić czy nadawać odpowiednie ruchy, wreszcie – szybko i pewnie zacinać.

Długość wędziska należy dostosować do odległości łowienia. Ta zaś niekoniecznie musi być duża. Zasada, że im dalej tym lepiej, sprawdza się głównie w warunkach zawodów wędkarskich. Tam jednak wynika to ze szczególnych okoliczności. A i to nie zawsze. Jeden z najlepszych wyników w historii mistrzostw Polski, 25 kg (trzydzieści dwa jazie i nieco ryby drobnej) Mieczysława Wiśniewskiego z roku 1976 został uzyskany z wędziskiem krótszym niż te, którymi łowiła większość zawodników; tak się ukształtowało łowisko. Przeciętne ryby, na które nastawiamy się wybierając klasyczną spławikówkę, żerują normalnie w pasie przybrzeżnym. Odległość 5 m okazuje się zazwyczaj wystarczająca. Rzadko przekracza 7 m. I w takim też przedziale długości powinno się mieścić nasze wędzisko.

Nie może być zbyt krótkie. Jako regułę bowiem należy przyjąć, że łowimy tylko pod nim; zestaw nie może sięgać dalej niż ono. Jeśli już się zdarzy, że dobre miejsce łowienia znajdzie się choćby nieco dalej, zmieniamy raczej metodę, niż decydujemy się na sięganie w sposób nie tylko niewygodny, ale, co gorsza, uniemożliwiający sensowne operowanie wędką. Na przykład – trzymając sam dolnik wędziska w wyciągniętych rękach. Bez sensu jest jednak również łowienie w odległości wyraźnie mniejszej niż długość wędziska.

Jeśli zatem chcemy być przygotowani na niemal wszelkie możliwości, mamy dwa wyjścia. Jedno, to postarać się o skompletowanie zestawu wędzisk, o długości np. 4, 5 i 7 albo 8 metrów. Inwestycja dość kosztowna, ale w dłuższym okresie opłacalna. O ile, oczywiście, będziemy dbać o sprzęt należycie. Tyle, że musimy sporo nosić nad wodę. Od tej niedogodności wolne jest wyjście drugie: zaopatrzyć się w wędzisko długie, np. ośmiometrowe, ze złączami nasadowymi przynajmniej w dolnej części. Trzeba tylko przygotować komplet zatyczek o odpowiednich średnicach, aby zawsze móc dół najniższego, akurat użytego segmentu zabezpieczyć przed uszkodzeniem.

Do stosowania w kawałkach nie nadaje się wędzisko teleskopowe. Jeśli jesteśmy na takie skazani, to wybierajmy jak najdłuższe. Mając takie, można pozostałe dobierać z materiałów bardziej tradycyjnych, a tym samym dostępniejszych. Ostatecznie, im krótsze, tym łatwiej uzyskać pożądane właściwości.

Z zasady używamy wędzisk bezprzelotkowych. Zyskujemy przez to na lekkości i operatywności sprzętu. Unikamy też przykrych niespodzianek, jakie płata żyłka. Słabo w tej metodzie obciążona – wybrzusza się między przelotkami, zsuwa ze szpuli kołowrotka. Tracimy jednak szanse na wyholowanie ryb większych niż przeciętne oczekiwane na łowisku, na które wybieramy się ze spławikówką klasyczną. A zdarzają się. Stąd celowe jest sięgnięcie po specjalne rozwiązania, rozszerzające możliwości wędki bez odbierania jej zalet.

Pierwsze to amortyzator gumowy. Klasyczna jego konstrukcja została opracowana kilkadziesiąt lat temu przez wędkarzy z francuskiego miasta Roubaix i nazwana wobec tego roubaisienne. Polegała na przymocowaniu żyłki do wędziska – sztywnego – za pośrednictwem około 25-centymetrowego odcinka gumki. Aby nie oplątywała się ona wokół szczytówki, ta była zakończona hakiem, którego prostopadłe do wędziska ramię miało długość około 5 cm (rys. 1).

 


1. Wędka Roubaisienne – u dołu z prawej widok ogólny, u dołu pośrodku
hak i amortyzator oraz szczegóły łączenia poszczególnych elementów

 

System roubaisienne pozwalał na stosowanie bardzo delikatnych zestawów. Owocowało to wyśmienitymi wynikami. Liczba wykorzystanych brań zwiększała się czasem nawet kilkunastokrotnie. Miał jednak i wady. Hak i widoczna pod nim guma odstraszały ryby, zwłaszcza większe, w wodzie płytkiej i przezroczystej. Na przykład – przy łowieniu wiosennym, zanim zakwity spowodują jej zmętnienie. Luźno zwisający amortyzator utrudniał precyzyjne prowadzenie zestawu, szczególnie przy wietrze. Zacięcia stawały się leniwe. Mimo odsadzenia punktu umocowania gumy od osi wędziska, przez wygięcie szczytówki w hak, oplątywała się ona często. Ograniczona też była długość amortyzatora. Przy dłuższym niż 25 cm traciło się jakikolwiek kontakt z zestawem.

Od wad tych wolna jest konstrukcja z amortyzatorem wewnętrznym. Od nazwiska twórcy, znanego francuskiego mistrza wędkarskiego, została nazwana szczytówką Tessego. Elementem amortyzującym jest w niej nadal gumka roubaisienne. Jej grubość zależy od średnicy współpracującej żyłki. Oznacza się ją numerami:

nr 1 – do żyłki 0,04
nr 2 – do żyłki 0,06
nr 3 – do żyłki 0,08
nr 4 – do żyłki 0,10
nr 5 – do żyłki 0,12
nr 6 – do żyłki 0,14
nr 7 – do żyłki 0,16
nr 8 – do żyłki 0,18

 

Średnice należy do numerów dostosowywać w granicach rozsądku. Zwłaszcza jeśli rozporządzamy żyłkami o wytrzymałości znacznie odbiegającej od średniej światowej. Trzeba też mieć na uwadze, że niektóre firmy stosują nieco inną numerację.

W szczytówce Tessego gumka jest z jednej strony nawinięta na specjalną szpulę z przepustami w ścianie bocznej, dopasowaną do średnicy szczytówki (rys. 2). Dobierając numer i nawijając mniej lub więcej, czyli nadając mniejszy lub większy naciąg wstępny, można uzyskać amortyzatory o różnej elastyczności. Z drugiej strony guma jest zakończona pętlą. Żyłka może być do niej dołączona albo tylko za pośrednictwem miniaturowej agrafki, albo poprzez odcinek żyłki pośredniej. Rozwiązania te różnią się zasadniczo, jeśli chodzi o sposób działania całości.

 


2. Szczytówka Tessego
a – z amortyzatorem dowolnie wyciąganym, b – z ogranicznikiem wewnętrznym (z chwilą oparcia się koralika
o przelotkę zaczyna pracować szczytówka); wstępny naciąg amortyzatora reguluje się przez
nawijanie odpowiedniego odcinka na wewnętrzną szpulę z przepustami w kołnierzu.

 

W pierwszym (rys. 2a) guma jest wyprowadzona poza szczytówkę. Pętla kończąca znajduje się na zewnątrz i przed wciągnięciem chroni ją specjalny ogranicznik (koralik). Układ ten ma rozliczne zalety. Amortyzator jest schowany. Może przy tym być znacznie dłuższy niż przy zwykłej roubaisienne. Jeśli uwzględnić rozciągliwości gumy, daje to możność wydłużenia się zestawu o kilka metrów. Jednocześnie zaś dzięki wstępnemu naciągowi prowadzenie zestawu, zacinanie i wyciąganie ryb mniejszych odbywa się jak przy wędce zwykłej. Amortyzator wypełza dopiero pod większym obciążeniem.

W rozwiązaniu drugim (rys. 2b) guma pozostaje wewnątrz szczytówki. Na zewnątrz wyprowadzony jest odcinek żyłki pośredniej, zakończony pętlą do mocowania żyłki głównej zestawu i zabezpieczony ogranicznikiem przed wciągnięciem do środka. Dokładnie jak pętla gumy w rozwiązaniu pierwszym. Na tym jednak podobieństwo się kończy. Wewnętrzny bowiem (ten od strony gumy) koniec odcinka żyłki pośredniej też jest zaopatrzony w ogranicznik, który po wyciągnięciu pewnego odcinka żyłki opiera się o wewnętrzną przelotkę. Tak więc amortyzator nie może się rozciągać dowolnie, tylko do określonej granicy. Dalej już ugina się szczytówka.

Układ ten daje mniejsze możliwości, kiedy trzeba rybie pozwolić na dalekie ucieczki. Przynosi za to duże korzyści na łowiskach obfitujących w zaczepy, na których wędka z amortyzatorem długim staje się praktycznie nieprzydatna, bo pożyteczna skądinąd guma uniemożliwia uwolnienie haczyka lub zerwanie przyponu (po to zresztą jest). Ponadto lepiej nadaje się do łowienia na zawodach, których regulamin nakazuje utrzymanie holowanej ryby w granicach stanowiska, a zatem nie można jej pozwalać na dowolnie dalekie odpływanie w bok (od brzegu może odpłynąć tak daleko, jak wędkarz i amortyzator pozwolą).

Oba rozwiązania wymagają specjalnego wykończenia szczytówki. Przede wszystkim bardzo gładka musi być jej powierzchnia wewnętrzna. W przeciwnym razie przy większym ugięciu guma tarłaby o nią silnie, co zniweczyłoby zalety amortyzatora. Jeśli jeszcze dodać precyzyjne przepusty, przelotki wewnętrzne itd., to trudno się dziwić, że cena szczytówki Tessego (samej szczytówki) sięgała kiedyś siedemdziesięciu dolarów – czyli więcej niż kosztowało wówczas średniej klasy sześciometrowe wędzisko teleskopowe.

Zupełnie zadowalające wyniki można uzyskać puszczając amortyzator przy szczytówce, zamiast w niej. Rozwiązanie to jest do zastosowania na każdym wędzisku (rys. 3). Na odcinku 0,6 – 1,2 m od końca montuje się szereg maleńkich przelotek. Im szczytówka miększa, tym ich więcej. Na ogół nie powinno być mniej niż osiem do dziesięć. Sporządzone z gładkiego nierdzewnego drutu o średnicy 0,5 – 0,6 mm, mają postać oczka o średnicy niewiele większej niż średnica gumy – zazwyczaj około 1 mm. Obie stopki są zwrócone w tę samą stronę, by szczytówkę usztywniać na jak najkrótszych odcinkach.

 


3. Amortyzator przy szczytówce
a – szczegóły budowy, b – zasada rozmieszczania przelotek (ich liczbę zmniejszono dla czytelności rysunku).

 

Przy klasycznym zwróceniu stopek, jak w przelotkach wężykowych, sztywna podstawa byłaby dwa razy dłuższa. Rozmieszcza się jak zwykle – odpowiednio do akcji: tym gęściej, im większe ugięcie.

Przez przelotki przeprowadza się okrągłą gumę. Można użyć tej, jaką stosuje się do napędzania modeli latających. Jeden jej koniec mocuje się do pętelki, przytwierdzonej omotką do wędziska poniżej ostatniej przelotki. Drugi zaopatruje się w małą agrafkę z drutu. Służy ona do dołączania żyłki głównej. Opierając się o przelotkę szczytową pozwala też nadać amortyzatorowi wstępny naciąg. Nie musi być duży. Byle nie tworzyły się zwisy gumy między przelotkami i nie pracowała ona przy holowaniu ryb małych, a tym bardziej przy prowadzeniu zestawu.

Tak szczytówka Tessego, jak i niewiele jej ustępujący amortyzator wzdłuż szczytówki znacznie rozszerzyły możliwości holowania ryb na delikatnych zestawach. Jednak też do pewnej granicy. Kolejne jej przesunięcie, czyli ochronę wędki przed zerwaniem przez ryby naprawdę duże, przynosi dopiero zastosowanie tzw. kołowrotka asekuracyjnego. Nie pracuje on ani przy zarzucaniu wędki, ani przy holowaniu lekkich sztuk. Dopóki nie zajdzie konieczność, by zadziałał, ma udawać, że go nie ma. Nie nadaje się więc do tej roli kołowrotek o szpuli stałej. Nawet najmniejszy taki – i masę swoją ma, i wymiary. W dodatku nie naprężona żyłka lubi się z niego zesnuwać sama, nie wiadomo kiedy. Potem splątania i inne przyjemności.

Toteż najlepiej jest użyć prostego i niewielkiego kołowrotka o szpuli obrotowej. Ważne, żeby był lekki choć obudowany, miał przełożenie pozwalające na względnie szybkie nawijanie żyłki i dawał możliwość precyzyjnej regulacji hamulca. Takie wymagania spełnia np. włoski kołowrotek Ritmo. Od biedy można też użyć niektórych wyrobów rzemieślniczych z tworzyw sztucznych, jakie ostatnio pojawiły się na naszym rynku.

Druga sprawa to przepuszczenie żyłki. Na zachodzie i południu, zwłaszcza we Włoszech, rozpowszechniło się rozwiązanie polegające na tym, że biegnie ona środkiem specjalnie przystosowanego wędziska teleskopowego (rys. 4). Jest ono w dolnej części zaopatrzone w przepust z tworzywa przelotkowego Fují. W szerszym końcu każdego segmentu są osadzone przelotki wewnętrzne. Ostatnia – w zakończeniu szczytówki. Powierzchnia wewnętrzna odznacza się wysoką gładkością, podobnie jak w szczytówce Tessego.

 


4. Wędka z kołowrotkiem asekuracyjnym
a – z przelotkami wewnętrznymi, b – z zewnętrznymi; dzięki małym rozmiarom można je rozmieszczać
zgodnie z wymogami pracy wędziska (korzystne ugięcie wędki górnej), a nie tylko na końcach
segmentów, jak w klasycznym teleskopie (niewłaściwe ugięcie wędki dolnej).

 

I znów: w naszych warunkach to kosztowne rozwiązanie można z powodzeniem zastąpić przelotkami zewnętrznymi. Muszą one jednak być szczególnego rodzaju. Żyłkę powinny utrzymywać możliwie blisko wędziska; niech i ona udaje, że jej nie ma. Dalej – konieczne jest, by można je było na wędzisku rozłożyć zgodnie z wymogami dobrej pracy, a nie tylko na końcach segmentów, jak w normalnych konstrukcjach teleskopowych. Wymogi takie spełniają przelotki w kształcie kabłąków prawie przylegających do ścianek lub maleńkich pierścieni, takich jak do amortyzatora przy szczytówce. Nie przeszkadzają one w składaniu wędziska, są lekkie.

Na linkę główną z powodzeniem wystarcza żyłka 0, 15, a nawet 0, 12. W praktyce zawodniczej używa się częstokroć jeszcze cieńszej. Chodzi bowiem o wykorzystanie wszystkich możliwości, jakie oferuje łowisko. Zakładanie grubszej mija się z celem, zwłaszcza jeśli stosuje się amortyzator lub kołowrotek asekuracyjny. Do wyjątków należy łowienie w porośniętych oczkach, gdzie lubią przebywać np. liny. Można wtedy użyć żyłki grubej, nawet 0,20. Nie tyle chodzi o wielkość ryb, co o konieczność niedopuszczenia do ich ucieczki w gąszcz.

Przypon
, jak zawsze, cieńszy od żyłki głównej: o 0,02 w wypadku średnic małych, do 0,05 – w wypadku dużych.
Rodzaj
spławika dobiera się do warunków łowienia, zgodnie z zasadami. Wielkość natomiast – do obciążenia. Obciążenie odgrywa rolę zasadniczą. Musi spełnić wiele wymagań, często wzajemnie się wykluczających. Ma ułatwić zarzucenie wędki, ale uderzać w wodę możliwie cicho. Dostarczyć szybko przynętę w odpowiednie miejsce łowiska – ale nie tłumić sygnałów brania. Szczególnie skomplikowana jest jego funkcja w wodzie bieżącej. Zatrzymajmy się na tym dłużej.

Otóż w nurcie szybkość przemieszczania poszczególnych warstw wody nigdy nie jest jednakowa. Najwolniej płynie ona przy powierzchni i przy dnie. Rozkład prędkości został na rys. 5 pokazany dla przypadku prostego i pospolitego: głębokość umiarkowana (ok. 2 m), prąd średnio szybki i równomierny. Odpowiada to licznym łowiskom w uregulowanych rzekach nizinnych. Długość strzałek odpowiada drodze, jaką cząsteczki wody, znajdujące się początkowo w jednej linii pionowej, przemierzają w jednakowym czasie. Jak widać, najdalej przemieści się (najdłuższa strzałka) warstwa o jedną trzecią głębokości oddalona od powierzchni. Tam prędkość wody jest największa.

 


5. Zestaw na nurt równomierny
a – prędkość (symbolizowana długością strzałki) w poszczególnych warstwach i odpowiadające
temu rozkładowi ułożenie się żyłki nie obciążonej, b – zestaw po obciążeniu, c – pierwsza faza
brania, ryba wyczuwa tylko ciężarek “sygnalizacyjny”.

 

Z szybkością poszczególnych warstw poruszałaby się, byłaby unoszona, żyłka swobodnie opuszczona. Początkowo nawet wyprostowana pionowo, po jakimś czasie ułożyłaby się wzdłuż linii łączącej końce strzałek. Największe wybrzuszenie wypadłoby na ową jedną trzecią od powierzchni, gdzie prędkość jest największa. Haczyk z przynętą wlókłby się za zestawem. Taki układ nie sprzyja braniu. Jeśli już ono nastąpi, luz żyłki opóźni przekazanie sygnału na spławik; nim on drgnie, ryba może się zorientować, że padła ofiarą podstępu, i wypluć haczyk. Łowiący nawet nie spostrzeże, że przynęta została pochwycona. Powiedzmy jednak, że dostrzeże i natychmiast zatnie. Luz żyłki opóźni z kolei przekazanie ruchu wędziska na haczyk, a więc kolejna szansa dla ryby; jeszcze chwila na pozbycie się zdradzieckiego kąska. Trzeba doprawdy bardzo łapczywej i marudnej sztuki, żeby w tych warunkach dała się złowić.

Jaka na to rada? Najprościej byłoby obciążyć dół żyłki. Na tyle mocno, by ją naprężyć, wybrać cały luz. Wtedy jednak trzeba też dać odpowiednio wyporny spławik. Zestaw staje się bezwładny, trudny do poruszenia. Ryba odczuje duży opór. Sygnał brania i zacięcie będą opóźnione. Znów niedobrze. Choć zatem w niektórych sytuacjach (duża głębokość, silny nurt) takie rozwiązanie bywa nieuniknione, spróbujmy poradzić sobie inaczej.

Zauważmy, że w naszym przykładzie największe wybrzuszenie jest oddalone od dna, a więc i od ryby. Dla jego usunięcia wystarczy ciężarek mniejszy niż do wyprostowania całości na raz, umieszczony w połowie głębokości. Dolna część żyłki podda się już ciężarkowi całkiem małemu. Zadawalający efekt uzyskujemy więc kosztem mniejszym, jeśli idzie o masę i bezwładność zestawu. Ponadto na część najbardziej wyczuwaną przez rybę przypada niewielki ułamek obciążenia. Można go zmniejszyć jeszcze bardziej. Podzielmy jeden ciężarek na cztery drobniutkie i trzy z nich podsuńmy nieco do góry, czwarty zbliżmy do haczyka (rys. 5). W początkowym momencie brania ryba wyczuje – i poruszy – tylko ten. Wystarczy, żeby branie zasygnalizować (stąd nazwa ciężarka – sygnalizacyjny); za mało, by ją spłoszyć. Zanim wyczuje trzy wyższe, zdążamy zaciąć – i to skutecznie, bo żyłka jest prosta. Można powiedzieć, że odległość, na jaką rozsuwamy dolne ciężarki, daje czas rybie i nam.

Podzielenie obciążenia na duże, skupione wyżej, i małe, rozmieszczone u dołu zestawu, dodatkowo uniezależnia nas w znacznym stopniu od nierówności dna. Wcześniej wspomniany układ na wody głębokie i silny nurt (jeden duży ciężarek przy haczyku) nadaje się tylko na łowiska o dnie równym. Przy innym zatrzymywałby się o występy, sygnalizując brania których nie ma (fałszywe). W skrajnych wypadkach dochodziłoby do wkleszczania ołowiu.

Dla porządku trzeba jeszcze zastrzec, że mówiąc o wyprostowaniu zestawu nie mamy na myśli prostoliniowości geometrycznej. Ani ona możliwa, ani potrzebna. Chodzi o wybranie luzu na tyle, by nie przeszkadzał w czytelnym sygnalizowaniu brań, potem zaś – w natychmiastowym zacinaniu. A wszystko to w granicach rozsądku, wyznaczonych nieuniknionym czasem reakcji: najpierw nerwowej, potem motorycznej wędkarza, opóźnieniem wynikłym z odkształcania wędziska i żyłki, oporu ośrodka itd. Nie konstruujemy wszak teoretycznego modelu fizyczno-psychiczno-biologicznego, tylko szukamy rozwiązań przydatnych w praktyce.

Dla niej zaś istotne jest, jakie obciążenia wybierać dla poszczególnych rodzajów łowisk. Kilka przykładów pokazano na rys. 6. Konkretnego doboru wielkości, proporcji i rozmieszczenia dokonuje się nad wodą, częstokroć w trakcie łowienia. Dopiero bowiem jego wyniki udzielają ostatecznej odpowiedzi, czy obciążenie jest poprawne. Umiejętność jej rozszyfrowania przychodzi z doświadczeniem. Czasem wyraźną poprawę wyników uzyskuje się przez przesunięcie jednej śruciny o kilka centymetrów, kiedy indziej musimy cały zestaw zmienić na cięższy lub lżejszy; choć to świadczy już o jawnie błędnym wstępnym rozeznaniu łowiska.

Ilustrację, jak wiele czynników trzeba brać pod uwagę, może stanowić przypadek niezamierzonego opadu. Po okresie dobrych brań sporych ryb na dużej głębokości nagle stwierdzamy, że przynętę zaczynają przechwytywać drobne rybki natychmiast po jej opadnięciu na wodę. Mamy więc do czynienia z sytuacją, jaką świadomie się prowokuje łowiąc właśnie z opadu. Przesunięcie obciążenia, skupienie go w dolnej części, sprawi, że nie tylko powrócą brania głębokie, ale także wyraźnie zwiększy się szybkość łowienia. Po prostu teraz obciążenie sprowadza przynętę w miejsce żerowania ryb pożądanych znacznie szybciej. Nie nadąża z jej przechwytywaniem drobnica.

 


6. Przykłady obciążeń; na wody bieżące
a – głęboko, nurt silny, dno równe, b – nurt średni, c – nurt średni, duża głębokość, d – płytko, nurt szybki, e – średni, f – powolny; na wody stojące, g – obciążenie podstawowe, przy głębokości średniej, h,i – do łowienia z opadu bez ciężarka sygnalizacyjnego, j – na dużą głębokość (skupienie styli można zastąpić łezką).

 

Przy okazji zaś przekonujemy się, że przed napłynięciem jej ławicy nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwości łowiska; obciążając ponad potrzebę delikatnie, straciliśmy na tempie. Kiedy indziej jednak właśnie wydelikacenie obciążenia może sprowadzić brania, których przedtem nie mogliśmy się doczekać.

Na tym nie koniec. Zamiast styli można przecież założyć śruciny, łezkę zastąpić kilkoma ciężarkami skupionymi w jednym miejscu. Trzeba też uwzględniać warunki nad wodą. Obciążenie na wody płytkie i nurt wolny (rys. 6f) ma tę zaletę, że pada na powierzchnię cicho. Ma jednak i wadę. Trudno je zarzucać daleko i pod wiatr. Toteż w takich warunkach lepiej je odwrócić. Największe skupisko styli dać od strony haczyka, im dalej zaś od niego, tym mniejsze. Zestaw będzie głośniejszy, bardziej wyczuwalny dla ryby. Ale przynajmniej da się nim łowić, podczas gdy tym lepszym – nie bardzo.

Znacznie prościej przedstawiają się zasady obciążenia na wody stojące. Podstawowy układ to kilka (do kilkunastu) styli lub – gorzej – śrucin, rozłożonych równomiernie na znacznej części zestawu. Na jakiej – to już zależy od tego, czy chcemy wykorzystać całą wysokość łowiska, czy tylko jej część.

W tym pierwszym wypadku stosujemy łowienie z opadu. Przynęta ma tonąć powoli, by mogły ją pochwycić ryby żerujące wyżej. Należałoby więc pozostawić wolny od obciążenia dolny odcinek zestawu, o długości równej połowie wysokości strefy, w której oczekujemy brań (rys. 6h). Układ ten oprócz niewątpliwych zalet ma i wadę. Może się mianowicie zdarzyć, że ryba z haczykiem w pyszczku odtańczy oberka wokół zestawu, a dopóki nie oddali się poza długość wolnego odcinka żyłki, łowiący nie będzie miał pojęcia o braniu. Skończy się albo wypluciem przynęty, albo połknięciem do ogona. Obie możliwości mało zachęcające.

Warto zatem mieć na uwadze układ ze śruciną sygnalizacyjną (rys. 6i). Przyśpiesza ona wprawdzie opadanie przynęty, ale także pozwala dostrzec branie; jeśli nie bezpośrednio, to przez opóźnienie przyjęcia przez spławik pozycji właściwej. Normalnie bowiem będzie on stawał na dwa tempa. Pierwsze, z niepełnym zanurzeniem, nastąpi po opadnięciu obciążenia zasadniczego. Drugie, w postaci małego skoku w dół – gdy dobije ciężarek sygnalizacyjny. Jeśli ryba kręci się z haczykiem w pyszczku, to drugie tempo się opóźnia. Znak, że trzeba zacinać.

W drugim wypadku, kiedy interesuje nas tylko część wysokości łowiska, obciążenie rozkłada się z pominięciem górnej, przyspławikowej części zestawu (rys. 6j). Gdy ryby żerują na dużej głębokości, skupia się je, na podobieństwo układu używanego w wodzie bieżącej: kilka styli lub łezka w dolnej części plus ciężarek sygnalizacyjny przy węźle przyponowym. Należy też pamiętać, że w jeziorach ustalają się często prądy spowodowane wiatrem (a czasem i innymi czynnikami). Obciążenie powinno być dostosowane do rzeczywistego, a nie ewidencyjnego charakteru łowiska.

I wreszcie jeszcze jeden czynnik, który należy brać pod uwagę, dobierając obciążenie: gatunek ryb, na które się nastawiamy lub których się spodziewamy. Trzeba uwzględnić ich cechy i zwyczaje (rys. 7).

 


7. Dostosowanie obciążenia do gatunku ryby, zestaw na:
a – leszcza, b – płoć (odległości w centymetrach).

 

I tak np. leszcz lubi przynętę poruszającą się wolniej niż nurt. W jego wypadku nie szkodzi, a może nawet pomóc, jeśli będzie się ona wlekła. Toteż niezależnie od tego, co nam wyjdzie z rachunku łowisko plus pogoda, warto obciążenie tak rozłożyć, by przynajmniej jedna śrucina ciągnęła się po dnie, orała je, przytrzymywała przynętę. Co więcej: leszcz bierze zazwyczaj zdecydowanie. Nawet jeśli poczuje haczyk, i tak zdążamy go zaciąć; nie wypluje. Zestaw może być leniwy. Śrucina sygnalizacyjna powinna się znajdować 30 – 40 cm od haczyka. To wydłużenie czasu sygnalizacji jest nawet pożądane. Celowo spowalniamy ją, by zaoszczędzić sobie pustych zacięć spowodowanych czynnikami przypadkowymi.

Przeciwnie płoć. Jej przynęta powinna zdecydowanie przesuwać się tuż nad dnem. Nie dotykać go. Siłą rzeczy więc i żaden element zestawu nie może sięgać dna. Nie ma zatem potrzeby dodatkowego rozkładania obciążenia. Będzie narastało czy pozostawało skupione – zależy od warunków. Blisko haczyka natomiast powinna znajdować się śrucina sygnalizacyjna. Od pochwycenia przynęty do sygnalizowania tego na spławiku powinien upłynąć czas jak najkrótszy. Jeśli jest zbyt długi (albo jeśli sam moment się przegapi), płoć wyczuwa, że coś jest nie tak, i przynętę wypuszcza, zanim branie w pełni się objawi na spławiku.

Haczyk dobiera się, jak zawsze, przede wszystkim do przynęty. Trzeba jednak do tej zasady podchodzić rozsądnie. Jego wielkość bowiem powinna być zestrojona z grubością przyponu. Ten zaś – z całym zestawem i dalej, z wędziskiem. Często nie pozostaje nic innego, jak elastycznie godzić rodzaj przynęty, wielkość haczyka i średnicę żyłki. W tej metodzie jego numer wyraża się najczęściej liczbą dwucyfrową: od 10 – 12 przy dżdżownicach lub grochu, przez 14 – 16 przy białych robakach, po 18 – 20 (a nawet 22) przy ochotce. Rzadko, ale używa się też większych.

Wobec niewielkich odległości holowania nie, trzeba na ogół posługiwać się haczykami o trzonku krótkim. Można używać wygodniejszych, z długim – chyba że rodzaj przynęty dyktuje coś innego.

Z tego przeglądu elementów sprzętu wynikają od razu pewne wskazówki co do zestawienia całości. Należałoby jeszcze tylko rozpatrzyć kwestię długości zestawu. Nie jest to sprawa błaha.
Najdogodniej operuje się wędką, gdy jest on nieco krótszy od wędziska. Uniósłszy je pionowo marny wtedy haczyk na wysokości mniej więcej chwytu. Czasami stosuje się dłuższy, by powiększyć zasięg łowienia. Tak możliwości jak i korzyści są tu jednak ograniczone.

Różnica długości może sięgać co najwyżej jednego metra, a i to tylko przy wędziskach krótszych, lżejszych. Można je bowiem jedną ręką unieść na tyle, by drugą sięgnąć do haczyka lub by wprowadzić rybę do podbieraka. Przy większej zarzucenie jako tako poprawne graniczyłoby z niepodobieństwem. Przy holowaniu zaś bylibyśmy skazani na chwytanie żyłki ręką. Nawet jeśli szczególnie sprzyjające okoliczności (obfite łowisko, dobre żerowanie) pozwolą na stosowanie zestawu na tyle mocnego, by to przetrzymał, grozi to przecięciem rybiego pyszczka. Szarpnięcia bowiem przestają być amortyzowane elastycznością wędziska.
Trudno zatem coś takiego polecać jako praktykę stałą. Zresztą, mało skuteczne jest samo łowienie w odległości przekraczającej długość wędziska; zwłaszcza w wodzie bieżącej mamy wówczas znikomą lub zgoła żadną możliwość oddziaływania na zestaw.

Wyraźne korzyści daje natomiast skrajne odwrócenie proporcji: użycie zestawu znacznie krótszego od wędziska. Nazywa się to zestawem skróconym. Stosuje zaś tam, gdzie głębokość łowiska, a ściślej: odległość od dna do poziomu, na którym znajduje się łowiący, jest mniejsza od odległości łowienia. Przy zwykłej długości zestawu należałoby w takim wypadku trzymać wędzisko skośnie do góry. Zmniejsza to jego rzeczywisty zasięg (rys. 8), jeśli chcemy łowić pod nim; a to przyjęliśmy jako zasadę. Dalej: wolny odcinek żyłki jest bardzo długi, co utrudnia prowadzenie zestawu i manewrowanie nim w wodzie. Pozostaje on pod dużym wpływem wiatru. Przy zacinaniu znaczny ruch szczytówki powoduje niewielki i opóźniony ruch haczyka.

Użycie zestawu skróconego pozwala uniknąć wszystkich tych niedogodności. Spławik znajduje się wprost pod szczytówką wędziska trzymanego poziomo, a więc wykorzystuje się cały jego zasięg. Wolny odcinek żyłki jest krótki. Ruch zacięcia przenosi się na haczyk całkowicie i bez zwłoki (stąd nazwa styl szybkiej akcji). Pojawia się jednak nowy kłopot. Przy różnicy długości zestawu i wędziska większej niż 2 m niepodobna doprowadzić rybę do brzegu bez unoszenia nad powierzchnię, mowy też nie ma o sięgnięciu do haczyka. Dość komicznie wyglądałby nieborak tańczący wokół takiego masztu i próbujący dosięgnąć trzepoczącej przy nim rybki. Ona zresztą miałaby na ten temat jeszcze inne zdanie.

 


8. Zestaw skrócony
a – porównanie wielkości ruchu szczytówki i haczyka podczas zacinania zestawem zwykłym, b – skróconym, c – typowa proporcja, uniemożliwiająca sięgnięcie do haczyka, d – po odłączeniu dolnej części wędziska kłopot znika.

 

Toteż warunkiem stosowania zestawu skróconego jest zapewnienie możliwości niekłopotliwego skracania wędziska na czas wyjmowania ryby lub zmiany przynęty. W praktyce nadają się do tego wyłącznie wędziska o złączach nasadowych, przynajmniej w części dolnej.

Najbardziej choćby niekłopotliwe skracanie wędziska zawsze jednak skutkuje rozproszeniem uwagi, niemożnością właściwego reagowania na ataki holowanej ryby. Dlatego niezbędne jest zabezpieczenie się przed jej szarpnięciami – za pomocą amortyzatora gumowego lub kołowrotka asekuracyjnego. Ten drugi musi być, rzecz jasna, umocowany u dołu części nie odkładanej.

Korzyści z zestawu skróconego ujawniają się wyłącznie przy braniach skąpych: na ubogim łowisku, w kiepski czas. Przy dobrym żerowaniu nie zawsze jest sens komplikować sobie nim łowienie. Spudłowane branie może się powtórzyć znacznie szybciej, niż zdążylibyśmy ze skróceniem wędziska, wyholowaniem i odhaczeniem ryby, założeniem przynęty, ponownym przedłużeniem i zarzuceniem wędki. Dążenie do pełnego wykorzystania wszystkich brań też powinno mieć swoje granice, wyznaczone zdrowym rozsądkiem.

Rozsądek powinien kierować nami cały czas. Słuszne jest dążenie do stosowania sprzętu możliwie finezyjnego. W naszej spławikówce sensowne obciążenie mieści się zazwyczaj w granicy 0,5 g, co odpowiada np. dziesięciu śrucinom o średnicy 2 mm. Kiedy jednak mamy łowić ośmio czy dziewięciometrowym dyszlem na głębokości tyluż niemal metrów, nie wahajmy się przed obciążeniem nawet większym niż 1 g (i odpowiednio spławik, żyłka itd.). Ale jeśli znów brania okażą się kiepskie, to lepiej mimo wszystko pogodzić się z długim czekaniem na opadnięcie zestawu, niż przez jego nadmierną bezwładność narazić się na utratę ich części. Nie zasadzajmy się z żyłką 0,10 w pobliżu zawad podwodnych, zwłaszcza jeśli oczekiwane ryby nie należą do nazbyt płochliwych. Przykładem mogą być wspomniane liny w porośniętych oczkach. A więc kuty haczyk 8 – 10, przypon 0,16 – 0,18 itd. Ale to już raczej skrajność.

Przeciwstawną skrajność stanowi łowienie ryb drobnych. Powiedzmy – uklei. Pewne zastosowanie ma to i w praktyce amatorskiej. Raczej uboczne. Ot, trochę wprawka, trochę urozmaicenie długotrwałego czatowania na okaz. Może uratowanie honoru, gdy porządne ryby zawiodą, albo zaopatrzenie się w zapas rybek przynętowych. Przede wszystkim jednak ma znaczenie w zawodach. Ich warunki nie zawsze pozwalają na wybór ryb godniejszych. A wygrać trzeba. W tym wypadku często liczy się przede wszystkim tempo łowienia (do kilkuset sztuk na godzinę) i jemu jest podporządkowany dobór sprzętu.

A więc wędziska krótkie (łowi się zwykle blisko brzegu), lekkie i poręczne, z wygodnym chwytem. Dobrze mieć ich komplet, różniących się o kilkadziesiąt centymetrów, by móc się precyzyjnie dostosować do każdej odległości. Zestaw bardzo lekki i długością dobrany co do centymetra – tak by nie zwalniając chwytu ani nie przesuwając dłoni po rękojeści, można było kciukiem i palcem wskazującym chwycić haczyk, gdy wędzisko jest uniesione pionowo.

Przygotowanie łowiska

Kiedy już łowisko wytypowaliśmy (pewne wskazówki co do tego zostały podane w rozdziale Woda i ryby), pierwszą czynnością jest dokładne jego rozpoznanie. Czasami skłoni nas ono zresztą do zmiany wyboru. Podstawowa rzecz to zbadanie głębokości. Jeśli warunki narzucają tylko jeden możliwy punkt łowienia (bo na przykład istnieje w roślinności tylko jedna luka, w którą można wędkę zapuścić), a posiadane informacje o charakterze i głębokości wody pozwalają wybrać zestaw, można odległość do dna zmierzyć metodą kolejnych przybliżeń. Na gotowym do łowienia zestawie przesuwamy spławik dopóty, dopóki jego zachowanie po zarzuceniu nie wskaże, iż najniższa śrucina opiera się o dno. Opuszczamy go wówczas jeszcze o odległość od tej śruciny do haczyka i mamy grunt, przy którym przynęta leży na dnie. Ten sposób ma swoje zalety: jest cichy, nie wzbijamy mułu dennego. Ale też jest żmudny.

Gdy trzeba zbadać znaczy obszar łowiska – a tak bywa najczęściej – takie wielokrotne przymierzanie byłoby pozbawione sensu. W takich razach używamy sond, czyli gruntomierzy. Na wody stojące wystarczą niewielkie. Choćby spora śrucina zaciśnięta na haczyku. W bieżących konieczne są większe. Takie, by możliwie nie poddawały się działaniu prądu. Nie można też jednak z ich wielkością przesadzać. Raz, że łatwo nadwyrężyć delikatną szczytówkę, dwa – że trzeba nimi operować na znacznej czasem odległości; zostawmy siły na łowienie.

 


9. Gruntowanie łowiska
a – kolejne położenia spławika dopóty odwzorowują kształt dna, dopóki nie schowa się on pod wodą,
b – postępowanie przy łowieniu poza zasięgiem wędziska.

 

Za punkt odniesienia służy najgłębsze miejsce łowiska. Ustawiamy spławik na takiej wysokości, by był widoczny (a więc znajdował się na powierzchni lub tuż pod nią) przy sondzie tam położonej. To, że oparła się ona o dno, czujemy na ogół wyraźnie. Nie trzeba czekać aż całkiem się wyprostuje ugięta pod jej ciężarem szczytówka. Odległość spławika od lustra wody w kolejnych punktach opuszczenia gruntomierzy daje nam pogląd o wyniesieniu dna ponad to miejsce najniższe (rys. 9). Możemy też wykryć miejsce jeszcze głębsze niż przyjęte za punkt odniesienia. Nie ma rady, trzeba wtedy spławik podsunąć o ile trzeba w górę i zacząć wszystko od nowa.

Bywa – choć w zasadzie tego unikamy – że zamierzamy łowić na spław, czyli nieco poza zasięgiem wędziska, puszczając zestaw swobodnie. Sondujemy wówczas trzymając wędzisko za koniec na wyciągniętej ręce. Do łowienia cofniemy je i chwycimy pewnie, w sposób nie męczący, różnicę zaś odległości wyrówna lekki skos wolnego (nadwodnego) odcinka żyłki (rys. 9).

Nie warto korzystać ze specjalnych spławików do gruntowania. Są zaopatrzone w dwa oczka ustawione tak, aby przy żyłce luźnej żyłka przesuwała się przez nie swobodnie, aż do oparcia sondy o dno. Po naprężeniu (przy wyjmowaniu z wody) zaciska się, utrzymując spławik na wymierzonej głębokości. Wystarczy teraz ustalić go na żyłce za pomocą opaski plastikowej – i łowić. Ani spławik jednak dobry, z powodu choćby konstrukcji oczek, ani pomiar dokładny tam gdzie w miarę wygodny (poza zasięgiem wędziska), ani wygodny tam gdzie w miarę dokładny (w zasięgu wędziska).

Niecałe łowisko trzeba zawsze sprawdzać z jednakowym nakładem pracy. W rzekach, na przykład, dobrze jest najpierw przeprowadzić serię pomiarów w poprzek nurtu. Uzyskujemy pogląd na kształt naszego odcinka koryta. Teraz wybieramy co bardziej obiecujące odległości i na nich sondujemy pasami wzdłuż brzegu. Mogą to być na przykład dwie odległości: najbliżej, gdzie jeszcze można oczekiwać porządnych brań, i najdalej, gdzie jeszcze da się łowić. Może ich być więcej, zasada może być inna. Gdy jeden zawiedzie lub gdy ryby zmienią miejsce żerowania, bez zwłoki i kolejnej mitręgi przerzucimy się na inny pas łowienia. By jednak móc tak czynić, odległość między nimi nie może być mniejsza niż dwa, trzy metry. Przy większym zbliżeniu będą sobie nawzajem przeszkadzały. Chyba że oddzielają je wyraźne półki lub podobne przegrody.

Wyniki pomiarów wskażą miejsca, na które trzeba szczególnie zwrócić uwagę: dołki, wybrzuszenia, przeszkody denne, uskoki. Jedne uznamy ze szczególnie korzystne, gdyż będziemy mogli oczekiwać w nich większego skupienia ryb. Innych postaramy się unikać, bo należy liczyć się ze złośliwymi zaczepami albo staczaniem się zanęty poza pole łowienia lub jej ginięciem: w mule, roślinności. O charakterze dna poinformuje nas zachowanie sondy, często też jej wygląd po wyjęciu z wody.

Ogólne rozpoznanie można przeprowadzić z pewnym przybliżeniem. Głębokość miejsca łowienia trzeba ustalić z dokładnością dużą, nierzadko do centymetrów. Rychło się przekonamy, że nie ma w tym przesady, choć nie zawsze będziemy grunt ustawiać jako dokładnie równy głębokości.

Sama kultura obcowania z przyrodą – pomijając już nawet różne względy praktyczne – nakazuje, by w żaden sposób nie naruszać naturalnego ukształtowania łowiska. Jeśli więc pominąć mało dla naszego stylu wędkowania przydatne zabiegi w rodzaju utwardzania kawałka dna, jako zasadniczy element przygotowania łowiska pozostaje nęcenie. Musimy przy tym rozróżnić dwa jego rodzaje, odmienne zarówno co do zasady, jak i co do wykonania. Pierwszy to kilku lub nawet kilkunastodniowe przyzwyczajanie ryb do przynęty.

Na takie systematyczne nęcenie większość wędkarzy – przynajmniej miejskich – może sobie pozwolić wyłącznie podczas urlopu. Znacznie powszechniejsze zastosowanie ma drugi rodzaj nęcenia: bezpośrednio przed łowieniem; ten przyjmiemy jako zasadniczy. Skład zanęt, ich przygotowanie i stosowanie zostały szerzej opisane w rozdziale im poświęconym. Tu poprzestanę na kilku wskazówkach praktycznych, dotyczących samej czynności.

Nęcić będziemy z zasady punktowo, czyli układając kolejne porcje zanęty w tym samym miejscu. Najlepiej, jeśli trafimy na takie, w którym ryby gromadzą się naturalną koleją rzeczy. Jeśli takich na łowisku nie wykryliśmy, kładziemy tak, by wygodnie łowić. W wodach bieżących – nieco poniżej punktu znajdującego się naprzeciw stanowiska.

Tylko po dojściu do dużej wprawy (a i to nie zawsze) można polegać na zwykłym zapamiętaniu miejsca, w które zarzuciliśmy zanętę. Najlepiej więc rzucać przy wędzisku, opartym lub trzymanym tak, by szczytówka prawie dotykała wody (rys. 10). Tak samo będziemy ją trzymać przy zadawaniu kolejnych porcji. Ona też wskaże potem miejsce, w którym umieścić zestaw.

 


10. Zapamiętywanie punktu nęcenia

 

W wodzie stojącej najlepiej znaleźć jakiś punkt odniesienia na drugim brzegu albo inny charakterystyczny i stały szczegół. W jego stronę będziemy kierować wędzisko przy zarzucaniu kolejnych porcji.

Inaczej mogą się one rozłożyć wachlarzowato, co prowadzi do rozproszenia ryb. W wodzie bieżącej jest to mniej ważne niż stała odległość zarzucania. Trafiając bowiem raz bliżej raz dalej uzyskujemy szeroką smugę zanęty, czyli rozproszenie ryb w poprzek łowiska. Utrzymując tę samą odległość lecz różny kierunek pozostaniemy przy smudze wąskiej, rozciągniętej tylko wzdłuż nurtu. Z dwojga złego to już lepsze. Co jeszcze ważne: mniejszym błędem jest nęcenie zbyt blisko, niż znikome nawet przerzucenie odległości łowienia.

W trakcie przygotowań układamy zanętę porcjami sporymi. Zazwyczaj przyjmuje się, że wielkości pięści. Ale nie większymi. Do niedawna jeszcze zalecane kule wielkości głowy kapusty to zdecydowanie przesada. I hałasu ogromnie dużo, i karmienie zbyt obfite, i znoszenie z nurtem większe; pod jego działaniem taka olbrzymia kula może się potoczyć daleko poza obszar osiągalny wędką. Nie tylko tu stracone, ale jeszcze ryby odprowadzi. Potem porcje zanęty jeszcze zmniejszamy, ale to już element samego łowienia.

Tymczasem zaś poświęćmy nieco uwagi czemuś, co w pewien sposób łączy się z przygotowaniem łowiska: zorganizowaniu stanowiska wędkarskiego. Podstawową zasadę i w tym wypadku stanowi dostosowanie się do tego, co jest. Nie wolno wycinać darni, przekładać kamieni z umocnienia brzegu, wycinać gałęzi czy w jakikolwiek inny sposób niszczyć roślin.

Z wielu powodów warto zadbać o pewne miejsce do siedzenia. Mniej jesteśmy w tej pozycji widzialni i słyszalni. Mniej się też męczymy. Pewniej trzyma się wędzisko i prowadzi zestaw. Właśnie po to, by się uniezależnić od szczęśliwych przypadków w rodzaju pieńka czy płaskiego kamienia, dobrze jest zaopatrzyć się w kosz wędkarski. Do jego ustawienia na pochyłym brzegu przyda się z kolei podest. Szczegóły – w rozdziale o sprzęcie.

Trzeba się starannie upewnić, czy nad i za nami pozostaje wystarczająco dużo miejsca. Czasem na wszelki wypadek warto wszelkie manewry wędziskiem przeprowadzić na pusto. Bywa, że ukształtowanie brzegu zmusza do wyboru jednej, a zaniechania innej techniki wędkowania. Na przykład – gdy za plecami brakuje przestrzeni do cofnięcia wędziska z zestawem skróconym.

Ważne jest przemyślane rozmieszczenie pojemnika z zanętą, pudełek z przynętą, siatki na ryby. Powinna być możliwość sięgania do nich bez wstawania. Pamiętajmy, że wszelkie tupania, uderzenia twardym przedmiotem o brzeg itp. działają na ryby wybitnie płosząco. Jeden z wysokiej klasy zawodników francuskich tym się wręcz wsławił, że przez trzy godziny zawodów łowił na stojąco ani na chwilę nie odrywając stóp od ziemi. Może to i nie najrozsądniejsze zwłaszcza w odniesieniu do uklei, nie należących przecież do ryb nadzwyczaj płochliwych. Niemniej stanowi ilustrację znaczenia tej ciszy. Trudno mieć w zasięgu ręki wszystko. Trzeba więc starannie rozdzielić rzeczy, do których przyjdzie sięgać stale, od tych, które można odłożyć dalej.

Łowienie

Zarzucanie nawet tradycyjnego, ciężkiego zestawu spławikowego przysparza kłopotów. Zwłaszcza jeśli wieje w twarz, a przy tym łowiącemu zależy na czymś więcej niż na trafieniu przynętą w jezioro. Jeszcze większą sztuką staje się to przy zestawach współczesnych, lekkich.

Gdzie to tylko możliwe, staramy się zresztą nie zarzucać, tylko wkładać zestaw do wody. I przynęta bezpieczniejsza i hałasu nie ma. Tak po prostu jest to jednak możliwe raczej przy używaniu zestawu skróconego i w sprzyjających warunkach atmosferycznych. Jeśli one nie dopiszą (np. wieje niekorzystny wiatr) trzeba zarzucać. Chwytamy w tym celu wędzisko jednorącz lub oburącz, zależnie od jego wielkości. W tym drugim wypadku trzeba je od razu ująć tak, jak będzie trzymane podczas łowienia. Późniejsze poprawianie chwytu, kiedy zestaw już w wodzie, zakłóca poprawny tok prowadzenia wędki.

Dopóki nie nabierzemy wprawy, lepiej zarzucać na dwa tempa. W pierwszym odchylamy wędzisko za siebie i upewniwszy się, że zestaw zwisa spokojnie, energicznie je przenosimy przed siebie. Energicznie, lecz bez szarpnięcia. W wypadku zresztą wędziska długiego, powyżej 7 m, skończyłoby się jego pęknięciem. Dobre wyniki daje czasem stałe przyśpieszenie ruchu. Gdyby z boku wykonać serię zdjęć stroboskopowych, czyli robionych na jednej kliszy w stałych odstępach co ułamek sekundy, to odległości między kolejnymi położeniami powinny stale wzrastać (rys. 11). Zatrzymujemy wędzisko w mniej więcej jednej trzeciej kąta od poziomu do pionu. Ujmując to w często używanej terminologii tarczy zegara, rzucamy od godziny 1 do 11.

Po nabraniu wprawy robimy to już bez wyczekiwania. Najpierw płynny wymach do tyłu (godzina 1); zestaw przy tym odchyla się jeszcze dalej. Gdy ma już pełne wychylenie – płynnie, bez użycia siły przenosimy wędzisko do przodu (godzina 11).

 


11. Zarzucanie wędki – położenia wędziska w jednakowych odstępach czasu
(linią przerywaną zaznaczona pozycja łowienia).

 

Przytrzymanie go w tej pozycji ma znaczenie dla opadania zestawu na wodę – ciche i we właściwej kolejności: najpierw przynęta, potem obciążenie, na końcu spławik. Nie można też jednak zatrzymać go na zbyt długo, bo skrócimy rzut. Żeby tego dopilnować trzeba od momentu, gdy zestaw znajdzie się w polu widzenia, uchwycić go wzrokiem i już nie spuszczać z oka.

Na taki rzut, znad głowy, nie zawsze mamy wystarczająco dużo miejsca za lub nad sobą. Wtedy uciekamy się do rzutów bocznego i spod wędki. Wędzisko trzymamy poziomo, jedną ręką. Jeśli jest zbyt długie i ciężkie na chwyt zwykły, dolnik bierzemy pod pachę. Drugą ręką ujmujemy żyłkę w pobliżu węzła przyponowego. Wykonujemy wymach w bok lub w górę, puszczając zestaw w odpowiednim momencie. Żadnego naprężenia; przy katapultowaniu, nawet jeśli je przetrzyma przynęta, cały zestaw znajdzie się od razu na spławiku. Warunki wybitnie niesprzyjające mogą nas zmusić do zmiany zestawu na cięższy niż by to wynikało z charakteru łowiska. Właściwego po prostu nie uda się zarzucić.

Przy łowieniu w nurcie (przepływanka) celujemy zestawem tak, aby opadł nieco powyżej miejsca położenia zanęty. Dzięki temu dotrze do dna także tuż powyżej kul. Nie za dużo! Odcinek przed zanętą jest przeważnie dla łowienia stracony. Od opadnięcia zestawu na wodę do przyjęcia przez spławik właściwej pozycji mija pewien czas. Trzeba go zapamiętać. Skrócenie go albo przedłużenie świadczy bowiem, że już w locie nastąpiło branie. Oczywiście, wniosek ten jest słuszny tylko przy poprawnym zarzuceniu wędki. Przy błędnym – z zestawem mogło stać się wiele rzeczy, powodujących nietypowe zachowanie spławika.

Łowimy tylko czynnie. Żadnego odkładania wędziska i oczekiwania na branie. Jeśli używamy podpórek, to na czas dorabiania zanęty, albo dla oznaczenia miejsca jej zarzucania itd. Trzymanie przy tym zestawu w wodzie nie ma sensu. Zresztą, nieliczne tylko ryby chętniej biorą przynętę nieruchomą. Rzadko je łowimy klasyczną metodą spławikową.

Tak więc wędkę trzymamy cały czas w ręku. W wodzie stojącej co jakiś czas lekko ją podrywamy. Można też przynętę podciągać do siebie małymi skokami. Kiedy już wyjdzie poza pole zanęcone, zarzucamy wędkę ponownie, sprawdziwszy stan przynęty. Szczególnie często powtarzamy ten cykl przy łowieniu z opadu. Każde zarzucenie oznacza bowiem przeszukanie przynętą różnych głębokości.

W wodzie bieżącej zestaw musi się przemieszczać z prądem wody. Albo pozwalamy mu spływać tak daleko, jak wędzisko pozwala, albo wyciągamy po przepłynięciu metra czy dwóch – jeśli mamy podstawy sądzić, że zanęta działa na odcinku krótkim i na dalsze pływanie szkoda czasu.

Są dni, kiedy ryby chętniej chwytają przynętę biernie spływającą z prądem wody. Puszczamy wówczas zestaw swobodnie (łowimy na spław). Jedynym zadaniem łowiącego jest podążanie szczytówką za spławikiem tak, by w każdej chwili można było natychmiast zaciąć. Częściej jednak do brań prowokują ruchy przynęty: unoszenie się, opadanie, przyśpieszanie, zwalnianie. Podstawowym sposobem uzyskiwania takiego jej zachowania jest stałe przytrzymywanie zestawu. Przynosi ono jeszcze inne korzyści. Dzięki niemu utrzymujemy stały, najściślejszy możliwie kontakt z przynętą. Przez cały czas poprzedza ona pozostałe elementy wędki – bo najsłabiej jest hamowana, a nurt popycha. Przy mocniejszym przytrzymaniu wręcz unosi ją do góry. Można w ten sposób pokonywać wybrzuszenia, jakieś przeszkody. Dalej: skośne ułożenie zestawu pozwala na jego przegruntowanie; odległość haczyka od spławika przekracza głębokość łowiska, a przynęta unosi się nad dnem. Możemy ją jednak wpuścić do ewentualnego dołka na trasie. Wystarczy zmniejszyć przy nim hamowanie zestawu. Ruch przynęty w górę można też uzyskać unosząc cały zestaw na wędzisku. Jest to jednak trudniejsze do precyzyjnego wykonania i na ogół mało skuteczne.

Trudność dokładnego operowania zestawem wzrasta, gdy zwiększa się długość wędziska. Niewielki bowiem ruch przy dolniku daje wtedy spory ruch szczytówki. Łatwo też doprowadzić do jej roztańczenia, a stąd już do niekontrolowanych podrygów spławika, oplątywania żyłki wokół wędziska i podobnych przyjemności tylko krok. To zresztą tłumaczy, dlaczego tak ważne jest dobre siedzisko, przy łowieniu zaś z łódki nie należy używać wędzisk dłuższych niż 4-5 m. W zasadzie do każdego wędziska trzeba się przyzwyczajać. Im ono dłuższe, tym dłuższy potrzebny trening.

Prowadząc przynętę przy dnie trudno czasami uniknąć zaczepów, zwłaszcza że miejsca zaczepowe bywają zarazem rybodajne i szczególnie warto je penetrować przynętą. Pierwsza próba uwolnienia zestawu powinna polegać na pociągnięciu pod prąd – ostrożnym, by nie uszkodzić szczytówki. Jeśli rzecz polegała na zakleszczeniu haczyka czy ciężarka, może to wystarczyć. Jeśli nie, to trzeba wędzisko cofnąć za siebie i starać się ciągnąć wprost za żyłkę. Dzięki temu nie tylko nie narażamy szczytówki, ale także powodujemy zatopienie spławika (rys. 12). Przy gwałtownym puszczeniu jego opór w wodzie zapobiegnie wystrzeleniu zestawu w powietrze, co prowadzi także do utraty zestawu, tylko w inny sposób – przez dokładne i skuteczne jego splątanie. Jeśli nie daje się do żyłki sięgnąć, pozostaje pociągać za wędzisko. Wszystko wtedy zależy od solidności zamocowania do niego żyłki głównej.

 

 

12. Uwalnianie od zaczepu; jeśli się nie daje przez delikatne pociąganie wędziskiem, to ująć żyłkę ręką

 

Najrozpaczliwiej przedstawia się sytuacja, kiedy do żyłki nie można sięgnąć, a wędzisko jest zaopatrzone w dobry amortyzator. Pozostaje wtedy podszarpywać z wyczuciem i czule wspominać Tessego (to ten od szczytówki z amortyzatorem wewnętrznym).

Niezależnie od tego czy dno jest zaczepowe czy nie, od niego przeważnie łowienie zaczynamy. Ale nie musimy się go trzymać niewolniczo. Zmiana gruntu o kilka centymetrów owocuje czasem wyraźnym zwiększeniem brań. Znacznie większa bywa przy tym różnica między puszczaniem przynęty przy samym dnie a tuż nad nim, niż między kilkoma więcej czy mniej centymetrami od niego. Jeśli nieznaczne oderwanie od dna nie daje wyników, trzeba przejść w całkiem inną strefę łowienia – w pół wody, pod powierzchnią. Wtedy także trzeba zazwyczaj zmienić rodzaj nęcenia.

Cały czas bowiem podczas przepuszczania zestawu – lub manewrowania nim w wodzie stojącej – donęcamy małymi porcjami. W zasadzie nie powinny one być większe niż orzech włoski, a tym mniejsze, im woda płytsza i spokojniejsza. Chodzi o to, by zanęta nie płoszyła ryb, zanim jeszcze zacznie się jej działanie wabiące.

Dorzucamy w miarę potrzeby, a nie mechanicznie, w jakichś ustalonych odstępach czasu. Inna rzecz, że te odstępy częstokroć bywają jednakowe. Ale to jest skutek, a nie punkt wyjścia. Miarą potrzeby może być zmniejszenie częstotliwości brań. W wodach bieżących – także ich przesuwanie się w dół pola łowienia. Oznacza to, że zanęta nie skupia już ryb w miejscu, rozpływają się one po łowisku. Donęcać powinno się po zacięciu, zwłaszcza sztuki większej. Wpływ świeżej porcji środka wabiącego powinien przeważyć nad popłochem, wznieconym przez broniącą się rybę. Skuteczne stosowanie tego nęcenia odcinającego wymaga podzielności uwagi oraz opanowania umiejętności niezależnego wykonywania każdą ręką czynności tak różnych, jak holowanie zdobyczy i celne rzucanie zanęty. Tu też się ujawniają zalety amortyzatora gumowego.
Gdzie warunki na to pozwalają, warto niewielką kulę zanęty położyć w wodzie niedaleko brzegu, tak by można ją było obserwować. Kiedy ulegnie całkowitemu rozmyciu, znak to, że i w miejscu łowienia trzeba zanętę uzupełnić. Nie zawsze jednak zachowanie próbki odpowiada zachowaniu części zasadniczej.

Zacięcie, holowanie

Odczytywanie brań i wybór właściwego momentu zacięcia to nadal jedna z najtrudniejszych umiejętności wędkarskich. W jej opanowaniu miały pomagać uproszczone formułki, jak to bierze ta czy inna ryba i w którym momencie zacinać. Z reguły miało to następować po całkowitym zatopieniu lub wyłożeniu spławika (tzw. brania pełne). Odnosiłbym się do tych reguł z ograniczonym zaufaniem. Istotnie, wiele gatunków ma swoisty sposób pobierania pokarmu. Ale liczą się jeszcze miejsce, pora, natężenie żerowania, rodzaj przynęty i sposób jej podania.

Zachowanie spławika zależy z kolei od jego kształtu i wyważenia, a także od charakteru zestawu. Inaczej reagowały dawne, na ogół ciężkie i nie doważone, inaczej sprawują się delikatne i dobrze wyważone. Na tych każde dotknięcie przynęty przez rybę ujawnia się w postaci przynajmniej drgnięcia antenki. Co wcale nie znaczy, że na każde trzeba zacinać. Zależy to głównie od charakteru przynęty. Przy cieście na przykład powinniśmy to robić natychmiast, przy dżdżownicy – w żadnym razie nie reagujemy na pierwszy ruch. Niemniej rzadko też czekamy na pełne branie, które zazwyczaj bywa już ostatnim dzwonkiem.

Zdarza się, że dopiero po kilku próbach udaje się ustalić czas, jaki ma upłynąć od pierwszego sygnału do ruchu wędką. Nazywa się to zacinaniem na tempo: nie rozszyfrowujemy już zachowań spławika, tylko odliczamy, np. jeden, dwa, trzy – w górę! Typową rybą, przy której ma to zastosowanie, jest leszcz. Bierze pewnie i praktycznie nie ma przy nim zacięć spóźnionych. Kilkusekundowe odczekanie jest zatem wręcz wskazane.

Zacinamy też przy każdym wyjmowaniu zestawu z wody. Staramy się natomiast nie reagować na sygnał brania fałszywy, pochodzący np. od trącenia przynęty o kamień denny. Na niezawodne jednak rozpoznanie czegoś takiego w każdym wypadku nie ma silnych.

Samo zacięcie powinno mieć postać krótkiego, energicznego ruchu wędziskiem do góry. Teoretyczne rozważania o zacinaniu z prądem czy pod prąd, albo w stronę przeciwną do kierunku ucieczki ryby, potraktujmy raczej jako przyjemną lekturę do poduszki niż jako praktyczne wskazania. Zresztą w wodzie bieżącej wypadkowa pionowego ruchu szczytówki i poziomego przesunięcia zestawu (z nurtem) i tak daje zacięcie nieco pod prąd. Całkiem niezamierzenie więc stosujemy się do jakiegoś kawałka teorii. Zalecane gdzieniegdzie zacinanie ruchem wędziska w dół, by szczytówka sprężyście odskoczyła w górę, mogłoby mieć zastosowanie tylko przy akcji miękkiej, jakiej zdecydowanie unikamy.

Sztuki niewielkie wystarczy po prostu unieść nad powierzchnię. Nazywa się to holem powietrznym. Wielkość (czy raczej niewielkość) odnosimy, rzecz jasna, do wytrzymałości wędki. Dziesięciodekagramowa ryba na przyponie 0,04 (bywają i takie!) to już zdecydowanie za dużo jak na hol powietrzny, podczas gdy dwa razy większa na przyponie 0,10 – to w sam raz. Prowadzimy ją wprost do nastawionej dłoni. Chwytamy zawsze rybę, nigdy żyłkę!

Mimo to może się zdarzyć, że nim dłoń zamkniemy, puści ledwie zahaczona warga. Zanim rzucimy się w pogoń, przypominającą czasem polowanie na muchę, ona myk, myk – i po kilku podskokach na pochyłym brzegu znajdzie się w wodzie. Normalnie strata niewielka. Ale w czasie zawodów może przesądzić o miejscu. Toteż w ich toku częstokroć stosuje się pewniejsze naprowadzanie na pierś, do której dopiero przyciska się rybę dłonią. Lepiej wtedy mieć fartuch lub ubranie, którego nie szkoda ubrudzić śluzem. Można też naprowadzić zdobycz nad pojemnik na złowione ryby i gasić ręką od góry; nawet jeśli odhaczy się sama, wpadnie tam gdzie trzeba.

Bez względu na to, jaki ma być dalszy jej los (wpuszczamy z powrotem, zatrzymujemy) musimy chwytać ją delikatnie, mimo że pewnie. Trzeba to wyćwiczyć. Do wyjęcia haczyka ujmujemy rybę całą dłonią, tak by palec wskazujący i kciuk wypadły tuż za łukiem skrzelowym. Jeśli została zacięta poprawnie, za wargę, do wyhaczenia wystarczą palce. Jeśli haczyk utkwił głębiej, używamy wypychacza.

Próba natychmiastowego wyciągnięcia sztuki większej z reguły kończy się jej zerwaniem. Musimy więc przeprowadzić walkę w wodzie. Pierwsza rzecz, to postarać się odprowadzić rybę z pola łowienia, by nie płoszyła pozostałych. Wybieramy kierunek najkorzystniejszy dla siebie. W obecności przeszkód przybrzeżnych (krzewy, konary) dążymy do zmęczenia jej w oddaleniu. W nurcie można próbować podciągnąć ją pod prąd, by nabrać wysokości.

Wędkę stale utrzymujemy w naprężeniu. Jednocześnie trzeba pilnować kąta między wędziskiem a żyłką. Zdolność amortyzacyjna szczytówki jest największa, gdy pozostaje on zbliżony do prostego (względem nie wygiętej części wędziska). Tu po raz kolejny czerpiemy korzyści z amortyzatora gumowego. Siłą rzeczy bowiem przy sprowadzaniu zdobyczy w pobliże brzegu kąt ten maleje. Łagodzące działanie wędziska zostaje więc w dużej mierze wyłączone. Guma pracuje nadal. Podobnie, gdy dojdzie do wyprostowania wędki, czyli ułożenia się żyłki i wędziska w jednej linii. W układzie zwykłym kończy się to zazwyczaj zerwaniem, bo wędzisko nie amortyzuje już wcale. Z gumą – wszystko jeszcze przed nami, choć lepiej do czegoś takiego nie dopuszczać.

A sposoby na to są. Nawet przy dużej rybie nie jesteśmy przecież całkiem skazani na jej kaprysy i ucieczki. Jest bądź co bądź zaczepiona z przodu, podczas gdy główny jej zespół napędowy – trzon ogonowy – znajduje się z tyłu. Nieznaczne pociągnięcie żyłką w bok sprawia, że uciekinier chcąc nie chcąc skręca.

Nie śpieszmy się z podciąganiem zdobyczy w górę. Wiara w skuteczność wystawienia pyszczka nad powierzchnią (dania powietrza) może kosztować jej utratę nawet w wypadku nielicznych gatunków na to rzeczywiście podatnych (płoć, leszcz). Niech się zmęczy w pół wody. Kiedy już zaś zdecydujemy się wprowadzić ją do podbieraka, to za jednym zamachem. Nie należy też walki przeciągać ponad potrzebę, by się – na przykład – jak najdłużej nią cieszyć. Ze względów tak etycznych (długo męczona ryba ma mniejsze szanse przeżycia), jak i praktycznych. Im bowiem dłuższe holowanie, tym większa szansa na zejście ryby z haczyka, choćby z powodu przecięcia wargi.

Zamiast wprowadzać do podbierania, można rybę wyciągnąć z rozpędu na brzeg, o ile oczywiście się on do tego nadaje. Nazywa się to lądowaniem wyślizgiem. Chwytanie jej ręką w wodzie jest bodaj najbardziej sportową formą zakończenia walki. Wymaga znajomości chwytów oraz zręczności i opanowania. Najlepiej wychodzi, jeśli łowi się stojąc w wodzie. W czasie zawodów regulamin tego nie dopuszcza.

Przy łowieniu z zestawem skróconym pierwszy etap holowania jest utrudniony przez konieczność odłożenia zbędnej części wędziska. Jeśli jest ona dłuższa niż 2 m, bardzo się przy tym przydaje podpórka rolkowa (rys. 8), umieszczona za łowiącym. Kiedy już w zasięgu ręki znajdzie się to właściwe złącze, ujmuje się sąsiadujące segmenty tuż przy nim i z lekkim obrotem rozciąga. Częścią górną można teraz manewrować bez przeszkód. Zdarza się jednak, że trzeba wędzisko przedłużyć ponownie, np. żeby nie dopuścić ryby do przeszkód przybrzeżnych. Dlatego odłączona część dolna powinna pozostać w zasięgu ręki, oparta o rolki lub kolana.

Spławikówka z kołowrotkiem

Wędzisko spławikowe z przelotkami tylko nieznacznie różni się od wędziska bez przelotek. Najważniejsze różnice, widoczne na pierwszy rzut oka, to obecność przelotek i uchwytu do mocowania kołowrotka. Ponadto występuje nieco grubsza szczytówka niż w wędzisku bez przelotek. Ma ona najczęściej od 1 do 2,5 mm średnicy. Szczytowy segment wędki może być wykonany zarówno z pręta, jak i rurki z włókna. Podczas zakupu wędziska z pełną szczytówką, czyli z pręta, należy sprawdzić, czy wędka pod obciążeniem prawidłowo się wygina. Czasami bowiem zdarza się, że w wędzisku jest zbyt cienka szczytówka, która nie przenosi ugięcia na kolejne segmenty wędziska. Próbę należy wykonać, podnosząc zawieszony na żyłce ciężarek o masie około 100 g. Samo wędzisko nie musi już być tak elastyczne, bo podczas holu ryb pomaga kołowrotek, który umożliwia wydłużanie odcinka żyłki podczas ucieczki ryby. Najbardziej pożądana akcja to, podobnie jak poprzednio, A lub B. Wybierając wędzisko, należy dokładnie obejrzeć wszystkie przelotki. Sprawdzić, czy są dobrze przymocowane do wędziska. Na górnych segmentach wędki czasem montowane są przelotki na przesuwnych pierścieniach. Trzeba sprawdzić mocowanie przelotki do pierścienia, a takie, czy pierścień nie uszkadza wędziska podczas przesuwania. Oględzin wymagają wewnętrzne powierzchnie przelotek.

Muszą być gładkie, inaczej będą niszczyły przesuwającą się po nich żyłkę. Sprawdzenia wymaga także uchwyt do mocowania kołowrotka. Ważne, żeby był stabilnie przytwierdzony do wędziska i nie zgrzytał oraz nie zacinał się. Najczęściej używa się wędzisk o długości od 3,0 do 4,5 m. Krótsze utrudniają łowienie, uniemożliwiając ustawienie gruntu na głębokości 2 – 3 m. Dłuższe natomiast są ciężkie i niewygodne w użyciu. Optymalną masę obciążenia zestawu wędkarskiego dla danego wędziska nazywa się masą rzutową. Jeśli na przykład masa rzutowa wynosi od 5 do 25 g, to wędzisko najlepiej nadaje się do łowienia ze spławikiem o wyporności od 5 do 25 g. Oczywiście można zastosować spławik o mniejszej wyporności, ale lżejszym zestawem nie uda się daleko zarzucić. Niewskazane jest natomiast używanie spławików o większej wyporności, bo to grozi złamaniem kija. Jeśli nawet uda się wykonać rzut, to jest on zazwyczaj nieprecyzyjny, gdyż trudno utrzymać kontrolę nad zbyt ciężkim zestawem.

 


13. Pompowanie:
a – szybkie opuszczanie wędziska z jednoczesnym zwijaniem żyłki, b – podciąganie ryby bez zwijania żyłki.

 

Kołowrotek to specjalny magazynek na żyłkę. Pozwala na szybkie wysnuwanie żyłki podczas zarzucania wędki i jej zwijanie w czasie ściągania zestawu oraz podczas holu ryby czyli pompowania (rys. 13). Dzięki niemu w płynny, kontrolowany sposób duża ryba może wysnuwać żyłkę. Kołowrotka warto używać, kiedy musimy zarzucić zestaw na większą odległość (rys. 14), czyli poza zasięg wędziska, a także wtedy, gdy w łowisku występują duże ryby, których bez użycia kołowrotka nie da się wyholować, niezależnie od dystansu, na jakim zamierza się łowić. Kołowrotki są produkowane w różnych wielkościach, które wybiera się w zależności od metody połowu lub grubości stosowanej żyłki. Wprawdzie nie ma oficjalnych standardów określających rozmiar kołowrotka, ale większość producentów nazywa je, np. 1000, 2000, 3000, 4000 itd. albo 1, 2, 3, 4. Przy czym im mniejsza liczba, tym mniejszy kołowrotek. Do metod spławikowych i gruntowych najlepiej używać kołowrotków o wielkościach 2000, 3000 lub 4000. Chociaż modele 1000 kuszą swoją niewielką masą, to raczej nie warto po nie sięgać ze względu na małą średnicę szpuli. Mała szpula bowiem to w konsekwencji krótkie rzuty, niewielka prędkość zwijania żyłki i tendencja do skręcania się żyłki w pierścionki. Przy wyborze kołowrotka należy zwrócić uwagę na solidność jego wykonania. Bardziej niż atrakcyjny wygląd kołowrotka liczy się dopasowanie poszczególnych elementów, brak nadmiernych luzów, precyzja działania mechanizmów. Podczas sprawdzania kołowrotka trzeba wielokrotnie otworzyć kabłąk i pokręceniem korbki zamknąć go. Kołowrotek za każdym razem musi zamykać się do końca, bez potrzeby dodatkowej ingerencji. Kiedy jedną ręką unieruchomimy korbkę, drugą należy spróbować obrócić rotor z kabłąkiem wokół osi kołowrotka i w innych płaszczyznach. O ile lekki luz wokół osi jest dopuszczalny, o tyle luz w innych płaszczyznach, choćby najmniejszy, dyskwalifikuje kołowrotek. Producenci kołowrotków podnoszą ich walory użytkowe, zwiększając liczbę zastosowanych łożysk.

 


14. Rola kołowrotka w zwiększaniu zasięgi wędki spławikowej

 

Warto zwrócić uwagę nie tylko na samą ich liczbę, ale i umieszczenie. Najważniejsze są łożyska na osi kołowrotka, przy korbce, a także w rolce prowadzącej żyłkę.

Kołowrotki są zwykle  wyposażone w szpule o różnych pojemnościach. Długość żyłki, jaką można nawinąć na szpulę, zależy nie tytko od tej pojemności, ale także od średnicy żyłki. Najczęściej jednak szpule mają nadmiar miejsca do nawinięcia 100-metrowego odcinka żyłki. Dlatego zaleca się najpierw nawinąć na szpulę tak zwany podkład, czyli pewien odcinek żyłki grubszej niż żyłka główna, a dopiero na niego żyłkę główną. Na podkład bierze się żyłkę grubszą nie tylko dlatego, żeby nie było jej bardzo dużo na szpuli, ale również żeby nie ryzykować utraty dużej ryby, która mogłaby wysnuć cały zapas żyłki głównej, po czym zerwać słabszy podkład. Nie powinno się jednak używać żyłki znacznie grubszej niż główna, bo wtedy nie uzyskamy równego nawoju. Różnica średnicy obu żyłek nie może być większa niż 0,1 mm. Skąd jednak wiedzieć, ile żyłki przeznaczyć na podkład. Jeśli dysponujemy dwiema szpulami tego samego rozmiaru, sprawa jest prosta. Najpierw nawijamy całą żyłkę główną, węzłem baryłkowym dowiązujemy podkład i nawijamy go do uzyskania wymaganego nawoju. Następnie przewijamy obie żyłki na szpulę docelową. Kiedy jednak mamy tylko jedną szpulę albo druga jest już zajęta, trzeba ustalić długość podkładu metodą kolejnych przybliżeń.

Warto zadbać o to, żeby wielkość nawoju była możliwie optymalna, bo wtedy zapewniamy prawidłową pracę kołowrotka w czasie zarzucania zestawu. Zbyt mały nawój powoduje bowiem uzyskiwanie krótszych rzutów. Zbyt duży natomiast prowadzi do splątania nadmiaru żyłki, zerwania zestawu albo nawet utraty ryby. Podczas nawijania żyłki szpulę, z której przewija się żyłkę, należy umieścić tak, żeby obracała się płynnie, nie hamowała ani nie przyśpieszała. Jedną ręką należy kręcić korbką kołowrotka, a drugą trzymać wędzisko i jednocześnie lekko ściskać palcami nawijaną żyłkę, żeby uzyskać równomiernie naciągnięty nawój. Później, w czasie wędkowania trzymanie żyłki palcami nie jest już konieczne, bo właściwe napięcie zapewnia masa zestawu.

Ważnym mechanizmem kołowrotka jest hamulec szpuli. Ma on za zadanie zabezpieczyć żyłkę przed zerwaniem podczas zrywów holowanej ryby. Pokrętłem, które znajduje się na szpuli albo na korpusie kołowrotka, ustawia się siłę, jaka jest potrzebna do obracania szpuli. Siła ta powinna być wyraźnie mniejsza od wytrzymałości przyponu, by ryba, zanim zerwie przypon, wysnuła żyłkę z kołowrotka. Nie można jednak ustawić zbyt lekko dokręconego hamulca, bo nie uda się wyholować nawet najmniejszej rybki. Najlepiej ustawić wstępnie hamulec tak, żeby nie dało się wysnuwać żyłki z kołowrotka, ciągnąć ją dwoma palcami, ale żeby można ją było wysnuć, chwytając całą dłonią. Gdyby w trakcie łowienia okazało się, że tak dobrane ustawienie jest niewłaściwe, trzeba je trochę skorygować.

W zestawach spławikowych z kołowrotkiem używamy nieco mocniejszych żyłek niż do łowienia batem. Skoro mamy łowić większe ryby, to i sprzęt powinien być do tego dostosowany. W większości wypadków na żyłkę główną odpowiednia jest linka o średnicy 0,18 mm. W stawach karpiowych warto założyć nieco mocniejszą, np. 0,22 mm. W jeziorach, w których biorą węgorze, potrzebna będzie żyłka nawet 0,25 milimetrowa. Średnica przyponu w zależności od łowiska i łowionych ryb powinna wynosić od 0,12 do 0,22 mm.

Do łowienia z kołowrotkiem optymalne są haczyki o nieco innym kształcie niż w wypadku łowienia batem. Najważniejszą ich cechą jest krótki trzonek, który zapewnia pewne trzymanie ryby podczas holu. W zależności od wielkości i siły ryb dobieramy model haczyka o odpowiedniej grubości drutu. Na duże ryby potrzebny jest mocniejszy.

Na zestawach spławikowych do wędki z kołowrotkiem rozkłada się obciążenie według takich samych zasad jak w zestawach do bata. Ale tutaj częściej używa się spławików klasycznych o wyporności większej niż 2 g, dlatego stosuje się obciążenia mieszane składające się z ciężarka kroplowego (łezki) i kilku śrucin. Najczęściej masa łezki wynosi około 3/4 łącznej masy całego obciążenia. Łezka powinna być zablokowana na żyłce, bo przesuwając się może zniszczyć pozostałe ciężarki i powodować plątanie się zestawu. Mniejsze łezki blokuje się śrucinami. Bezpośrednio pod łezką warto założyć na żyłkę stoper gumowy, który będzie zabezpieczał śrucinę przez zbijaniem. Większe ciężarki kroplowe najlepiej blokować kawałkiem amortyzatora gumowego. Wciągamy go w otwór, przez który przechodzi żyłka.

Używając spławikówki z kołowrotkiem, stosuje się dwa podstawowe rodzaje spławików. Do łowienia w niewielkiej odległości i na głębokość nie przekraczającą długości wędziska wybiera się spławiki klasyczne. Ich wyporność i kształt mogą być bardzo różne w zależności od uciągu wody i upodobań wędkarzy. Do łowienia w wodach stojących stosuje się spławiki montowane do żyłki jednopunktowo o angielskiej nazwie waggler. Ich użycie jest uzasadnione, kiedy łowimy w większej odległości albo kiedy głębokość łowiska (ustawiany grunt) jest większa od długości wędziska. W tym drugim przypadku łowi się na spławik przelotowy, czyli taki, który przesuwa się po żyłce i jest blokowany od góry specjalnym stoperem. Wagglery mają inne oznaczenia wyporności niż spławiki klasyczne. Ich całkowita wyporność jest sumą dwóch liczb widniejących na spławiku, dlatego spławik 10 gramowy może mieć opis 9+1 albo 6+4. Pierwsza liczba oznacza masę obciążenia wbudowanego w korpus spławika, a druga masę obciążenia potrzebnego do całkowitego wyważenia spławika. Spławiki, którym do wyważenia potrzeba niewielkiego obciążenia na żyłce, np. 9+1, 8+2, są montowane na stałe. Wagglery, do których wyważenia potrzeba więcej ołowiu, np. 6+4, 5+5, są montowane jako spławiki przelotowe ze względu na to, że do przeciągnięcia żyłki przez oczko łącznika mocującego spławik, potrzebne jest większe obciążenie niż tylko do ustawienia się zwykłego zestawu w wodzie.

Konstruowanie zestawu

Ze spławikiem klasycznym
. Budowa takiego zestawu wędkarskiego wygląda analogicznie jak w wypadku bata. Kołowrotek montuje się do wędziska, żyłkę przeciągamy przez przelotki, zakładamy na nią spławik, który następnie wyważamy montując ciężarki. Zaciśnięte ciężarki przesuwamy, odcinamy zniszczony fragment żyłki, wiążemy pętlę, do której montujemy przypon i na koniec rozsuwamy ciężarki.

Z wagglerem
. Jeśli łowimy z wagglerem zamocowanym na stałe, konstrukcja jest zbliżona do zestawu ze spławikiem klasycznym. Różnice wynikają z tego, że waggler ma zwykle wbudowaną część obciążenia i na żyłce montuje się tylko brakujące ciężarki. Ponadto przypon łączy się z żyłką główną krętlikiem. Zastosowanie krętlika ma na celu ograniczenie skręcania żyłki głównej powodowane przez przynęty na haczyku obracające się wokół osi zestawu podczas jego szybkiego ściągania z większych odległości. WaggIer mocujemy do żyłki, przewlekając żyłkę przez oczko w stateczniku i blokując kilkoma (kilkunastoma) śrucinami. Jest to sposób bardzo pewny, ale dość czasochłonny i bardzo utrudniający zmianę gruntu. O wiele wygodniej jest zastosować specjalny łącznik.

Z wagglerem przelotowym
. Budowa zestawu ze spławikiem zamontowanym przelotowo jest całkiem odmienna. Rozpoczynamy ją od przygotowania odcinka żyłki głównej o długości 1,2 m. Do jego obu końców przywiązujemy krętliki. Później na żyłkę wychodzącą z kołowrotka zakładamy spławik z łącznikiem. Używamy specjalnego łącznika do spławików przelotowych albo krętlika z agrafką. Przy czym krętlik wymaga pewnej przeróbki. Ściskamy go szczypcami, żeby oczko, przez które przewleczemy żyłkę miało spłaszczony, owalny prześwit. Po założeniu spławika dowiązujemy do żyłki głównej odcinek żyłki z krętlikami. Nad spławikiem zawiązujemy stoper z nici, przy czym we wstępnej fazie nie zaciskamy go zbyt mocno. Robimy to dopiero po ustaleniu głębokości łowienia. Inaczej trudno byłoby go przesunąć po żyłce. Następnie wyważamy spławik, umieszczając większość ciężarków tuż powyżej górnego krętlika. Dzięki zastosowaniu tego krętlika mamy pewność, że duże śruciny nie przesuną się w dół podczas mocnych wymachów wędziskiem.

Łowienie

Łowienie ze spławikiem klasycznym.
Zarzucanie zestawu spławikowego wędką z kołowrotkiem i spławikiem klasycznym wygląda niemal identycznie jak zarzucanie batem. Można zarzucać zarówno “przez głowę” jak i “spod siebie”. Jedyna różnica polega na tym, że przed rzutem palcem wskazującym dłoni trzymającej wędzisko przytrzymujemy żyłkę i otwieramy kabłąk kołowrotka. Po wymachu puszczamy żyłkę, gdy tylko spławik z obciążeniem znajdzie się przed szczytówką. Przyciskamy ją palcem wskazującym do krawędzi szpuli, kiedy zestaw znajdzie się nad celem. Gruntowanie wędką z kołowrotkiem jest odmienne od gruntowania batem. Tu zamierzamy łowić dosyć daleko poza szczytówką wędziska. Dlatego do haczyka przypinamy najlżejszy gruntomierz (10 g), zarzucamy zestaw rzutem spod siebie i całkowicie luzujemy żyłkę, czekając na wypłynięcie spławika. Do właściwego gruntu powinniśmy się zbliżać “od dołu”, czyli stopniowo zwiększając odległość spławika od haczyka. Jeśli podczas łowienia na żyłce powstają luzy, powinniśmy je niwelować, zwijając żyłkę na kołowrotek.

Po wypłynięciu zestawu z pola łowienia zwijamy zestaw i ponownie go zarzucamy. W momencie gdy mamy branie, zacinamy w taki sam sposób jak przy łowieniu batem. Z tą różnicą, że im dalej łowimy, tym szerszy ruch wędziskiem jest potrzebny do naprężenia żyłki i przeniesienia siły zacięcia na haczyk. Trzeba przy tym pamiętać o trzymaniu palcami korbki kołowrotka, żeby jego mechanizm nie zaczął się obracać podczas zacięcia. Jeśli zapomnimy o przytrzymaniu korbki, to wtedy możemy zaciąć niewystarczająco mocno i ryba zepnie się z haczyka. Zaciętą rybę holujemy powoli, zwijając żyłkę kołowrotkiem, ale tylko w wypadku, gdy nie jest to duża ryba. To znaczy wtedy, gdy hamulec nie pozwala, żeby szpula się obracała.  Kiedy ryba jest na tyle duża, że podczas prób kręcenia korbką szpula zaczyna się obracać, o czym dobitnie świadczy terkot hamulca, holujemy ją metodą pompowania. Pompowanie składa się z dwóch faz. Pierwsza polega na szybkim opuszczaniu wędziska w kierunku holowanej ryby z równoczesnym, szybkim zwijaniem żyłki. Druga faza to powolne podciąganie ryby ku sobie wędziskiem bez użycia kołowrotka. Kiedy ryba jest dostatecznie zmęczona, zaczyna zataczać łuki, pływając powoli i przewracając się na boki, zanurzamy podbierak w wodzie i kierujemy rybę w jego stronę. Podbierak szybko podnosimy, kiedy ryba znajdzie się nad nim. Ryby nie powinno się ganiać podbierakiem. Wbrew pozorom łatwiej i lepiej naprowadzić ją nad siatkę.

Łowienie z wagglerem.
Chociaż zestaw wędkarski różni się tylko jednym elementem – spławikiem, to jednak w czasie łowienia ujawnia się znacznie więcej różnic. Wynikają one z konstrukcji spławika, przede wszystkim umieszczenia w nim części obciążenia i jednopunktowego zamocowania żyłki. Pierwszą rzeczą jest zarzucenie zestawu. Czynność tę rozpoczynamy od podciągnięcia spławika na wysokość 20 – 30 cm od szczytówki. Następnie podwójnym wymachem wędziska od pozycji przed sobą: najpierw do tyłu, a później jak podczas machania batem, prawie bez zatrzymania z powrotem do przodu. W czasie zarzucania zestawu pierwszy leci jego najcięższy element, czyli spławik. Za nim podąża żyłka główna oraz część żyłki z obciążeniem i przyponem. Żeby nie doszło do splątania zestawu, tuż przed jego zetknięciem się z taflą wody trzeba go wyhamować, by obciążenie z przyponem wyprzedziło spławik i zestaw opadł na wodę w pozycji wyprostowanej. Po zarzuceniu zestawu należy zatopić żyłkę. W tym celu wkładamy szczytówkę wędziska do wody i szybko zwijamy 2 – 3 m żyłki. Dlatego też zawsze zarzucamy zestaw kilka metrów dalej, niż zamierzamy łowić. Po zatopieniu żyłki cały czas utrzymujemy szczytówkę pod wodą. Dla większej wygody łowienia pod wędzisko można ustawić dwie podpórki, z których bliższa wody powinna być niżej położona niż dalsza. Można również użyć tylko jednej podpórki, a dolnik wędziska trzymać w ręku ewentualnie oprzeć o udo.

Co pewien czas lekko podciągamy żyłkę kołowrotkiem, żeby zredukować ewentualne luzy, które powstają na skutek działania prądów podwodnych. Korbką kręcimy tylko do momentu przynurzenia anteny spławika. Branie ryby widoczne jest jako zanurzenie anteny albo, jak w wypadku leszczy, jej wystawienie. Rybę zacinamy dosyć obszernym, ale płynnym ruchem wędziska ku tyłowi, żeby zniwelować wszelkie łuki na żyłce. Hol ryby na wędce z wagglerem nie różni się od holu zwykłą spławikówką.

5 1 vote
Jak oceniesz wpis
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments