rybyDoradca Portalu

Wędkarstwo podlodowe
Poradniki
Wędkarstwo podlodowe

Dla prawdziwych wędkarzy zarówno pogoda jak i pora roku nie jest przeszkodą do uprawiania swojej pasji. Wielu z nich z niecierpliwością oczekuje na zamarznięcie akwenów wodnych, by mogli wejść na lód i kontynuowanie swojego hobby.

Continue reading “Wędkarstwo podlodowe”

Szczupaki w akwarium?
Atlas ryb Pordniki
Szczupaki w akwarium?

Przeszukując internet trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat szczupaków, szczególnie rzetelnych, które nie mówią na samym wstępie – nie, nie wolno trzymać szczupaków w akwarium.

Continue reading “Szczupaki w akwarium?”

Danio pręgowaty (Brachydanio rerio)
Atlas ryb
Danio pręgowaty (Brachydanio rerio)

Danio pręgowaty (Brachydanio rerio) – hodowla, rozmnażanie i karmienie popularnej zebrafish. Danio pręgowany (Brachydanio rerio), znany także jako „zebra”, to charakterystyczna ryba akwariowa z rodziny karpiowatych. Ze względu na swoją tolerancję warunków w akwarium i przyciągający oko wygląd jest często wybierany zarówno przez początkujących jak i doświadczonych akwarystów.Danio pręgowany (Brachydanio rerio), znany także jako „zebra”, to charakterystyczna ryba akwariowa z rodziny karpiowatych. Ze względu na swoją tolerancję warunków w akwarium i przyciągający oko wygląd jest często wybierany zarówno przez początkujących jak i doświadczonych akwarystów.

Continue reading “Danio pręgowaty (Brachydanio rerio)”

Poradniki
Zakładanie akwarium i opieka nad nim. Co zrobić by nasz własny podwodny świat był piękny i zdrowy?

Wielu wydaje się, że akwarystyka to zwyczajne hobby, jedno z wielu. Prawda jest jednak taka, że to pasja wyjątkowa, która, raz zaczęta, trwa na dobre. Dla wielu ludzi akwarium to odskocznia od codzienności, to forma relaksu po ciężkim dniu, czy radość. W końcu czy jest coś lepszego od posiadania kawałka podwodnego świata na wyłączność?

Continue reading “Zakładanie akwarium i opieka nad nim. Co zrobić by nasz własny podwodny świat był piękny i zdrowy?”

News Sprzęt
NOWOCZESNE PUDEŁKO NA MUCHY – FLY POD

Fly Pod i Fly Box to nowoczesny, ergonomiczny system przenoszenia i magazynowania sztucznych much.

Pudełko na sztuczne muchy to skarb muszkarza. Trzymane w muchowej kurtce, jest często otwierane w czasie łowienia. Aby było poręczne, musi być odpowiedniej wielkości. Powinna ona gwarantować zarówno czytelne ułożenie przechowywanych w nim much, jak i łatwość dostępu do nich. Ze względu na to, że łowienie na muchę to elitarny rodzaj wędkarstwa, podstawowy sprzęt, akcesoria, a nawet ubiór muszkarza powinny być eleganckie. Od wieków muszkarze wyróżniają się tym wśród wędkarzy.
Pudełko na muchy nie odbiega od estetycznych wymagań muszkarstwa. Do niedawna najczęściej wykonane było z drewna, sztucznego tworzywa lub aluminium. lch producenci często kładą nacisk przede wszystkim na estetyczny wygląd, mniej na funkcjonalność. W ostatnich latach dla wszystkich wędkarzy, również dla muszkarzy, produkowany jest sprzęt, w którym na równi ważne są obie cechy jakość oraz funkcjonalność, tak bardzo istotna w czasie łowienia ryb. Dotyczy to także pudełka na sztuczne muchy.
Nowe pudełko nazwane zostało Fly Podem, w nawiązaniu do funkcjonalnych i bardzo przydatnych, a przez to modnych i popularnych urządzeń elektronicznych. Jest grube na 2 cm, długie na 17 cm i 8 cm szerokie. Kolejne atuty Fly Poda to możliwość obejrzenia much bez otwierania wieczka. Pokrywka pudełka wykonana jest bowiem z przeźroczystego tworzywa. Bardzo funkcjonalnym elementem konstrukcji wnętrza pudełka są wymienne tacki. lch moduły umożliwiają różne sposoby ułożenia sztucznych muszek w zależności od ich wielkości. Zaletą jest również sposób zamknięcia pudełka na osiem elektromagnesów. Dzięki temu Fly Poda można zamykać i otwierać szybko. Jednocześnie zamknięcie jest bardzo szczelne i nieprzepuszczające wody.
Projektanci ergonomicznego i estetyczego Fly Poda poszli jeszcze krok dalej w ułatwieniu utrzymania muszkarskiego porządku oferując Fly Pod Box, czyli pudełko do magazynowania Fly Podów i tacek. Ma ono wymiar 20 x 20 x 11 cm, mieści 10 tacek oraz umieszczone po bokach dwa Fly Pody.
Zamknięcie boczne pudełka jest również na magnes, zaś konstrukcja całości zapewnia muszkom wentylację, konieczną do ich wyschnięcia. Fly Pod Box może pomieścić co najmniej 1200 much. Do tych wszystkich zalet trzeba dodać, że jest praktyczny w transporcie i elegancki w wykonaniu.

 

1. Cienkie pudełko, z możliwością wymiany wnętrza, o przeźroczystej przykrywce, zapewnia komfort łowienia.
2. Wymienne tacki wnętrza Fly Poda.
3. Wnętrze Fly Boxa z tacką z muchami.
4. Duże pudełko plastikowe na muchy.
5. Fly Pod z muszkami na tackach.
6. Typowe aluminiowe małe pudełko muchowe z otwieranymi przegródkami.
7. Klasyczne drewniane pudełka muchowe.

News Sprzęt
MULTIPLIKATOR MORSKI

Multiplikator jest trudniejszy w obsłudze, ale ułatwia prezentację przynęty i holowanie ryby. Jest też znacznie trwalszy od kołowrotka ze stałą szpulą.

Multiplikator to kołowrotek z ruchomą szpulą, w odróżnieniu od powszechnie używanego w Polsce (i w Europie) z nieruchomą (stałą) szpulą. Multiplikator stał się powszechnie używanym kołowrotkiem na kontynencie Ameryki Północnej, zarówno w łowiskach słodkowodnych i słonowodnych. W Polsce stosuje go mała część wędkarzy łowiących w Bałtyku i w połowach oceanicznych. Stosuje się go także w połowach słodkowodnych – w Polsce najczęściej podczas jerkowania (łowienie specjalnego typu woblerami najczęściej szczupaków) i trollingu. Przedstawiony jest tutaj kołowrotek typu morskiego, do łowienia silnych ryb, na bardzo ciężkie przynęty.
Tego typu kołowrotek powinien być zbudowany bardzo rzetelnie, z najwyższej jakości materiałów. Podstawową cechą jest odporność na słoną wodę, co jednak traktujemy jako oczywistość. Natomiast sposób rozmieszczenia regulatorów, wielkość i profil korbki, materiały użyte do zrobienia przekładni, szpuli, wodzika, użycie licznika, typ hamulców do regulacji obrotów szpuli – o tym wszystkim decyduje producent.
Zdecydowanie korzystniej jest nabyć kołowrotek cenionej firmy, wytworzony z użyciem sprawdzonych patentów. Taki wybór pociągnie niestety za sobą znaczny wydatek. Chociaż trzeba przyznać, że jego zakup będzie stanowił zaledwie małą część kosztów wielkiej wyprawy na duże ryby. Jednak kiedy nadejdą decydujące chwilą to właśnie od kołowrotka będzie najwięcej zależało.


1. Rama nośna (korpus). Musi być lekka, funkcjonalna, odporna na odkształcenia i bardzo wytrzymała, dlatego najczęściej stosuje się połączenie hybrydowe stali i grafitu. W ramie ukryty jest mechanizm przekładniowy. Najlepsza przekładnia wykonana jest ze stali metodą wycinania.
2. Wodzik do prowadzenia linki na szpuli.
Od precyzji jego wykonania i działania zależy poprawna praca kołowrotka, odległość rzutów, prawidłowe układanie linki na kołowrotku. Powinien być wykonany z bardzo twardego materiału, jak utwardzana stal, stal powleczona tytanem, ceramika. Na zawodach morskich, na których łowione są wielkie ryby, stosuje się linkę stalową, więc wodzik musi być twardszy od linki stalowej.
3. Szpula. W niektórych modelach kołowrotka istnieje mechanizm szybkiego wypięcia szpuli w celu np. jej wymiany. Szpula powinna być lekka i bardzo twarda, najczęściej wykonuje się ją z utwardzanego aluminium. Szpula musi posiadać odpowiednią pojemność do stosowanej techniki łowienia.
4. Stopka. Powinna być wykonana i przytwierdzona do korpusu bardzo solidnie. Jakiekolwiek luzy dyskwalifikują kołowrotek. Przed zakupem należy sprawdzić spasowanie stopki z uchwytem w posiadanym wędzisku.
5. Dźwignia wolnego biegu szpuli. Niezbędny mechanizm w multiplikatorze, używany przede wszystkim podczas zarzucania przynęty. Musi być wykonany perfekcyjnie. Samowolne przełączanie się mechanizmu jest niedopuszczalne.
6. Regulacja docisku szpuli na wolnych obrotach. Jest to rodzaj hamulca, który służy do regulacji obrotów szpuli podczas zarzucania. Od jego precyzji zależy komfort i precyzja w użytkowaniu kołowrotka.
7. Regulacja hamulca. Służy do ustalenia siły hamowania szpuli podczas holowania ryby i powinien posiadać duży zakres regulacji. Uchwyt zazwyczaj ma kształt gwiazdy.
8. Korbka (lewa strona). Pokazany na fotografii model posiada korbkę o kształcie ergonomicznym, gdyż ten kołowrotek służy do łowienia bardzo silnych ryb i wygoda wędkarza jest niezwykle ważna. W małych uniwersalnych lub morskich tańszych kołowrotkach stosuje się prostą korbkę. Korbki montuje się po prawej (dla praworęcznych) i lewej (dla leworęcznych) stronie kołowrotka.
9. Regulacja hamulca magnetycznego. Służy do precyzyjnego wyhamowania wolnych obrotów rozpędzonej szpuli w ostatniej fazie zarzucania przynęty. Jest to niezwykle ważny mechanizm, od jego precyzji zależy skuteczność wędkarza.
10. Licznik.
Wskazuje ilość wysnutej linki, dzięki czemu wędkarz szybko i dokładnie orientuje się o głębokości zarzucanej przynęty. Jest to bardzo pożyteczny dodatek w łowiskach morskich i bardzo głębokich słodkich wodach obławianych z pokładu jednostki pływającej. W licznik wyposaża się małą część produkowanych kołowrotków.

Poradniki
ZANĘTA

Sprowadzić ryby, które potem wystarczy już tylko złowić; takie określenie roli zanęty niejeden uzna za przesadę. Może istotnie zbyt lekko traktuje ono o tej reszcie, czyli samym łowieniu. Ale co do samej zanęty, to raczej jej znaczenie zawęża. Przecież ma ona też pobudzić ryby do żerowania, osłabić ich czujność, utrzymać: jedne, pożądane – w zasięgu wędki; inne, niepożądane – z daleka, by nie przeszkadzały. Nie zawsze wszystkie te zadania są jednakowo istotne. W okresie dobrego żerowania nie trzeba rybiego apetytu podostrzać. Kiedy trafimy na naturalne skupisko ryb, wystarczy starać się je utrzymać, nie trzeba ich sprowadzać. Niektórzy wręcz zanęty nie stosują w ogóle, a wyniki miewają. Tyle że tylko w wybitnie korzystnych warunkach, nade wszystko zaś – w rybnym łowisku. Takich zaś coraz mniej. Coraz mniej też mamy szans na wybór miejsca i pory wędkowania. Właśnie potrzeba uniezależnienia się od tych czynników sprawiła, że technika nęcenia rozwinęła się ostatnio burzliwie i rozwija nadal.
Nie we wszystkich jego odmianach. I tak na przykład od czasów Piasta Kołodzieja niewiele się zapewne zmieniło w dziedzinie
nęcenia długookresowego. Stosuje się je w stosunku do ryb, które samotnie lub niewielkimi grupami poruszają się po stałych ścieżkach żerowych: to duże karpie, leszcze, liny. Cechują się one dużą nieufnością, zwłaszcza wobec przynęt nie wchodzących w skład stałego pożywienia: ziemniaków, makaronu, kasz. Aby tę ostrożność przełamać, dobrze jest je przyzwyczaić zarówno do pory podawania, jak i do przynęty. Trzeba więc nęcić o porze, w której się zamierza łowić, i tym, co się później zakłada na haczyk. I tak na przykład po podsypywaniu przez kilka popołudni pęczaku nie bardzo jest sens zasiadać wczesnym rankiem z ziemniakiem jako przynętą. Ale już z czerwonym robaczkiem, zwłaszcza na liny czy leszcze – jak najbardziej; jest on bowiem atrakcyjniejszy niż to, czym nęciliśmy, a zmiany w tym kierunku są jak najbardziej na miejscu.
Przy tym rodzaju nęcenia zasad jest kilka, w sumie dość prostych. Dobrać pokarm chętnie przyjmowany przez nasze upatrzone; podawać w porcjach mniejszych niż zakładane na haczyk (jeśli łowimy na rosówki całe – nęcimy siekanymi, jeśli na kluski wielkości orzecha włoskiego – posypujemy zacierkami wielkości grochu itp.); trafić na stałe ścieżki żerowe, gdyż duże ryby rzadko z nich zbaczają. To ostatnie nie oznacza, że nie możemy sami wybrać pola łowienia. Tyle że trzeba do niego zdobycz (przyszłą) sprowadzić, jak po sznurku, po dróżce usypanej z zanęty między jej szlakiem a naszym wybranym miejscem, w którym – dodajmy – zanęta może być mniej rozdrobniona; niech już przypomina przynętę.
Nie musimy się zbytnio obawiać przekarmienia. Byle w dniu łowienia ryby dostały na tyle mało, by miały jeszcze apetyt na przynętę. Przesady, oczywiście, trzeba się wystrzegać zawsze. Przedawkowanie zanęty może spowodować, że jej nie zjedzone resztki będą się rozkładać. Skutkiem tego ryby zaczną omijać miejsce, do którego już się przyzwyczaiły. W zbiornikach małych, a mocno oblężonych przez wędkarzy dochodzi często do zakwaszenia wody, w wyniku fermentacji bez umiaru wrzucanych dań mączno-ziemniaczanych. Najlepszym sposobem przekonania się, czy nie przedawkowaliśmy, jest sprawdzanie, czy kolejne porcje zanęty zostały wyjedzone w całości.
Prawdziwego kunsztu wymaga
nęcenie krótkookresowe, bezpośrednio poprzedzające łowienie. Ono ma zresztą dla przeciętnego wędkarza nierównie większe znaczenie praktyczne. Po pierwsze, pozwala piękne wyniki osiągać z doskoku, bez długotrwałego przygotowywania łowiska. Po drugie, skutkuje wobec ryb pospolicie dostępnych, żerujących w stadach: płoci, leszczy, świnek, kleni, jazi, krąpi, karasi, uklei. One nie potrzebują długiego czasu na oswajanie się z zanętą, reagują na nią szybko. Jak ma taka zanęta działać?
Przede wszystkim musi ryby ściągnąć w miejsce łowienia. Konieczne jest więc, by
wytwarzała smugę, rozchodzącą się po wodzie i naprowadzającą na punkt położenia zanęty. Gdy zwabione dopłyną, muszą znaleźć coś do zjedzenia, co by je zatrzymało. Zatrzymało, ale nie nasyciło; muszą przecież zachować apetyty na przynętę. Inaczej może dojść, do tego, że po fali żerowania, trwającej pół godziny czy godzinę, brania ustają. A ryby tymczasem nadal kręcą się przy kulach. Tyle że najedzone.
Obawy o przesycenie nie musimy żywić przy nęceniu pośrednim, odmianie dość szczególnej, spotykanej rzadziej w praktyce, częściej w literaturze. Zwabiamy mianowicie drobne ryby po to tylko, by za nimi nadpłynęły drapieżniki. A o te dopiero nam chodzi. Podobno skutkuje.
Skoro zanęta ma stanowić rodzaj próbki reklamowej, co to zachęca, pobudza do żerowania, ale nie syci – musi być atrakcyjna. Służą temu
dodatki smakowe i zapachowe. Przyciągnąć (lub odstraszyć) może też barwa naszej kompozycji. Często ryby wyraźnie mocniej interesują się zanętą, w której coś się dzieje: porusza, wydobywa, bulgocze. Można je też zachęcić do żerowania dodając czegoś pobudzającego apetyt.
Wszystko to razem ma służyć skupieniu ich możliwie w jednym miejscu. Nic nam po nich, jeśli pozostaną rozproszone na znacznym obszarze. Zanętę trzeba więc zarzucać stale w to samo miejsce. Ale to nie wszystko. Musi ona dotrzeć tam, gdzie jej potrzebujemy, i oddziaływać przez jakiś czas, niezbyt krótki. Trudno bez przerwy jej zapas uzupełniać. W umieszczeniu zanęty i regulowaniu jej pracy pomagają
ciężar i spoistość. Te cechy wywierają zasadniczy wpływ na skuteczność nęcenia.

 


1. Działanie zanęty
a – w wodzie bieżącej przy dnie, b – na dywanem roślinności, c – w wodzie stojącej z dna twardego,
d – z mulistego, e – nad roślinnością.

 

W nurcie zanęta musi się rozmywać (rys. 1) niezbyt powoli, bo nie poskutkuje. Ale też niezbyt szybko, bo zniknie, zanim się ryby skupią. W obu wypadkach wynik ostateczny jest taki, jakby jej nie było. Nie trzeba zresztą przypadków aż tak skrajnych. Powiedzmy, że zawarte w niej robaczki są wymywane, ale zbyt skąpo. Ryby rozpłyną się w poszukiwaniu pożywienia łatwiej dostępnego. Gdy jednak wskutek niedostatecznej spoistości wydzielanie robaczków okaże się za szybkie, ryby nie nadążą z łykaniem ich przy kulach i w pogoni za nimi odpłyną w dół łowiska. Przeciwne przyczyny dadzą więc ten sam skutek: rozproszenie stada.
Inaczej musi zanęta denna działać w wodzie stojącej. Kule spoiste, nawet jeśli by się nie zapadły w muł czy roślinność, zaległyby dno bezużytecznie. Z braku nurtu bowiem nie byłyby wymywane składniki wabiące. Także ryby, które przypadkowo znajdą się w pobliżu kul, nie miałyby się jak dostać do ich spożywczej zawartości. Obserwuje się wprawdzie czasem, jak radzą z tym sobie karpie (większe). Wyczuwszy, że leżące na dnie grudy kryją coś jadalnego, odwracają się i rozbijają je. Trudno jednak za każdym razem liczyć na takich pomocników. Dlatego na wody stojące nie sporządza się zanęt zwartych. Co najwyżej obciąża się je, by jak najszybciej dotarły na dno, gdzie zaczynają właściwą pracę wabiącą
(rys. 1).
Doświadczeni wędkarze powiadają, że ryby nie czołgają się po dnie i nie zawsze jest sens w jego pobliże je ściągać. Wiadomo przecież, że zależnie od tego, czy to lato czy wiosna, ranek czy wieczór, woda wysoka czy niska – przebywają one albo w głębi albo przy powierzchni, przy brzegu albo z dala od niego, na otwartej przestrzeni albo przy dywanie moczarki. Korzystniej będzie, gdy zanęta sięgnie tam, gdzie one właśnie są: po co je na siłę przeciągać gdzie indziej, gdzie im nie najlepiej? Gdy trzeba więc, niech pracuje przy dnie, gdy trzeba – w pół wody, pod wierzchem. W wodzie stojącej niech stosownie do głębokości i rodzaju dna bądź opada szybko, bądź rozpada się już przy uderzeniu o powierzchnię, bądź najpierw opada szybko, a od pewnego miejsca zaczyna się rozpraszać
(rys. 1). W tak wytworzonym słupie żerują na ogół ryby niewielkie; ale zdarza się też poderwać nim do góry także karpia czy leszcza. Warto mieć to na uwadze, gdy żerują one przy dnie dla nas niedostępnym, bo – na przykład – gęsto porośniętym.

SKŁAD

Wykorzystanie wszystkich możliwości zanęty wymaga precyzyjnego jej zestawienia i sporządzenia. Trudno pożądane właściwości uzyskać za pomocą jednego składnika, choćby najdoskonalszego. Stąd w przepisach widzi się ich po kilka lub nawet kilkanaście (czasem nawet powyżej dwudziestu, co jednak zakrawa na przesadę – pod każdym zresztą względem). Do niedawna wyodrębniono dwie ich zasadnicze grupy.
Do pierwszej zaliczano
składniki czynnie oddziałujące na ryby, czyli przez nie zjadane bądź odczuwane bezpośrednio. Jedne, zwane smużącymi, rozchodzą się po wodzie, zwabiając ryby z daleka. Inne, zwane spożywczymi, pozostają na miejscu. Zaświadczają, że wyprawa śladem smugi była warta podjęcia. Przytrzymują też ryby tu, gdzie się łowi. Jeszcze inne przydają zanęcie smaku, zapachu. I tak też je nazwano: smakowe, zapachowe. Wreszcie przynęty zanętowe, czyli to coś, co podajemy na haczyku, tylko w drobniejszej postaci. W tym sensie omówione powyżej zanęty długookresowe składają się w zasadzie tylko z przynęty zanętowej. Tu ich rolę pełnią najczęściej drobne białe robaczki (pinkies) oraz małe larwy ochotki (jockers).
Do grupy drugiej zaliczano
składniki określane jako bierne, niejadalne: glina, ziemia, piasek, mające zanętę dociążyć i nadać jej odpowiednią spoistość.
Ten prosty i czytelny podział, jak się okazało, niezbyt trafnie oddawał rolę poszczególnych składników. Mineralne, uważane za bierne, wyraźnie oddziaływały czasem na ryby. Czynne równie wyraźnie wpływały na spoistość i w ogóle zachowanie się zanęty.
I tak np. jeden z naszych czołowych wędkarzy spróbował dodać sproszkowanej cegły szczególnego gatunku. Okazało się, że na zanętę z nią ryby reagowały znacznie mocniej niż na czystą, sprawiały wrażenie podminowanych. Na ludzi zresztą cegła ta też działała: przy mieleniu kichało się od wdychania pyłu. Inny przykład: glina, wymywająca się z zanęty, powoduje czasem obniżenie aktywności żerowej ryb, zamula im bowiem skrzela, ograniczając wymianę tlenową.
Herbatniki mielone znów, zalecane w niektórych dawniejszych przepisach, silnie sklejają pozostałe składniki. Zanęta spoczywa na dnie w postaci najbardziej przypominającej kit. Jeśli więc chcemy wykorzystać ich działanie wabiące, musimy na każdą ich część dać np. trzy części mąki kukurydzianej, która ma właściwości rozpraszające. Ona zresztą nie tylko rozprasza, ale i obciąża, trzyma zanętę przy dnie. Ale ta sama kukurydza zmielona grubiej, czyli w postaci kaszki, oprócz rozpraszania powoduje unoszenie się reszty, nawet wypływanie.
Są też składniki, których wpływ na spoistość zależy od czasu namoczenia. Na przykład mączka arachidowa w kilka godzin po zarobieniu z wodą zachowuje wartość normalną. Po nocy – tężeje na beton.
Wobec takiej różnorodności wpływów mistrzowie europejscy, swe sukcesy zawdzięczający w przeważającej mierze właściwemu nęceniu, opracowali już dość dawno temu, nieco odmienną zasadę dobierania składu zanęt. Ich składniki podzielili mianowicie na sześć grup:

I – Podstawowe (baza),
II – Objętościowe i wiążące (wypełniacze),
III – Smużące,
IV – Pobudzające (przywołujące),
V – Zapachowe,
VI – Smakowe.

W ogólnej masie zanęty grupy I i II powinny stanowić łącznie nieco ponad połowę (do dwóch trzecich). Proporcje między nimi samymi zależą od głębokości łowiska i siły prądu. Składniki grup III i IV powinny zająć łącznie niespełna jedną trzecią masy, grup V i VI – około jednej dziesiątej. W obrębie każdej z tych par trudno dokładnie rozgraniczać oddziaływanie składników. Szczególnie ostatnie dwa przepalatają się bardzo silnie. W wielu wypadkach rozróżnienie, czy coś działa bardziej na zmysł smaku czy węchu, należałoby raczej pozostawić samym zainteresowanym, czyli rybom.
Dokonajmy przeglądu co pospolitszych składników zanęt. Praktycznie biorąc wszystkie są obecnie dostępne. Co najwyżej jedne bardziej, inne mniej. Kto się uprze, wydrepcze prawdopodobnie także składniki całkiem egzotyczne, u nas zupełnie nie spotykane, choć gdzie indziej do zanęt stosowane: nasiona bawełny albo tonkińskiego pochodzenia badian, czyli anyż gwiaździsty, przez wędkarzy zachodnioeuropejskich włączany w skład zanęt płociowych. Ich poszukiwanie to już jednak czysty hobbyzm, skoro w sklepach wędkarskich można kupić gotowe mieszanki niemal dowolnie wymyślne.

GRUPA I – SKŁADNIKI PODSTAWOWE
Bułka tarta
. Jeden z najważniejszych składników. Przyciąga wszystkie ryby. Po zwilżeniu znacznie zwiększa objętość. Nie mąci wody i nie klei się. Powinna być bardzo drobna. Sprzedawana w sklepach jest zbyt gruba. Trzeba ją zemleć ponownie i odsiać, aby uzyskać coś w rodzaju mączki. Jedynie w zanętach karpiowych i leszczowych może być grubsza. Ważne też, żeby była świeża, a nade wszystko – z dobrego surowca: nie podpleśniałego, nie przypalonego, bez domieszki chleba. Kto chce więc mieć całkowitą pewność, że używa produktu właściwej jakości, powinien sam wysuszyć bułki możliwie świeże, nie zapleśniałe i nie przypalone, po czym przetrzeć je lub zemleć.
Chleb tarty. Zastępuje lub uzupełnia bułkę w zanętach leszczowych. Nie wymaga dodatkowego mielenia, bo leszcze akurat lubią nieco większe drobiny. Jeśli ma go być w zanęcie dużo, to trzeba ją zwilżyć z wyprzedzeniem – kilka godzin, a nawet cały dzień przed łowieniem. Chodzi o to, by woda dobrze wsiąkała i chleb napęczniał. W przeciwnym razie unosi zanętę – zdarza się, że całe kule wypływają. Długotrwałe moczenie znosi bez pogorszenia wartości tylko chleb niekwaśny. Kupowany u nas tego warunku na ogół nie spełnia; wystarczy namoczyć wieczorem, by rano móc już popijać kwas chlebowy.
Suchary mielone. Stosowane raczej jako domieszka do bułki lub chleba. Cenione przez większość ryb.

GRUPA II – WYPEŁNIACZE

Glina. Niegdyś bardzo popularna jako składnik spajający i obciążający, obecnie prawie wyszedł z użycia. Zamulając bowiem skrzela ryb utrudnia oddychanie. Następuje niedotlenienie organizmu, wskutek czego obniża się skłonność do żerowania. Ponadto glina obtacza inne składniki, jakby panieruje je, osłabiając ich oddziaływanie.
Piasek. Obciąża zanętę. Używa się materiału o średnicy ziaren do 2 mm. Należy go wypłukać, by oddzielić drobny piasek denny, który by jak glina ograniczał wymianę tlenową w skrzelach ryb.
Żwir. Grubsza frakcja piasku, o granulacji od 0,5 do 3 mm. W wielu recepturach wprowadzany zamiast gliny. Nie ma jej właściwości wiążących. Brak ten wyrównuje się dodając czegoś klejącego.
Ziemia. Używana do obciążania bez wiązania, a więc przede wszystkim w zanętach na wody stojące. Wielką wagę przywiązują do niej mistrzowie francuscy. Stosują jej do 60, a nawet 70 procent. Wyróżniają kilkanaście gatunków: lekkie, żyzne, z piaskiem itd. Szczególnie godna zalecenia jest ziemia z kretowisk. Przesiana i spulchniona przez krety, łatwo daje się rozrabiać, jeśli tylko nie zostanie zbytnio zwilżona; ma być na tyle tylko, by ściśnięta trzymała się, nie rozpadała. Nie wywiera żadnych oddziaływań niekorzystnych, nadaje się więc do wszelkich zanęt dennych.
Mąka kukurydziana. Cieszy się uznaniem wszystkich ryb. Obciąża ale nie klei. Ma więc zastosowanie we wszelkich zanętach, zwłaszcza dennych.
Mąka jęczmienna. Bardzo silnie klei. Do stosowania w zanętach dennych na wody bieżące, bez ograniczeń co do gatunku ryb.
Mąka ziemniaczana. Do zanęt leszczowych i płociowych. Tania, skuteczna i wydajna. Nie klei. Nie mylić z krochmalem, który – choć otrzymywany też z ziemniaków – ma silne właściwości klejące.
Kasza kukurydziana. Powszechne zastosowanie. Nie klei. Ma skłonność do unoszenia się, szczególnie zatem przydatna w zanętach pracujących nad dnem.
Kasza manna. Była powszechnie wykorzystywana jako składnik wiążący. Ostatnio stosowana rzadziej.
Mączka ryżowa. Działa przede wszystkim na ukleje, ale bywa też stosowana w zanętach dennych. Nie wykazuje właściwości wiążących. Tym się różni od kleiku ryżowego, którego skuteczność wędkarze określają hasłem do widzenia, za dwa tygodnie; nieopatrznie dodany do zanęty sprawia, że żadną miarą nie daje się ona strzepnąć z palców, a jeśli już – to na buty, zamiast do wody.

GRUPA III – SMUŻĄCE

Mleko w proszku. Ma dużą zwartość, ale zastosowanie ogranicza się na ogół do zanęt powierzchniowych, przede wszystkim uklejowych. Pełnotłuste ma silne właściwości klejące. Odtłuszczone i granulowane – nie klei. W wyższej temperaturze (czyli latem lub w podgrzanych wodach przyelektrownianych) dość szybko ulega fermentacji. Już po dwóch godzinach zatem może odstraszać ryby zamiast przyciągać; zanęta z bardzo dobrej zmienia się w bardzo złą.
Krew bydlęca. W wodach zanieczyszczonych podnosi wartość wszelkich zanęt, szczególnie w zimnych porach roku. Jedynie podczas tarła i latem działa odstraszające. Najdogodniejsza w postaci sproszkowanej, ale trzeba używać świeżo suszonej. Z pochodzącej z bakutilów można spokojnie korzystać tylko pod warunkiem, że została sporządzona zimą. W cieplejszych porach roku znikoma jest szansa, że do przetwórstwa nie użyto surowca nadpsutego. Jeśli mamy krew w postaci naturalnej, to mieszankę rozrabiamy nią samą, dla ułatwienia wymieszawszy ją najpierw z nie klejącym składnikiem neutralnym, np. z otrębami.
Ziemia okrzemkowa. Nadaje się do wszelkich mieszanek.
Kaolin (glinka). Występuje w wielu odmianach. W zasadzie wszystkie można stosować. Niektóre wykorzystuje się do rozjaśniania zanęt.
Torf. Tworzy ładną chmurkę. Przydatny zwłaszcza w wodach ciemnych, gdyż przyciemnia zanętę. Spośród trzech odmian: kwaśna (z torfowisk wysokich, bagnowych), obojętna i zasadowa (z torfowisk niskich) – nadaje się tylko ta druga.
Kreda. Służy do barwienia i tworzenia smugi. Stosowana w zanętach powierzchniowych.
Piasek (drobny – pytek). Jak ziemia okrzemkowa; tylko do obciążenia. Nie smuży.
Mączka mięsno-kostna. Podobnie jak krew bydlęca, daje bardzo dobre wyniki w wodach zanieczyszczonych, jak Wisła w okolicy Warszawy. W czystych, jak np. San, Dunajec, przeciwnie: wystarcza dać jej trochę – i ryby nie ma.

GRUPA IV – POBUDZAJĄCE

Płatki owsiane. Doskonale wzbogacają zanęty denne, zwłaszcza na leszcze, świnki, karpie. Dawkować trzeba ostrożnie. Po pierwsze, silnie sklejają, szczególnie po zmieleniu. W tej postaci zatem można je stosować tylko w wodach bieżących. Po drugie, sycą.
Siemię lniane mielone. Zjadane przez wszystkie ryby karpiowate. Szczególnie lubiane przez płocie. Zdaniem niektórych odstrasza natomiast leszcze. Mimo oleistego pochodzenia dobrze się miesza z rozmaitymi składnikami, może więc być wykorzystywane we wszystkich zestawach.
Siemię konopne mielone. Stosuje się surowe, zaparzone i gotowane (można zawekować wraz z wodą użytą do gotowania).
Otręby pszenne. Można używać do wszystkich mieszanek dennych. Nie sycą, mają własności rozpraszające. Wykorzystuje się je do przewietrzania zanęt, czyli nadawania im puszystości. Jak na wody bieżące powodują nieco zbyt szybki ich rozpad.
Mięso mielone (także rybie). Nadaje się na okres zimowy i raczej tylko w wodach bieżących.
Płatki ziemniaczane. Kleistość pośrednia między mąką ziemniaczaną a krochmalem (nie mylić z rozmaitymi płatkami, chrupkami itp.).
Słonecznik mielony. Działa szczególnie na ukleje, ale bywa też stosowany w mieszankach leszczowych.
Makuchy. Najlepsze są wytłoki konopne, ale z powodzeniem używa się także makowych, lnianych, słonecznikowych, sojowych. Można stosować w stanie czystym. Są w zakładach olejarskich, sprzedawane jako pasza.
Arachid. Popularne orzeszki ziemne, do zanęt używane bądź wprost, tylko zmielone (zawierają wtedy do 45 proc. tłuszczu), bądź w postaci śruty poekstrakcyjnej (1 – 2 proc. tłuszczu). Szczególnie skuteczne na płoć i leszcza, przy czym wabią ryby duże. Skutkuje na wszelkie ryby białe. Ma także właściwości smużące, a po namoczeniu – klejące. Zanęta z mączką arachidową przez kilka godzin po zarobieniu z wodą zachowuje spoistość normalną. Po nocy tężeje na beton.
Mąka kokosowa. Działa szczególnie na płoć. Bardzo dobrze utrzymuje się w toni. Używana do zanęt delikatnych, na wody płytkie, do łowienia przy powierzchni.
Sezam. W niewielkich ilościach daje dobry skutek. Skuteczny na wszystkie, karpiowate żerujące przy dnie. W zanętach wykorzystuje się grubo zmielone wytłoki poolejowe, dające gęstą, aromatyczną mączkę. Można też mleć ziarna. Łatwiej pójdzie, jeśli się je do tego zmiesza ze składnikami chłonącymi tłuszcze (otręby, bułka tarta). Dodatkową korzyścią jest, że przechodzą one zapachem sezamu.

GRUPA V – ZAPACHOWE
Nasiona anyżu. Już dość dawno temu rozpowszechniono opinię, że jest to zapach ulubiony głównie przez wędkarzy. Wygląda jednak na to, że przez ryby też – zwłaszcza przez płocie, w wodach bieżących. Wyraźną skuteczność wykazuje jednak raczej w wodach zanieczyszczonych chemicznie (fenolami, ropopochodnymi). W czystych czasem wręcz odstrasza.
Koper włoski. Skuteczny na płoć. Podzielone są zdania, czy bardziej w wodach głębokich, czy właśnie w płytkich.
Kminek. Przede wszystkim na leszcza w wodach głębokich, ale płoć też nie gardzi.
Wanilia. Przede wszystkim na karpia, ale w głębokich wodach dobra też na leszcza.
Olejek lawendowy. Przydaje zanęcie wyraźnego smaku. Kilka kropel wystarczy, by zamaskować zapach rąk człowieka – nawet przesiąkniętych tytoniem, którego zapach rybom zdecydowanie nie odpowiada.
Kolendra (nasiona, olejek). Działa szczególnie na leszcza.
Nostrzyk. O silnym zapachu siana, podnosi wartość niemal wszystkich zanęt. Dodatkowo zabarwia je na zielono, co w wielu wodach upodabnia je do dna. Ziele nostrzyka można kupić w sklepach zielarskich, czasem też w aptekach.
Kozieradka (ziele, nasiona). Zapach nieprzyjemny, ale najwyraźniej służący leszczowi, zdaniem innych – przede wszystkim płoci. Ale zdarzały się też bardzo dobre połowy uklei.

GRUPA VI ? SMAKOWE
Cukier puder. Poprawia skuteczność wielu zanęt. Nie należy jednak stosować w zbyt dużych ilościach. W pierwszej fazie klei, potem rozwadnia; zanęta wydaje się dobra, a po pół godzinie już okazuje się do niczego.
Biszkopty mielone. Przysmak wielu ryb. Można stosować w różnych zestawieniach, ale w małych dawkach. Mielenie łatwe, mieszanie – kłopotliwe.
Herbatniki. Po sproszkowaniu działają na ryby podobnie jak biszkopty. Silnie sklejają zanętę, wymagają więc równoczesnego stosowania składników rozpraszających.
Sól. Znajduje zastosowanie w nielicznych zanętach, między innymi dennych krąpiowych.

Poza tymi sześcioma grupami należałoby jeszcze wymienić dwa rodzaje składników. Jeden to przynęty zanętowe, których dodatek do gotowej mieszanki zawsze zanętę uatrakcyjnia. Najczęściej stosuje się wspomniane niewielkie białe robaczki i larwy ochotki. Do wszelkich zanęt gruntowych nadają się także dżdżownice. Trzeba je posiekać (bezpośrednio przed nęceniem), gdyż trudno inaczej uzyskać potrzebną drobniejszą postać. Rzadziej się używa kasz, ziaren, zacierek itp., a już całkiem rzadko rozmaitych nietypowych przynęt, jak larwy osy czy robaczki mączne.
Drugi z pominiętych składników to
woda. Istotne znaczenie ma zarówno jej jakość, jak ilość. To pierwsze raczej tylko w zbiornikach i rzekach czystych. Najlepiej w takich razach, by pochodziła ona z łowiska; innej ryby się brzydzą, jak powiadają dowcipnisie – lub też obca odstrasza ryby smakiem i zapachem, jak mówią wędkarze kochający powagę. Pochodzenie wody nie odgrywa roli przy łowieniu w rzekach silnie zanieczyszczonych. Takich, w których błona fotograficzna sama się wywołuje: główne biegi Odry, Wisły i wielu innych rzek nizinnych. W takich razach trzeba ją brać stąd, gdzie wygodnie.
Jeśli wolimy zanętę rozrobić w domu, to nie przejmujmy się: kranówa chlorowa w niczym nie będzie gorsza od rzecznej fenolowy.
Ilość wody natomiast zdecydowanie wpływa na spoistość zanęty. Ta sama mieszanina, nawilżona lekko, będzie na głębokość dwóch metrów opadała dobrą minutę; solidnie przemoczona – natychmiast znajdzie się na dnie.
Już z powyższego przeglądu można się zorientować, że podział na grupy nie jest ani ścisły, ani jednoznaczny. Ma charakter wyłącznie praktyczny. Poszczególne składniki pełnią różne role i często od naszych potrzeb zależy, czy potraktujemy któryś z nich bardziej – na przykład – jako smużący, czy jako wiążący. Nie wszystkie takie przypadki zostały zresztą uwzględnione. I tak: krew suszona nie tylko smuży, ale też się cechuje wyrażnym smakiem, co by ją kwalifikowało także do grupy VI. Przy łowieniu zaś na kostki krwi ściętej może równie dobrze służyć za przynętę zanętową.
Wykazowi powyższemu daleko także do kompletności. Ale też w miarę pełny opis choćby tylko tych składników zanętowych, które są dostępne u nas na miejscu, wymagałby wydrukowania osobnej książeczki. A gdzie miejsce na produkty u nas jeszcze nie rozpowszechnione, ale pozostające w stałym użytku wędkarskim? Na przykład preparat paszowy dla bydła i koni
PV-1, bogaty w proteiny i cukier w postaci melasy. Wykorzystuje się go bądź wprost jako kompletną kompozycję zanętową, bądź jako klejący dodatek do innych mieszanek (m. in. przy obciążaniu ich żwirem, mającym zastąpić glinę, ale pozbawionym jej właściwości wiążących). Albo guano – odchody ptaków morskich, od wieków się w grubych pokładach gromadzące u wybrzeży Ameryki Południowej. Na Zachodzie cenione jako tani nawóz, jest też do zanęt wykorzystywane jako składnik pobudzający. Nie na wszystkie wody się nadaje, bo silnie mieszankę zakwasza. U nas w podobny sposób wykorzystuje się wysuszony i sproszkowany nawóz gołębi.
Niekompletność wykazu wynika jeszcze z czego innego. Nigdy, mianowicie, nie należy zarzucać własnych poszukiwań. Mączka kokosowa trwale utrzymuje się w toni; ale czy tylko ona? Okazało się, że tę samą cechę wykazuje całkiem swojskie proso, byle należycie rozpylone. Ale znów: czy to koniecznie musi być jakaś mąka?
Wędkarze myślący nie ustają w dociekaniach. Ktoś samodzielnie sporządzający spławiki z pianki poliuretanowej (tzw. twardy styropian) zachował pył powstający przy ich szlifowaniu. Inny – pył korkowy otrzymany przy dorabianiu rękojeści do wędziska. Oba, dodane do zanęty, powinny wypływać, unosząc inne składniki. Jeszcze inny zainteresuje się pumeksem. Jeden z czołowych polskich wędkarzy spostrzegł, że mączka z drzew liściastych, w której przechowywał białe robaczki, zachęcająco przeszła ich zapachem. Próbował jej dodać. Smużyła pięknie, z widocznym zresztą skutkiem. Niestety, w następnych próbach sukcesu nie udało się odtworzyć. Dlaczego? Wdzięczne pole do doświadczeń.
Albo aloes, którego własności przeczyszczające są powszechnie znane. Jako taki, powinien – w znikomych dawkach – pobudzać ryby do żerowania. Do kupienia w aptekach, zielarniach. Czy nie warto wypróbować?
Wiele też zależy od jakości składnika. Wiadomo, że musi być świeży, nie skwaśniały, nie zjełczały. Tłuszczów z zapaszkiem ryby się boją. Nie ma żadnej przesady w sprawdzaniu, czy arachid zachował słodki smak – oznakę świeżości; czy kaszka kukurydziana nie zalatuje stęchlizną – a to się często zdarza, już w chwili kupowania. Nawet tak chwalona przynęta zanętowa jak ochotka potrafi zepsuć całą zabawę. Na ogół poprzestaje się na sprawdzeniu, czy jest ruchliwa. Tymczasem wytrawni wędkarze także ją wąchają. Przekonali się bowiem, że pochodząca z niewłaściwego podłoża (posunięty rozkład siarkowodorowy, nadmiar ścieków mleczarskich itd.) – zamiast wabić, odstrasza.
Zachowaniu świeżości sprzyja właściwe przechowywanie. I tak np. jełczenie postępuje tym szybciej, im większe rozdrobnienie. Skąd wniosek, że mleć trzeba możliwie późno, w granicach rozsądku, oczywiście. Co prawda, składniki niskiej jakości jełczeją prawie natychmiast po rozdrobnieniu, co zresztą pod znakiem zapytania stawia sensowność oszczędzania na zanętach. Trwałość można przedłużyć trzymając produkty w ciemności i szczelnie zamknięte, z możliwie małą ilością powietrza. Właśnie światło i tlen przyśpieszają jełczenie. Temperatura ma tu znaczenie uboczne. Jedna przynajmniej ulga: nie trzeba rodzinie zajmować lodówki.
To wszystko dotyczyło ochrony przed pogarszaniem jakości. Ale można ją też poprawiać. Na przykład – przez gotowanie niektórych składników, jak kasze czy siemię. Powoduje to spękanie błoniastej osłony komórek i wypłynięcie, wyzwolenie składników smakowych. Ryba nie musi czekać, ma gotowe. Tu znów rozpościera się pole dla doświadczeń. Można przecież próbować wszelkich sposobów kuchennych, łącznie np. z potrzymaniem ugotowanej kaszy w lodówce; każda gospodyni poświadczy, że przydaje to szczególnych właściwości – jeśli nie smakowych, to takich, jak podatność na mieszanie, ugniatanie itp.

ZESTAWIENIE

Oszołomienie wielością składników, stosowanych do sporządzania zanęt, skutkuje czasem w sposób zgoła humorystyczny. Spotyka się zapaleńców, którzy biegają zaaferowani, bo zdobyli już dwadzieścia kilka składników do zanęty – cud; ale jeszcze paru im brakuje. Otóż nie należy z tym przesadzać. Nie tylko dlatego, że nie potrzeba. Także dlatego, że stosowanie zasady szczypta każdego składnika doprowadza do skutku, jakiemu w jadłospisie ludzkim odpowiada podawanie śledzia z dżemem. Dobieranie kompozycji smakowych obowiązuje także w zanętach. Jest tylko o tyle trudniejsze, że ryby udzielają odpowiedzi pośredniej: biorąc lub nie.
Najprostszą zanętą bywają same tylko przynęty. Takie nęcenie stosuje się przede wszystkim przy łowieniu odległościowym, kiedy to zależy nie tyle na ściągnięciu ryb, co na przytrzymaniu ich i zachęceniu. Tak np. typowe dla metody angielskiej jest nęcenie białymi robaczkami. Dawniej używano dużych, haczykowych (gozzers), gdyż tylko one dawały się zarzucać na duże odległości. Wprowadzenie rozpuszczalnych w wodzie klejów do przynęt sypkich, np. Astucol, oraz też rozpuszczalnych folii, w które się zanętę owija, umożliwiło użycie do tego celu robaczków zanętowych (pinkies). Przy rzucaniu luźnych na duże odległości jedynie proca pozwala uniknąć nadmiernego rozrzutu. Kiedy nawet ona nie zapewnia należytego skupienia, może się posłużyć specjalnymi zasobniczkami, zakładanymi na haczyk i otwierającymi się po opadnięciu na dno
(rys. 2).

 


2. Zakładany na haczyk zasobniczek z zanętą luźną

 

Podobny charakter ma nęcenie bryłkami gliny lub ziemi z dodatkiem larw ochotki.
Niewiele bardziej złożone zanęty wykazują czasem skuteczność także przy łowieniu zwykłym, nie odległościowym. Jeden z czołowych zawodników francuskich świetne wyniki osiągał stosując receptury nadzwyczaj proste:

Denna płociowa

Chleb mielony – 1 cz.
Gotowane siemię konopne – 1 cz. Ziemia – odpowiednio do nurtu.

Denna leszczowa

Chleb mielony – 1 cz.
Gruba kasza kukurydziana gotowana – 1 cz. Ziemia – odpowiednio do nurtu.

Także jeden z naszych mistrzów piękne leszcze sprowadził zanętą nader nieskomplikowaną:

Leszczowa

Białe robaki – 1 cz.
Torf – 10 cz.
Olej słonecznikowy
Piasek – niewielki dodatek.

Proste zanęty mają jednak to do siebie, że wymagają dużego mistrzostwa w sporządzaniu i starannego dobierania składników. Przede wszystkim zaś dają wyniki w dość wąsko zakreślonych warunkach (niekoniecznie korzystnych). Zanęty bardziej uniwersalne (całkiem uniwersalnych nie ma) cechują się składem bardziej złożonym. Oto na przykład cztery recepty zanęt dla tych samych co powyżej gatunków ryb, na różne rodzaje wód:

Płociowa w wodach bieżących

Bułka tarta – 3 cz.
Herbatniki mielone – 2 cz.
Kasza kukurydziana – 2 cz.
Płatki owsiane mielone – 1 cz.
Mleko w proszku – 1 cz.
Siemię lniane mielone – 0,5 cz.
Konopie mielone – 0,5 cz.
Olejek anyżowy
Glina stosownie do prądu (im szybszy, tym więcej).

Płociowa w wodach stojących

Bułka tarta – 2 cz.
Biszkopty mielone – 3 cz.
Mąka kukurydziana – 1,5 cz.
Mleko w proszku – 0,5 cz.
Otręby pszenne – 2 cz.
Siemię lniane mielone – 1 cz.
Zapach (koper, kminek)
Ziemia z kretowiska stosownie do głębokości łowiska (im większa, tym więcej).

Leszczowa w wodzie bieżącej

Chleb mielony – 2 cz.
Bułka tarta – 1 cz.
Płatki owsiane mielone – 2 cz.
Płatki owsiane całe – 0,5 cz.
Mąka ziemniaczana – 1 cz.
Konopie mielone – 1 cz.
Olejek kminkowy
Glina odpowiednio do prądu

Leszczowa w wodzie stojącej

Bułka tarta – 3 cz.
Kasza kukurydziana – 2 cz.
Otręby pszenne – 2 cz.
Płatki owsiane całe – 1 cz.
Konopie mielone – 1 cz.
Olejek kminkowy
Ziemia z kretowiska według głębokości

Uważne ich porównanie pozwoli wyciągnąć wnioski co do komponowania składu zanęt w zależności od warunków. Znajomość zachowania się poszczególnych składników umożliwi z kolei wprowadzenie odpowiednich zmian w składzie. Z braku, na przykład, herbatników (choćby dlatego, że nie chce nam się mleć), można je w zanęcie płociowej na wody bieżące zamienić dalszymi dwiema częściami bułki tartej. Razem będzie jej wtedy 5 części. Całość natomiast straci nieznacznie na kleistości, co ewentualnie można będzie wyrównać zawartością gliny i stopniem nawilżenia.
Może być inny powód zmian. Orientujemy się, dajmy na to, że leszcze w rzece chodzą akurat wyżej, nie przy dnie. Usuniemy wówczas z zanęty chleb, dorzucimy natomiast biszkoptów mielonych, jako że mają one skłonność do pływania. Dla lepszego rozpraszania dodamy może mąki kukurydzianej, a dla wyrównania ubytku składnika zdecydowanie przez leszcze lubianego, jakim jest chleb, zwiększymy nieco zawartość konopii.
Dla porównania dwie receptury wędkarzy zachodnich.

Płociowa, wody stojące

Bułka tarta – 5 cz.
Mąka kukurydziana – 1,5 cz.
Płatki owsiane mielone – 1 cz.
Biszkopty mielone – 1,5 cz.
Mąka kokosowa – 1 cz.
Cukier

Leszczowe-krąpiowa, wody stojące i wolno płynące
Bułka tarta – 6 cz.
Suchar słodki mielony – 6 cz.
Biszkopt mielony – 5 cz.
Cukier puder – 1 cz.
Cukier krystaliczny – 1 cz.
Cukier waniliowy – 1 cz.
Na wody szybciej płynące trzeba dodać 2 cz. mąki kukurydzianej, 2 cz. chleba mielonego i 1 cz. czystego żwiru.

We wszystkich powyższych przepisach nie uwzględniono przynęt zanętowych. Są one bowiem w znacznym stopniu niezależne od składu mieszanki. Jedynie ochotki nie należy łączyć ze składnikami kwaśniejącymi, jak bułka, chleb, biszkopty. Nieszkodliwe dla niej są makuchy, siemię konopne, mąka kukurydziana. Dodatek przynęt żywych, jak właśnie ochotka czy białe robaczki, nie powinien być zbyt duży – 5 do 10 procent objętości. Przy większym zanęta się rozpada, trudno ją uformować. Można wprawdzie radzić sobie zwiększając kleistość, ale nie wygląda to na działanie nazbyt sensowne.
Podane przepisy należy traktować jedynie jako przykładowe. Nie tylko dlatego, że dotyczą wciąż tych samych dwóch gatunków. Także dlatego, że i tak receptę trzeba zawsze dobierać do konkretnych warunków. Jeśli zależy nam na którymś z gatunków, to musimy uwzględnić jego upodobania smakowe nie tylko w ogóle (np. skrzepnięta krew w wypadku klenia), ale także tu, gdzie zamierzamy łowić. Jednym z pospolitych błędów jest nieuwzględnianie faktu, że w wielu łowiskach ryby są wyraźnie przyzwyczajone do tego, co stosują stale w nich łowiący wędkarze. Nawet najlepszy przepis, z niebywałym powodzeniem sprawdzony gdzie indziej – tu okaże się bezużyteczny, jeśli nie zawiera tego właśnie składnika. We wspomnianych wcześniej krakowskich Bagrach będzie to np. ziemniak; w Sanie pod Przemyślem świnki przywykły do bułki, jeszcze gdzie indziej – brzany do kaszki kukurydzianej.
Doświadczenie podpowiada, że istotne znaczenie dla skuteczności zanęty ma także kolor. Zależność przy tym nie jest jednoznaczna. Dwaj bracia, obaj należący do naszej ścisłej czołówki wędkarskiej, łowili kiedyś obok siebie. Używali tej samej zanęty. Jeden, stojący poniżej, zabarwił ją na żółto. Drugi – na czerwono (barwnikami spożywczymi). Zdecydowanie lepszy połów miał ten od czerwieni. Kiedy jednak dla sprawdzenia zbadali zawartość przewodów pokarmowych złowionych przez siebie ryb, okazało się, że są one zapełnione wyłącznie zanętą żółtą. Czyli ryby u jednego jadły, u drugiego brały. Klasa obu wędkarzy wykluczała jakieś wyrażne błędy w łowieniu. Czyżby każdy z kolorów usposabiał do innego rodzaju żerowania?
Często kolor zanęty ma znaczenie po prostu takie, że upodabnia ją do podłoża. I znów – nie zawsze jest pewne, czy to dobrze. W niektórych wypadkach właśnie plamy wyraźnie odbijające od dna lepiej przywabiają ryby. Żywe zabarwienie z reguły natomiast przydaje atrakcyjności białym robaczkom zanętowym, tak jak i haczykowym. Na przykład zafarbowane na kolor bordowy są łykane przez leszcze natychmiast po wyjściu na wierzch zanęty.
Zdaniem wielu wędkarzy decydujące znaczenie dla atrakcyjności zanęty ma jej zapach. Nie należy jednak z nim przesadzać. Z dwojga złego lepsza niedoaromatyzowana.
Samodzielne zestawianie zanęt – nawet ze składników pospolitych – przeciętnemu wędkarzowi, zwłaszcza z miasta, nastręcza sporo trudności. Na każdym co prawda targowisku można kupić niemal wszystko, nawet soję czy konopie: tyle że albo hurtowo, albo drogo. Makuchy są przez zakłady olejarskie sprzedawane rolnikom na pasze i trudno urządzać po nie specjalne wyprawy; zwłaszcza że i ilości, jakich się potrzebuje, nie odpowiadają skali sprzedaży. Także otręby kupuje się za bezcen w młynach – ale na worki, nie na kilogramy.
Kolejny kłopot to uzyskanie właściwej postaci. Mielenie siemienia lnianego w domowym mikserze może obrzydzić wędkowanie. Ba, zwykłe sito do przesiewania choćby bułki tartej można często między marzenia włożyć. W dodatku trzeba być ze wszystkim na bieżąco. Nie da się raz na rok przygotować wszystkiego ile trzeba i mieć święty spokój. Zanęta musi być przecież świeża: żadnej stęchlizny, zjełczenia, skwaśnienia.
Wyjściem z sytuacji jest stosowanie gotowych zanęt, do wyboru, do koloru w każdym sklepie wędkarskim. Niektóre są doskonałe. Do wytwórcy jednej z nich zwrócił się kiedyś doświadczony zawodnik, wieloletni członek kadry w swoim okręgu, prosząco zmianę receptury. Jak powiadał z żalem, byle jacy zawodnicy osiągają z tą zanętą wyniki takie, że nie widać zasłużonej przewagi mistrzów. Była to oczywista przesada. Suchy proszek kupowany w torebce sam jeszcze zawodów nie wygrywa. Albo ci byle jacy nie byli tacy byle jacy, albo mistrzowie nie tacy znów mistrzowscy; cóż zresztą im przeszkadzało sięgnąć po tę samą zanętę? Niemniej, trafiwszy na tak dobry wyrób, można sobie znakomicie uprościć życie i zapewnić wyniki. Pod warunkiem jednak, że się umiało dostosować jego skład do konkretnych warunków, według zasad powyżej opisanych.
Należy też zdawać sobie sprawę, że liczy się nie tylko charakter, a zwłaszcza rybność łowiska, lecz także zagęszczenie łowiących. Kiedy stoją jeden obok drugiego, czego przykładem (nie najskrajniejszym) mogą być zawody, konieczne są zanęty skomplikowane i wyszukane; trzeba wabić lepiej niż konkurencja. Kiedy się jest samemu, może wystarczyć coś bardzo prostego, a w szczególnie sprzyjających okolicznościach można się nawet obejść w ogóle bez zanęty.

SPORZĄDZANIE

Same składniki, nawet najlepsze, nie zapewniają jeszcze właściwej jakości zanęty. Musi ona jeszcze być właściwie sporządzona. W przeciwnym razie, zamiast podsuwać rybom te nęcące propozycje, chlapie się kitem czy papką, zalegającymi dno bezużytecznie. Albo przeciwnie – rozpyla się zanętę po powierzchni wody, podczas gdy w wyznaczone miejsce dolatuje znikomy jej ułamek.
Zasadnicze znaczenie ma właściwa kolejność czynności. Zaczyna się od wymieszania składników spożywczych – najporęczniejszy do tego jest płaski pojemnik brezentowy. Następnie zwilża się je wodą -równomiernie, tak by nie powstały grudki ani nie pozostały miejsca suche. Dopiero teraz miesza się z ziemią. Nie ugniata się przy tym, tylko przegarnia. Uzyskuje się przy okazji napowietrzenie zanęty, staje się ona puszysta.
Trudno podać konkretne wskazówki co do właściwego rozrobienia. Wiele zależy od rodzaju zanęty oraz od łowiska. W różnych też miejscach żerują te same ryby. W dni parne np. unoszą się do powierzchni wody; mieszanka, by tam pracować, powinna być albo niedowilżona, albo mieć postać papki. W dzień słoneczny, zwłaszcza w upał, chronią się w warstwach głębszych, przydennych; zanętę trzeba nawilżyć tak, by do dna dotarła szybko, nie gubiąc po drodze zbyt dużej ilości składników.
Trzeba również pamiętać, że zmiana któregoś ze składników może spowodować konieczność dobrania proporcji innych niż raz ustalone: bułka z innego źródła to bywa całkiem inna bułka. Zawsze jednak należy zaczynać od zanęty niedowilżonej. Dowilżyć ją zawsze można. Po przekroczeniu natomiast pewnej zawartości wody, staje się nie do uratowania. Przekroczyć zaś ją łatwo, jeśli się nie uwzględni choćby wilgotności niektórych surowców. Np. woda z gotowanej kaszy nie od razu przejdzie do reszty składników. Dlatego po zmieszaniu jej z suchą zanętą warto odczekać z pół godziny, aż wilgotność się ustali. Może się okazać, że dodatkowej wody w ogóle już nie trzeba dodawać. Gdybyśmy ją zatem dolali nie czekając, zanęta byłaby przemoczona i nie do uratowania.
By ustalić punkt, do którego zanęta ma być dowilżona, trzeba zacząć od końca, czyli od sprawdzenia, jak spoista ma ona być. Zależy to głównie od dna i nurtu. Jeśli np. podłoże jest twarde, to silny prąd wody może kulę wytoczyć poza obręb łowiska. W tych warunkach powinna więc być mocno dociążona i odpowiednio sklejona. Przy dnie miękkim z kolei, np. mulistym, spoistość zanęty powinna być na tyle mała, by kula rozłożyła się na nim, nie grzęzła. Niejeden przegrał nie przez zły dobór składu zanęty, tylko przez mylną ocenę dna.
Ale dobre ułożenie kuli to dopiero początek. Trzeba jeszcze wiedzieć, co się z nią dzieje dalej. Informacji o tym może dostarczyć niewielka kulka kontrolna, położona przy brzegu, w miejscu widocznym. Ale przecież prąd jest tu inny. Może się zdarzyć, że tu zniknie, a w głębi jeszcze zostanie. I na odwrót. Nie zaszkodzi więc sprawdzić osobiście – tam gdzie to możliwe; i oczywiście nie podczas wędkowania, tylko, na przykład, dla urozmaicenia południowej przerwy w nim. Ot, zarzucić, a potem co jakiś czas dać nurka i zobaczyć, jak tam wygląda. Bywa, że na brzegu zanęta zakrawa na kit, a w wodzie już po niespełna godzinie nie ma po niej ani śladu.
Wiąże się to z różnorodnością prądów w wodzie. Nie tylko bieżącej; wytwarzają się one też w jeziorach. Nie zawsze możemy je rozpoznać po wyglądzie powierzchni lub zachowaniu spławika. Czasami o ich istnieniu przekonujemy się przypadkiem. Na przykład po niecelnym zarzuceniu i zagapieniu się mamy branie w miejscu całkiem nieoczekiwanym: dwa metry poniżej miejsca zanęcenia i trzy metry bliżej brzegu. Powtarzamy – i to samo. Okazuje się, że ryby stoją nie tu, gdzie położyliśmy zanętę. Tak ją po prostu zniosło.
To jeden z powodów, dla których nie należy sporządzać dużych kul. Te są bowiem bardziej poddane działaniu nurtu, tym przecież silniejszego, im dalej od dna. Małe w większym stopniu mieszczą się w warstewce martwej wody przy dnie. Niezależnie od tego dobrze jest trafić z zanętą na jakiś dołek lub inny punkt zatrzymania na łowisku. Z braku czegoś takiego próbuje się czasem rzucać zanętę w postaci bryły spłaszczonej, nie kulistej. Taki placek jednak opada ruchem kołyszącym, podobnie jak upuszczona kartka papieru. Nigdy więc nie wiadomo, gdzie osiądzie.
Dla utrzymania zanęty w miejscu stosuje się czasem siatki, talerzyki ze sterczącymi drucikami i inne urządzenia. Ich ogólną przywarą jest, że zarówno one same, jak i linka łącząca je ze stanowiskiem wędkarza (konieczna, żeby nie zostawiać po sobie śmieci na dnie), stanowią wdzięczną pułapkę na haczyki.
Inny rodzaj niespodzianek polega na tym, że brania następują powyżej miejsca położenia zanęty. To robaczki uciekają z niej, kierując się pod prąd. Rybom zaś najwidoczniej bardziej przypadły do gustu one niż nasza wyborna mieszanka.
Wiele jest jeszcze niewiadomych w trudnej sztuce nęcenia. Ogromnie dużo zależy od doświadczenia. Ale nawet wytrawnym mistrzom zdarzają się fatalne potknięcia. I oni często przeżywają rozterki: czy zaryzykować, starając się maksymalnie wykorzystać łowisko, czy może lepiej stonować, by go przypadkiem nie popsuć – na ten przynajmniej raz. Jakimś wyjściem z sytuacji bywa przygotowanie dwóch lub nawet trzech mieszanek, żeby się zabezpieczyć na wypadek skrajnie niekorzystnych splotów okoliczności; żeby ani łowienie nie skończyło się po dwudziestu minutach, ani zanęta nie zaczęła pracować dopiero po kilku dniach.
A i tak najpoprawniejsze jej zestawienie, przygotowanie i podanie mogą dać wyniki, lecz nie muszą. Coś tu bowiem do powiedzenia mają jednak ryby.

Poniżej zostały podane jakie zapachy wabią jakie ryby:
Anyż – karaś, krąp, płoć,
Cynamon – karaś, karp, krąp, leszcz,
Karmel – karaś, krąp, leszcz, lin, płoć,
Kminek – krąp, płoć,
Kokos – karaś, krąp, leszcz, lin, płoć,
Kolendra – leszcz, płoć,
Koper włoski – krąp, płoć,
Kozieradka – karaś, leszcz, lin, płoć,
Miód – karaś, karp, lin,
Nostrzyk – karaś, leszcz, lin, płoć,
Tutti-Frutti – karp, lin,
Wanilia – jaź, karaś, krąp, leszcz.

Poniżej zostały podane niektóre rodzaje przynęt wędkarskich znalezione w sieci:

Zanęta płociowa na wiosnę
500 g – drobno zmielone ciemne pieczywo
500 g – bułka tarta
250 g – mąka kukurydziana
100 g – mąka pszenna
100 g – Coco-Belge
250 g – mączka z orzechów arachidowych
100 g – konopie
Zapach – koper włoski.

Zanęta na ryby karpiowate
1,5 części bułki tartej
0,5 części mąki kukurydzianej
0,5 części kaszy kukurydzianej
1 część zmielonych płatków owsianych
0,2 części cukru
0,5 części mielonych nasion słonecznika
Zapach – wedle własnego uznania i w zależności od gatunku, na który się nastawiamy.

Zanęta płociowa
1 część mąki kukurydzianej
1 część bułki tartej
0,5 części kaszy kukurydzianej
0,5 części pokruszonych płatków owsianych
Zapach – nostrzyk.

Zanęta leszczowa
1 część kaszy kukurydzianej
1 część zmielonego suchego chleba
1 część bułki tartej
0,5 części mąki kukurydzianej
0,4 części pokruszonych płatków owsianych
Zapach – wedle uznania (wanilia, kolendra, kokos, cynamon, kminek).

Zanęta płociowa na jesień
0,5 kg – konopie
0,25 kg – prażone siemię lniane
0,5 kg – prażona tarta bułka
0,25 kg – biszkopt
0,25 kg – Coco-Belge
0,25 kg – mąka kukurydziana
Zapach (anyż, kozieradka, koper włoski).

Zanęta leszczowo-płociowa
Zagotować 3 litry wody i zalać 1 kg kaszy kukurydzianej. Odstawić na pół godziny.
Dodać 0,5 kg mąki pszennej
2 kilogramowe opakowania gotowej zanęty
0,5 opakowania kopra melasa
0,5 kg – konopi
Zapach – wedle uznania.

Zanęta płociowa na wody bieżące
3 części bułki tartej
2 części mielonych herbatników
2 części kaszy kukurydzianej
1 część płatki owsiane mielone
1 część mleko w proszku
0,5 części siemię lniane mielone
0,5 części konopie mielone
Olejek anyżowy
Glina stosownie do prądu.

Zanęta płociowa na wody stojące
2 części bułki tartej
3 części biszkoptów mielonych
1,5 części mąki kukurydzianej
0,5 części mleka w proszku
2 części otrębów pszennych
1 część siemię lniane mielone
Zapach (koper, kminek)
Ziemia z kretowiska stosownie do głębokości łowiska.

Zanęta leszczowa na wody bieżące
2 części chleba mielonego
1 część bułki tartej
2 części płatków owsianych mielonych
0,5 części płatków owsianych całych
1 część mąki ziemniaczanej
1 część konopie mielone
Olejek kminkowy
Glina odpowiednio do prądu.

Zanęta leszczowa na wody stojące
3 części bułki tartej
2 części kaszy kukurydzianej
2 części otrębów pszennych
1 część płatków owsianych całych
1 część konopie mielone
Olejek kminkowy.

Zanęta płociowa na wody stojące

5 części bułki tartej
1,5 części mąki kukurydzianej
1 część płatków owsianych mielonych
1,5 części biszkoptów mielonych
1 część mąka kokosowa
Cukier.

Zanęta leszczowo-krąpiowa na wody stojące i wolno-płynące
6 części bułki tartej
6 części suchar słodki mielony
5 części biszkoptu mielonego
1 część cukru pudru
1 część cukru krystalicznego
1 część cukru waniliowego
Na wody szybciej płynące trzeba dodać 2 części mąki kukurydzianej, 2 części chleba mielonego i 1 część czystego żwiru.

Zanęta powierzchniowa

50 % bułka tarta – bardzo drobne
50 % mąka kukurydziana
Dodatki smakowo-zapachowe
Olejek arakowy lub migdałowy.

Zanęta powierzchniowa
30% biszkopt – dobrze wyprażony i zmielony
30% mąka kukurydziana
25% bułka tarta – dobrze wyprażona i zmielona
10% siemię lniane – wyprażone i dobrze zmielone
5% kakao.

Zanęta denna rozpraszająca się
30% płatki owsiane
30% bułka tarta – gruba
20% chrupki kukurydziane – gniecione
10% mąka kukurydziana
5% otręby pszenne
5% wiórki kokosowe
Zapach owocowy.

Zanęta płociowa

30% bułki tartej
20% sucharków mielonych
10% konopi prażonych
5% mąki kukurydzianej
5% suchej kaszy kukurydzianej
5% mielonego i prażonego lnu
5% mielonych pestek z dyni
5% mielonego słonecznika
15% glinki rozpraszającej
Łyżka soli na 3 kg zanęty
Atraktor płociowy.

Zanęta na krąpie
40% tartej bułki
10% biszkoptu
10% prażonych konopi
10% PV-1
5% mąki kukurydzianej
5% prażonych i zmielonych wiórków kokosowych
5% mielonych pestek dyni
15% ziemi z kretowiska.

Zanęta karasiowa
5 szklanek gotowej zanęty bazowej
1 szklanka śruty kukurydzianej
0,5 szklanki śruty arachidowej
0,5 szklanki kopry-melasy
3 łyżki stołowe tłuczonych ziaren słonecznika
3 łyżki karmelu
Pół torebki cukru waniliowego
Łyżeczka olejku rumowego
0,75 szklanki kleju PV-1.

Zanęta letnia (uniwersalna)
25% – pieczywo jasne
15% – biszkopt
20% – kukurydza zanętowa
15% – soja
10% – kopra melasa.

Zanęta wiosenna
25-30% – kopra melasa
5-10% – PV1
5-10% – soja
15-20% – biszkopt
20-25% – grube otręby, kasza kukurydziana, wiórki kokosowe
Zapach: róża.

Zanęta na łowiska o dużej presji wędkarskiej
2,5 kg – pieczywa 1 kg – biszkoptów
1 kg – kaszy kukurydzianej
250 g – mączka arachidowa
2 kg – kukurydza konserwowa
0,5 litra – kastery
50 g – karmel
Zapach: wanilia.

Zanęta płociowa
30% bułka tarta
20% suchary
15% płatki kukurydziane
5% wiórki kokosowe
5% mąka kukurydziana
5% kleik ryżowy
5% anyż
5% koper włoski
5% kopra melasa
5% sól.

Zanęta leszczowa

40% bułka tarta
10% kasza kukurydziana
15% biszkopt
10% słonecznik
10% płatki owsiane
7% glukoza
5% mąka kukurydziana
3% przyprawa do piernika.

Zanęta linowo-karasiowa
30% bułka tarta
25% kasza kukurydziana
20% otręby
10% słonecznik
7% cukier puder
5% płatki owsiane
2% goździk
1% wanilia.

Zanęta karasiowa
5 szklanek jakiejkolwiek zanęty bazy,
1 szklanka śruty kukurydzianej
0,5 szklanki drobniejszej śruty arachidowej
0,5 szklanki kopry polskiej
3 łyżki stołowe tłuczonych ziaren słonecznika
3 łyżki karmelu Kremkusa
0,5 torebki cukru waniliowego
1 łyżeczka do herbaty olejku rumowego
0,75 szklanki kleju do zanęt PV6
1 szklanka otrębów pszennych.

Zanęta linowa
500 g gruba kasza kukurydziana
400 g drobno zmielona bułka (wyprażona)
250 g grubo zmielone wafle
150 g pokruszone płatki owsiane (muszą być dodane tuż przed zlepieniem kul zanętowych, aby nie złapały wilgoci)
150 g arachid mielony
50 g sproszkowany karmel
Kawałki czerwonych robaków.

Sprzęt
WĘDKA

Wędka – przyrząd służący do połowu ryb. Składa się z wędziska, do którego przymocowana jest żyłka wędkarska, na której końcu znajduje się haczyk wędkarski z przynętą. Zakłada się, że pierwowzór wędki powstał na Hawajach. Była to linka zakończona hakiem z przynętą, przyczepiona do łodzi i za nią ciągnięta. Typowej wędki zaopatrzonej w około półtorametrowe wędzisko z bambusa po raz pierwszy używano w Chinach. Dołączenie do linki z haczykiem wędziska zdecydowanie poprawia warunki i skuteczność połowu. Wędzisko przedłuża rękę, umożliwia celne zarzucenie przynęty wymachem, wbicie haczyka w wargi ryby (czynność zwana zacięciem), amortyzuje ruchy które ryba wykonuje usiłując uciec wędkarzowi i ściągnięcia jej do siebie (tzw. hol ryby) oraz wyciągnięcia ryby na brzeg, pokład lub do podbieraka (czynność zwana lądowaniem). Aby dobrze spełniać swoją rolę, wędzisko musi być jednocześnie w miarę lekkie, a równocześnie wystarczająco długie, wytrzymałe na pęknięcia i równocześnie elastyczne.
Tradycyjne wędziska wykonuje się z drewna (głównie bambusa) natomiast nowoczesne najczęściej wykonane są z kompozytów włókien węglowych (poprzednio stosowano włókna szklane). Długość przeciętnego wędziska wynosi ok. 3 metrów, ale spotyka się wędziska o długości 15 m, a nawet dłuższe. W tradycyjnej wędce żyłka jest mocowana bezpośrednio do szczytówki (na końcu wędziska). Wędzisko z kołowrotkiem posiada przelotki, przez które przewleka się żyłkę lub sznur oraz uchwyt do mocowania kołowrotka, na który nawija się żyłkę lub sznur.
Poniżej kilka rodzajów wędek.

Istnieje wiele rodzajów wędek w zależności od stosowanej metody połowu.
Rodzaje wędek i ich zastosowanie:

  • bat – jest to najprostszy rodzaj wędki. Ma ona długość od 2 metrów w górę. Bat pozbawiony jest przelotek oraz kołowrotka. Do końca szczytówki doklejony jest specjalny łącznik, pozwalający na zaczepienie żyłki. Taką wędką najczęściej łowi się w jeziorach lub kanałach metodą spławikową.
  • wędka spinningowa – zbudowana jest z włókna węglowego, lub, coraz rzadziej, ze szklanego i ma długość od 1,5 do 3 metrów. Służy do łowienia z lądu i z łódki. Przeznaczone do połowu ryb zarówno drapieżnych, jak i spokojnego żeru. Zbudowane podobnie jak wędki zwykłe, są jednak krótsze i bardziej wytrzymałe. Najczęściej mają kołowrotek średnich lub dużych rozmiarów. Używa się ich do łowienia we wszystkich typach wód.
  • wędka podlodowa – ma ok. 30 cm długości lub więcej i służy do łowienia z pod lodu. W pokrywie lodowej wierci się dziurę wiertłem. Wędki takiego typu najczęściej są bardzo małe i krótkie. Można na nie łowić na wiele sposobów – metodą spławikową, błystką, mormyszką itp. Wędki podlodowe są najczęstszym produktem i wymysłem samych wędkarzy. Do takiej wędki używane są bardzo małe kołowrotki (multiplikatory) z łożyskami albo malutkie plastikowe kołowrotki (multiplikatory) z bardzo prostym mechanizmem hamulca.
  • odległościówka – zbudowana jest z włókna węglowego. Może mieć budowę zarówno segmentową, jak i teleskopową. Odległościówki najczęściej mają małe przelotki na wysokiej stopce i długość powyżej 4 metrów. Posiadają kołowrotek łożyskowy i łowi się na nie, najczęściej na spławik, białą rybę. Jest to bardzo delikatna wędka, najczęściej używa się do niej lekkiego zestawu.
  • wędka muchowa (muchówka) – zbudowana najczęściej z włókna węglowego. Służy do połowu metodą sztucznej muchy. W zestawie muchowym używa się specjalnych kołowrotków o szpuli ruchomej i grubych linek muchowych, które pozwalają podać lekką przynętę na żądaną odległość. Na końcu krótkiego żyłkowego przyponu zamocowana jest mucha wędkarska, która imituje owada w różnym stadium jego rozwoju. Wędkarstwo muchowe jest bardzo widowiskowe i wymaga szczególnych umiejętności obserwacyjnych i zręcznościowych. Najczęstszymi rybami, które łowi się na muchę są pstrąg, lipień pospolity i kleń.

 

Szerszy opis wędziska


Wędzisko dawno już przestało być biernym przedłużeniem ręki łowiącego. Przy zarzucaniu działa jak sprężyna, oddając zestawowi energię nagromadzoną podczas wymachu. Przy prowadzeniu przynęty przekazuje sygnały ruchowe w jedną i drugą stronę. Podczas zacięcia i holowania łagodzi szarpnięcia ryby, chroniąc żyłkę przed zerwaniem.

Z tej różnorodności funkcji wynika rozmaitość wymogów, częstokroć sprzecznych. W praktyce, jak zwykle, albo próbuje się je możliwie pogodzić, albo rezygnuje się z jednych na rzecz drugich, decydując się na daleko posuniętą specjalizację. Przedmiotem stałego doskonalenia jest zarówno zasadnicza część wędziska, czyli tzw. blank, jak i jego wyposażenie dodatkowe, zwane uzbrojeniem (przelotki, rękojeść, uchwyt kołowrotka).

Długość

Cecha najszybciej się kojarząca z wędziskiem, dziś istotny problem stanowi tylko w niektórych zastosowaniach. Przede wszystkim w metodach klasycznych, spławikowych. Już w łowieniu potocznym, rekreacyjnym, często potrzebujemy długości 6 a nawet 7 metrowych, nieosiągalnych z użyciem tradycyjnych materiałów i technologii (przynajmniej bez wyraźnego pogorszenia innych właściwości). W praktyce wyczynowej nader często trzeba sięgać po wędziska 10 a nawet 14 metrowe. W zawodach europejskiej klasy mistrzowskiej nierzadko przeważają maszty jeszcze dłuższe, 16 metrowe, jeszcze kilkanaście lat temu wyrabiane tylko na specjalne zamówienie.

Chociaż te wędziska dłuższe niż 7 metrowe przydają się czasem także poza zawodami, wypada przed nimi przestrzec. Wymagają bowiem dużych umiejętności w posługiwaniu się. Wystarczy sobie uświadomić, że 2 cm ruch ręki trzymającej przy dolniku oznacza – przy przeciętnym rozstawie chwytu, już 20 cm skok szczytówki. Toteż bez odpowiedniego przygotowania nadmierna długość raczej przeszkodzi  niż pomoże. Co równie ważne: niezmiernie łatwo o uszkodzenie drogiego sprzętu, choćby wskutek uderzenia o twardą krawędź.
W pozostałych metodach długość nie przekracza tego, co było osiągalne od dawna. W odległościówce angielskiej i przystawkach rzadko przekracza 5 metrów. W muchówkach – nawet tego nie. W spinningu mieści się najczęściej między 2 a 3 metrami. W podlodówce bywa symboliczna: ok. 30 cm. W tych wszystkich zastosowaniach poszukiwania idą zatem w kierunku uzyskania jak najlepszych innych właściwości: lekkości, wytrzymałości, rodzaju ugięcia.

Z długością natomiast ściśle wiąże się inna cecha geometryczna: grubość. Wiadomo przecież, że musi ona maleć w kierunku od dolnika do szczytówki. Skutek tej zbieżności jest taki, że w wędziskach bardzo długich nadmiernie rośnie średnica uchwytu. Duży jest także opór powietrza. Zmusza on do dużego wysiłku w razie bocznego wiatru. Uniemożliwia też szybkie ruchy; to jeden z powodów, dla których długimi wędziskami nie wolno robić wymachów. Ale i przy krótszych pożądana jest jak najmniejsza grubość. Częstokroć bowiem operowanie nimi wymaga stałego wymachiwania (spinning, sztuczna muszka) i dobrze, jeśli przecinają powietrze z możliwie małym oporem. Cienkość osiąga się przez zastosowanie odpowiednich materiałów i konstrukcji, o czym niżej.

Akcja

Cecha bardzo ważna, a nadal jeszcze nagminnie lekceważona. Określa ona sposób, w jaki wędzisko ugina się pod obciążeniem
(rys. 1). Im mniejszy odcinek się poddaje, czyli im ono sztywniejsze, tym szybciej i precyzyjniej przenosi na zestaw ruchy ręki. Taka akcja sprzyja więc błyskawicznemu zacinaniu. Im większa część wędziska się ugina, tym bardziej opóźnione przekazywanie ruchów, ale też tym większa zdolność tłumienia szarpnięć. Czy to tych pochodzących od broniącej się ryby, czy tych spowodowanych nerwowym zachowaniem wędkarza. Taka akcja sprzyja więc łagodnemu zarzucaniu zestawu oraz ochronie żyłki przed zerwaniem.

W użyciu pozostaje kilka systemów nazywania i oznaczania akcji. U nas najbardziej się przyjął literowy: sztywna, szczytowa lub szybka – A (ugina się tylko krótki odcinek szczytowy), środkowa lub półsztywna – B (ugina się jedna trzecia długości) oraz dolna, paraboliczna albo powolna – C (ugina się prawie całe wędzisko). Tę ostatnią określa się czasem jako krowi ogon.

Niektórzy wytwórcy stosują skalę czterostopniową, w której akcję największą oznacza się literą D. Niektóre firmy z kolei używają oznaczeń cyfrowych; poszczególne liczby oznaczają ciężar, powodujący znamionowe ugięcie ustalonego odcinka. 4,5-5 odpowiada tu akcji A, 3,5-4,0 – B, 2,5-3,0 – C, 1,5-2 zaś – D. A i B bywają też zwane akcją amerykańską, C – niemiecką, D – angielską. Tę ostatnią, dawniej zwaną też francuską, spotyka się w wędziskach muchowych. Cechuje się ona ugięciem nierównomiernym: większym w części dolnej niż w górnej, przez co powstaje charakterystyczne załamanie.

1. Uginanie się wędziska
a – zasada określenia zwisu, b – akcja wędki (A, B, C, D)

Pożądaną akcję uzyskuje się przez nadawanie poszczególnym partiom wędziska odpowiedniej zbieżności i grubości ścianek, a także przez dobieranie materiałów. Dostosować ją należy przede wszystkim do rodzaju łowienia, o czym w odpowiednich rozdziałach. Ale także do własnych umiejętności i rodzaju reakcji ruchowych. Początkujący oraz impulsywni powinni unikać zbyt sztywnej. Flegmatycy zaś niech się właśnie ku niej skłaniają, gdyż wyrówna niedostatki refleksu, które miękka spotęguje. Akcję miękką można przy zacięciu przyśpieszyć. Polega to na wykonaniu szybkiego ruchu w kierunku przeciwnym, czyli w dół. Na zasadzie reakcji szczytówka wykonuje wówczas wahnięcie w górę. Nie jest to praktyka godna zalecenia. Zawodna, a w dodatku skutkuje niewłaściwymi nawykami ruchowymi.

Wytrzymałość

Trzeba wyróżnić dwa rodzaje obciążeń, jakim wędzisko jest poddawane: statyczne i dynamiczne. Z pierwszymi mamy do czynienia np. podczas jednostajnej ucieczki ryby. Z drugimi – głównie przy zarzucaniu wędki.

Miarą wytrzymałości na te pierwsze jest tzw. siła użytkowa. Po jej przekroczeniu grozi zniszczenie wędziska. Niekoniecznie musi ono polegać na złamaniu lub pęknięciu. Zmiany wewnętrzne także czynią je niezdatnym do użytku – np. wskutek miejscowego osłabienia lub utraty elastyczności. Wyznaczenie siły użytkowej jest trudne. W literaturze wędkarskiej spotyka się wprawdzie wskazówki co do tego. Sprowadzają się one do poszukiwania obciążenia, pod którym szczytówka ugnie się do kąta prostego względem osi wędziska. Nie zawsze jednak jest ono równoważne sile użytkowej. W praktyce zresztą jej poszukiwanie nie ma specjalnego znaczenia, gdyż wytrzymałość żyłki i tak jest zwykle niższa. Niemniej trzeba unikać nadmiernego obciążenia – np. unoszenia ryby nieco większej, forsowania zaczepu.

Szczególnym rodzajem obciążenia statycznego jest własny ciężar wędziska. Oddziałuje on najmocniej, kiedy trzyma się je poziomo. W wyniku tego powstaje pewien zwis, zależny od ciężaru, sztywności i długości. Wyraźnie zauważalny staje się przy długościach większych, charakterystycznych dla łowienia spławikowego. Jako znormalizowaną jego miarę przyjmuje się wysokość uniesienia najwyższego punktu wędziska, trzymanego tak, by końce dolny i górny znalazły się na jednym poziomie (rys. 1a).

Wytrzymałość na obciążenia dynamiczne określa maksymalny ciężar wyrzutowy. Proporcja, w jakiej pozostaje on do siły użytkowej, zależy od rodzaju wędziska. Przy spinningowych jest na ogół ok. pięćdziesięciu razy mniejszy. Oznacza największy dopuszczalny ciężar zestawu, jaki można zarzucać z wykorzystaniem sprężystości wędziska. Dotyczy więc głównie spinningu, sztucznej muszki i metod odległościowych. W wypadku długich wędzisk do łowienia spławikowego sama ich masa przekracza tę wartość – i to główny powód, dla którego nie wchodzi w grę zarzucanie nimi zestawu, o czym wcześniej napisałem.

Większość szanujących się wytwórców podaje maksymalny ciężar wyrzutowy swoich wyrobów. Jego przekroczenia można się dopuścić tylko pod warunkiem, że zarzucać się będzie w sposób zbliżony do statycznego. Na przykład – przez włożenie zestawu do wody, albo przez zastosowanie specjalnej techniki; wędkarze warszawscy z powodzeniem opanowali dalekie zarzucanie ciężarków prawie ćwierćkilogramowych z użyciem wiotkiego radzieckiego wędziska teleskopowego. Trzeba się jednak z tym liczyć, że każdy nieopatrznie energiczny ruch może oznaczać złamanie kija; nie takie wszelako, jakiego się życzy w popularnym pozdrowieniu wędkarskim. Większość producentów oprócz maksymalnego podaje także minimalny ciężar wyrzutowy. Tu chodzi nie o zabezpieczenie wędziska, lecz o wykorzystanie jego sprężystości. Pod niższym po prostu się nie ugnie. To zaś oznacza ograniczenie donośności i celności rzutu.

Wyważenie

Dla wygody i skuteczności operowania wędziskiem znaczenie ma nie tylko ciężar, ale i jego rozłożenie. Tak dalece, że swego czasu dociążano stopkę; mimo ogólnego zwiększenia masy lżej się trzymało. W spinningu i sztucznej muszce za przeciwwagę służy kołowrotek. W wędziskach długich wyważenie stanowi cechę konstrukcyjną, na którą należy przy zakupie zwracać uwagę taką samą, jak na akcję, sztywność, lekkość.

Materiały

Do przeszłości należą tworzywa tradycyjne, jak drewno rodzime, zdrewniałe trawy (bambus, tonkin), czy krótko w historii wędzisk obecne metale. Oczywiście, z braku wyboru spotyka się jeszcze niektóre z nich. Porządna konstrukcja, np. z dolnikiem jesionowym, środkiem leszczynowym i szczytówką jałowcową, może się zresztą okazać lepsza od podejrzanej teleskopówki. Zwłaszcza jeśli wykonawca miał cierpliwość wydrążyć grubsze elementy, zmniejszając w ten sposób masę i zwiększając sztywność. Niejeden też wędkarz, zwłaszcza starej daty, najchętniej posługuje się doskonałą choć przyciężkawą klejonką.

Ogólnie jednak wśród materiałów wędzisk królują tworzywa syntetyczne. W nielicznych już tylko konstrukcjach mają postać litego pręta. Zdecydowanie przeważają wyroby w postaci cienkościennych rurek. Lekkie, mocne, a przy tym trwałe bez specjalnej konserwacji, tak uciążliwej w wypadku wędzisk z materiałów naturalnych. Podstawowym tworzywem jest żywica epoksydowa zbrojona włóknem szklanym lub poliestrowym. Ona, odporna na ściskanie, pełni rolę taką jak beton w żelbetonie lub lignina w drewnie. Ono, odporne na rozciąganie, pełni rolę – odpowiednio – zbrojenia stalowego lub włókien celulozy. To połączenie własności pozwoliło właśnie długość wędzisk, w tradycyjnym wykonaniu ograniczoną do niespełna 5 metrów, powiększyć do metrów 8, a w najwyższej klasy wyrobach nawet do 9 z jednoczesnym utrzymaniem w dopuszczalnych granicach zarówno ciężaru (niewiele ponad kilogram), jak i średnicy chwytu (do 5 centymetrów). W wędziskach krótkich możliwe stało się uzyskanie nieosiągalnych dotąd właściwości: lekkości, wytrzymałości, cienkości. Jednocześnie otworzyły się nowe możliwości kształtowania akcji.

Dalej rozwój poszedł w dwóch kierunkach. Jeden to doskonalenie struktury. Wykorzystano mianowicie tworzywa tzw. kompozytowe (niektórzy zetknęli się z nimi w gabinecie dentysty). Stanowią one jakby graniczny etap zagęszczenia zbrojenia. Wiadomo, że np. w żelbetonie kilka prętów cieńszych daje wytrzymałość znacznie wyższą niż jeden gruby, mimo że łączny przekrój jest ten sam. Po prostu materiał jest bardziej jednorodny. Nie jest tak, że znaczna jego część ma właściwości samego tylko betonu, a więc jest krucha, inna zaś samej tylko stali, jest więc podatna na ściskanie. W kompozytach poszczególne składniki przenikają się już w obrębie cząsteczek chemicznych (olbrzymich, bo chodzi przecież o polimery). Daje to wyniki nadzwyczajne.
Wędziska z takich materiałów (oznaczane nazwą composite lub jej odmianą językową) odznaczają się cechami zgoła niezwykłymi. Na przykład łączą miękkość i elastyczność, zapewniając tłumienie drgań. Coś jak amortyzatory samochodowe, poddające się miękko przy wyboju, ale potem twardo się opierające kolejnym wahnięciom. Niewiele, doprawdy, przesady zawiera slogan reklamowy o wędziskach z kompozytów inteligentnych.

2. Budowa wędziska z kompozytów
a – powstawanie pęknięć wzdłużnych przy uporządkowanym układzie włókien,
b – układ whiskerowy z płaszczem falistym (kulki symbolizują wypełniacz węglika krzemu),
c – struktura wędziska whiskerowego z oplotem kewlarowym.

Drugi kierunek polegał na wprowadzeniu nowych włókien o skrajnie wysokiej wytrzymałości – węglowych i w mniejszym zakresie, borowych. Wyroby z pierwszymi mają w nazwie człon carbo lub graphite, z drugimi – boron. Długość wędzisk do metody klasycznej osiągnęła kilkanaście metrów (do 11 w wyrobach względnie popularnych, 16 – w wyczynowych). Na ogół stosuje się tu włókno węglowe lub mieszanki z jego przewagą. Borowe, jako droższe, spotyka się raczej w wędziskach mniej materiałochłonnych: spinningowych, muchowych.

Przykładowy układ materiałów w ściance wędziska widać na (rys. 2). Wzdłużne struny epoksydowe i wzmacniające drobiny wypełniacza (węglika krzemu) są spojone włóknami węglowymi. Całość otacza falisty płaszcz o wysokiej sprężystości.

Na oddzielne omówienie zasługuje tu układ włókienek węglowych. Nie od razu był on taki, jak widać na rysunku. Początkowo były one uporządkowane, zwrócone wzdłuż osi wędziska. Dawało mu to wysoką wytrzymałość na zginanie, ale nie chroniło przed siłami bocznymi, powodującymi spłaszczanie. A przecież działają one nie tylko przy np.: prostackim nadepnięciu, ale także wskutek wyginania wędziska (rys. 2a). Łatwo to sprawdzić przez zgięcie cienkościennej rurki igelitowej. Toteż wędziska z równoległym układem włókien są podatne na pęknięcia wzdłużne, powodowane rozstępowaniem się strun epoksydowych w części bocznej.      Przywarę tę udało się usunąć po uzyskaniu widocznego na rysunku nieuporządkowanego układu włókienek. Odpowiada on znanej w metalurgii strukturze włośnicowej i tak jak ona został z angielska nazwany whiskerowym. W wędziskach typu Whisker (czyt. łisker) struny zostały zatem przewiązane także poprzecznie. Podniosło to wytrzymałość na zgniecenie oraz nadało większą sztywność.

Niezależnie od tego wytwórcy wędzisk szczególnie wysokiej klasy nie zrezygnowali ze wzmacniania płaszcza zewnętrznego. Wyniki szczególnie imponujące dało zastosowanie oplotu z kompozytowego włókna o firmowej nazwie Kevlar, opracowanego przez amerykański koncern chemiczny Du Pont dla potrzeb techniki satelitarnej. Uzyskano w nim niewiarygodny stosunek sztywności do ciężaru. Stal, mająca gęstość 7,85 g/cm3 (czyli centymetrowy sześcian waży bez mała 8 gramów), daje wytrzymałość na zerwanie równą 60 hektobarom. Tak zwane wysokomodułowe włókno węglowe – odpowiednio 1,95 i 200. Czyli jest czterokrotnie lżejsze i jednocześnie przeszło trzy razy mocniejsze. Kevlar zaś – 1,45 i 340; pięć razy od stali lżejszy i prawie sześć razy mocniejszy. Nic dziwnego, że zastosowanie go w karoserii samochodu Audi Quatro pozwoliło jej masę zmniejszyć o 200 kg. Wykorzystują to tworzywo także konstruktorzy najwyższej klasy jachtów regatowych – do żagli oraz olinowania.

Dla porównania z innymi nowymi materiałami stosowanymi w wędziskach: podczas gdy moduł sprężystości (wielkość pośrednio charakteryzująca wytrzymałość na zerwanie) wspomnianego węglowego włókna wysokomodułowego wynosi 38 (pomińmy jednostki), a jego zmodyfikowanej wersji Vl-IM (ang. Very High Module = Bardzo Wysoki Moduł) – 50 przy gęstości 1,91 (czyli sporo mocniejsze choć nieznacznie lżejsze), to dla zwykłego włókna węglowego o wysokiej wytrzymałości wynosi on zaledwie 23,5; jednakże jest ono znacznie lżejsze – gęstość.1,78. Włókno szklane natomiast, o gęstości aż 2,54, ma moduł równy 7,3. Różnica widoczna aż za dobrze.

Ten przegląd właściwości, może nużący dla nieobytego z wielkościami fizycznymi, pozwala zrozumieć, dlaczego w wypadku ośmiometrowego wędziska z żywicy zbrojonej szkłem za duże osiągnięcie uważano uzyskanie ciężaru 1350 g przy 5-cm średnicy chwytu, podczas gdy jedenastometrowy Whisker Kevlar waży zaledwie 725 g i w najgrubszym miejscu ma średnicę 3,5 cm. Wszystko razem, oczywiście, przy idealnej pracy całości.

Belgijska firma Browning, znana też z produkcji broni myśliwskiej, a wykorzystująca osiągnięcia francuskiego programu kosmicznego Arianne, wymiennie z otuliną kewlarową stosuje spiralną owijkę z tytanu. Jej Spiral Pro Titanium waży 570 g przy długości 9,4 m (niewiele więcej niż 4-metrowy bambus) oraz 740 g przy 10,7 m. Zwis wynosi odpowiednio 6 cm (najwyższy punkt w odległości 4,4 m od górnego końca) oraz 11 cm (4,7 m od końca). Praktycznie zatem wędzisko trzymane poziomo nie ugina się; 1-procentowy zwis jest niemal nie do zauważenia. Środek ciężkości w wersji krótszej wypada 3,13 m od stopki, w dłuższej – 3,62. W połączeniu z niewielką (ok. 3 cm) średnicą chwytu daje to dużą wygodę łowienia.

Oprócz tych wędzisk Formuły 1, niezwykle kosztownych (do półtora tysiąca i więcej dolarów) i w łowieniu potocznym, użytkowym, niezbyt przydatnych, wytwarza się różne bardziej popularne: od tradycyjnych niejako z włóknem szklanym, do zawierających mniejszą lub większą domieszkę węglowych czy borowych. Właściwości pozostają na ogół w proporcji do ceny. Może nawet zanim książka ta dotrze do czytelników, już któreś z rzadkich tworzyw spowszednieje i potanieje, pojawi się jakieś nowe. Dziś wszystko idzie szybko. Poszukiwania przecież trwają.

Złącza

Coraz rzadziej stosuje się złącza metalowe. Tradycyjne skuwki, w postaci cienkościennych rurek mosiężnych, praktycznie się skończyły wraz z drewnem czy bambusem jako materiałem konstrukcyjnym. Ich pogrubione odmiany spotyka się jeszcze w wędziskach krótkich: spinningowych, muchowych, morskich.

Zdecydowanie przeważają obecnie złącza z materiału samego wędziska, co najwyżej wzmocnione na końcach cienkościennymi pierścieniami metalowymi lub omotkami. W wyrobach wyższej klasy ich współpracujące powierzchnie modyfikuje się tak, aby uzyskać pewne trzymanie, a jednocześnie łatwe rozłączanie. Sama konstrukcja różni się w różnych rodzajach wędzisk. W długich, do łowienia klasycznego (czyli o pracy głównie statycznej) spotyka się tylko dwa rodzaje złączy: teleskopowe i nasadowe. W obu segmenty cieńsze na czas transportu i przechowywania chowa się w grubszych, co jest bardzo wygodne. Teleskopowe dodatkowo bardzo łatwo się obsługuje. Przy rozkładaniu wysuwa się po prostu kolejne segmenty do góry, poczynając od szczytówki, i zaciska. Przy składaniu równie prosto chowa się je po rozdzieleniu jeden w drugi, w odwrotnej kolejności. Kusi to niektórych do nonszalanckiego rozkładania przez energiczny wymach wędziska trzymanego poziomo, składania zaś – przez uderzenie o ziemię trzymanym pionowo. Wypada przestrzec, że łatwo przy tym o trwałe uszkodzenie.

W porównaniu z tymi wędziska nakładane (czyli o złączach nasadowych) wydają się mniej wygodne. Każdy segment trzeba bowiem z osobna, po wysunięciu przez dolny otwór grubszego, nałożyć na górną jego część. Przy składaniu – odwrotnie. Niemniej ten system ma poważne zalety.

Wiążą się one z zasadniczą zmianą funkcji złącza. Tradycyjnie stanowiło ono zło konieczne; jakoś przecież trzeba wędki przewozić, przenosić, przechowywać. Możność składania opłacano pogorszeniem właściwości wędziska; każde złącze w najlepszym razie miejscowo je usztywniało, a często także osłabiało. Pomińmy już dokuczliwe kłopoty eksploatacyjne, jak wrażliwość na zanieczyszczenie, luzowanie się lub zakleszczanie itd. One zresztą pozostały. Wykorzystano natomiast złącze jako element pozwalający uzyskiwać dodatkowe efekty konstrukcyjne i użytkowe.

I tak w wersji nasadowej pozwala ono zmniejszyć zbieżność całości, przy nie zmienionej zbieżności poszczególnych segmentów. Z czystej geometrii wynika, że wędziska nasadowe pozostają prawie cylindryczne nawet przy znacznej długości. Teleskopowe z konieczności mają zbieżność znacznie większą. W miarę zbliżania się do dolnika ich średnica wzrasta tak dalece, że uciążliwe staje się trzymanie. Praktycznie długością graniczną jest w tym wypadku 9 m i to przy ściankach tak cienkich, że łatwo je zgnieść przez zwykłe ściśnięcie w dłoni. Toteż dolnik w wyrobach wysokiej klasy jest pogrubiony. Firmy drugorzędne nie bawią się w takie subtelności. Wypuszczają teleskopy toporne, o jednakowej grubości ścianki na całej długości, a więc niepotrzebnie wytrzymałe, a za to ciężkie i obwisłe.

Stąd prosty wniosek, że wysokiej klasy wędziskami teleskopowymi można łowić, jeśli są kompletne. Skracanie przez odjęcie dolnego segmentu grozi zniszczeniem – choćby przy energiczniejszym wymachu.

Możliwość taką – skracania – dają natomiast nakładane. I to druga ich poważna zaleta. Mniej tu zresztą chodzi o wszechstronność zastosowania, choć tego też nie należy lekceważyć, kiedy się kupuje coś tak drogiego. Bardziej natomiast – o możliwości skracania podczas łowienia. Chodzi o tzw. zestaw skrócony.

Wszystko to nie znaczy, że należy odrzucić wędziska teleskopowe. Do długości 8 m wady ich mniej się dają we znaki, pozostają natomiast zalety. Także w dłuższych złącza takie są nader często stosowane, tyle że nie na całej długości, jedynie w kilku segmentach najwyższych. Dolne są nasadowe. Część szczytowa odznacza się zatem lekkością i sztywnością, zawdzięczaną konstrukcji teleskopowej, środkowa i dolna – wytrzymałością i rozbieralnością.

W każdym wypadku trzeba się dokładnie upewnić co do rodzaju poszczególnych złączy. Często bowiem dają się one złożyć niewłaściwie, na odwrót, co zazwyczaj kończy się uszkodzeniem. W nowych modelach rozróżnienie o tyle nie sprawia kłopotu, że wyraźnie odbija się wyglądem matowa powierzchnia robocza, na końcu zewnętrznej zaś można wypatrzyć opaskę metaliczną – mimo że przez obróbkę anodową nadaje się jej fakturę i kolor bardzo zbliżone do reszty segmentu.

Złącza teleskopowe wprowadza się także do wędzisk spinningowych i innych krótkich, z myślą o znacznym zmniejszeniu długości podróżnej. Określa się je czasem nazwą wędzisk delegacyjnych, jako że mieszczą się w teczce. W katalogach natomiast spotyka się nazwę Smuggler – (ang. przemytnik). Na ogół jednak wygodę przewożenia opłaca się tu wartością użytkową: nie najlepsze rozmieszczenie przelotek, dość przypadkowa akcja.
Toteż w wędziskach krótszych i cieńszych, pracujących przede wszystkim dynamicznie, złączy teleskopowych na ogół się nie stosuje. Jeśli nawet mają one zbliżoną postać, tzn. górny koniec dolnika obejmuje dolny koniec szczytówki, to wciska się je od góry, nie zaś przez wysuwanie jednego elementu z drugiego. Jest to więc jak gdyby odwrócone złącze nasadowe. Spotyka się je często, m.in. w serii CF (Carbon Fibre = włókno węglowe) firmy DAM. Na złączu pojawia się w tym wypadku schodek, o wysokości zależnej od grubości ścianki segmentu dolnego.

Tradycyjnymi ale już przez producentów zarzuconymi złączami były w takich wędziskach tulejki metalowe. Ta kończąca segment niższy ma średnicę stopniowaną. Tylko w ten sposób, wobec koniecznej grubościenności rurki (wytrzymałość) można połączyć końce jednakowo grube. Przy użyciu rurki prostej, dolny koniec wyższego z łączonych segmentów musiałby być o tę grubość ścianki cieńszy. Albo trzeba by się więc pogodzić z wyraźnym osłabieniem, albo – z niekorzystnym skokiem średnicy wędziska w miejscu połączenia. Niektóre wytwórnie wzbogacały to złącze w dodatkowe zabezpieczenia i wzmocnienia. Lepsze przyleganie metalu do blanku uzyskuje się, na przykład, przez uformowanie specjalnych ząbków. Dla ochrony przed wypadaniem szczytówki (przy energiczniejszym wymachu) wbudowuje się zatrzaski sprężynowe. Jeden z takich, pod nazwą Lockfast joint, stosuje firma Hardy, razem zresztą ze wspomnianymi ząbkami. Firma Mitchell z kolei w wędziskach serii DF tulejki metalowe uzupełnia zabezpieczeniem gwintowanym.

Przy tych wszystkich ulepszeniach pozostają nie usunięte zasadnicze wady złączy metalowych. Przede wszystkim – szybkie zużywanie przy intensywnym użytkowaniu. Kłopotliwe jest jednocześnie usuwanie powstałych luzów. W praktyce osiąga się to wyłącznie przez elektrolityczne pogrubienie tulejki górnej. Jeśli ma ona denko (wersja szklankowa), to nawet nie trzeba jej w tym celu zdejmować.

Od tego rodzaju niedogodności wolne jest złącze czopowe; od dawna znane i coraz szerzej stosowane. istotnym jego elementem jest czop, najczęściej z tworzywa takiego samego jak wędzisko lub zbliżonego. Jest on na stałe wklejony w dolny z łączonych segmentów. Górny się naciska. Kawałek czopu musi jednak pozostać odkryty. To nie schodzenie się krawędzi górnej z dolną może sprawiać wrażenie niedopasowania. Jest jednak konieczne. W miarę zużywania zbliżają się one. Jeśli się zejdą, to już po wędce. Dlatego trzeba pilnować złącza i zawczasu czop pogrubić. W wędziskach zbrojonych włóknem szklanym można w niego wetrzeć nieco żywicy epoksydowej, a po stwardnieniu lekko przeszlifować drobnym papierem ściernym – do uzyskania pierwotnej odległości między krawędziami segmentów. Lepszy skutek osiąga się smarując czop woskiem pszczelim. Jest on niezastąpiony zwłaszcza w wędziskach z włóknem węglowym, twardym i wykruszającym epoksyd.

W niektórych wędziskach (DAM, Sportex Shakespeare’a) czop jest zakończony grzybkiem gumowym o nieznacznie większej średnicy. Chroni on przed wypadnięciem szczytówki, za także przed zbytnim zbliżeniem segmentów. Ponadto, wciśnięty w szczytówkę, nadaje połączeniu elastyczność.

Powierzchnie złączy z jednakowych materiałów mają często skłonność do zakleszczania się. Toteż firma Mitchell stosuje czop z odpowiednio dobranego stopu metalowego. Spotyka się go przede wszystkim w wyrobach z włókna węglowego lub borowego.

Firma Fenwick z kolei wprowadziła odwrócone połączenie tulejkowo-stożkowe. Nazwano je Ferrule. Polega na tym, że cieńszy dolnik wchodzi w rozszerzoną szczytówkę. Właściwą wytrzymałość osiąga się przeważnie w wędziskach z włókna węglowego. Podobne rozwiązanie stosują wytwórnie Germina i ABU. Ta druga połączyła dwa rodzaje złączy: czop wchodzący w szczytówkę z mufą Ferrule obejmującą dolnik. Całość ma niewątpliwe zalety w postaci zwiększonej wytrzymałości. Zwiększa się jednak ciężar wędziska i pogarsza akcje. Mufa ponadto, bardzo cienka, jest podatna na wyszczerbienie podczas transportu. Wskazane więc byłoby zabezpieczyć ją przez naklejenie cienkiego, dokładnie dopasowanego pierścienia metalowego. Niestety, oznacza to dalsze dociążenie.

Przelotki

Pierwotna funkcja przelotek, jaką było prowadzenie żyłki od kołowrotka do szczytówki możliwie blisko wędziska, została uzupełniona o drugą – rozkładanie obciążeń na całą jego długość
(rys. 3a). Także klasyczna ich postać: pierścienie na podstawkach mocowanych do blanku – doczekała się różnych odmian (przelotki wewnętrzne lub kabłąkowe). Inne, jak wysokiej wytrzymałości rolkowe (rys. 4a), pominiemy, gdyż mają one zastosowanie raczej w wędkarstwie pełnomorskim, gdzie walka z rybą kilkusetkilogramową nie należy do rzadkości.


3. Przelotki
a – rozmieszczenie i rozkład obciążeń (tym równomierniejszy, im mniejsze tarcie między żyłką a powierzchnią roboczą), b – układanie się żyłki podczas odwijania z kołowrotka o szpuli stałej i obrotowej.

Do zasadniczych cech tego elementu wędki należą: jakość powierzchni roboczej, zapewniająca możliwie bez oporowe i nie niszczące prowadzenie żyłki, solidność konstrukcji, ważna z uwagi na występowanie znacznych sił, lekkość, mająca znaczenie dla pracy wędziska (ciężar przelotek liczy się w wymachach na równi z ciężarem zestawu, błystki, sznura). Do mniej może istotnych, ale wartych uwzględnienia, można zaliczyć: geometryczne właściwości pierścienia, barwę, rodzaj stopki. Oczywistym wymogiem jest odporność na korozję. Dla funkcjonowania całości istotne jest wreszcie rozmieszczenie na wędzisku.

Przelotki z drutu stalowego (rys. 4b) odznaczają się licznymi zaletami. Są tanie, lekkie, w wersjach bez lutowania – odporne na urazy mechaniczne. Poważną wadę jednak stanowi podatność powierzchni roboczej na zarysowanie. Trąca żyłka żłobi w niej lub wygniata mikro rowki. Te następnie rysują powierzchnię żyłki. To znów przyczynia się do szybszego rysowania przelotek i tak dalej. Wzajemne niszczenie przyśpiesza obecność twardej zawiesiny (np. mułu) w wodzie, unoszonej na powierzchni żyłki tym obficiej, im bardziej ona zmechacona.

Do pewnego stopnia można trwałość i odporność tych przelotek podnieść przez chromowanie – gładkie, w kąpieli z wybłyszczaczami, ale z formowaniem powłoki twardej, narzędziowej, a nie miękkiej, dekoracyjnej. Mimo wszystko jednak nie nadają się one raczej do wędek, w których byłyby intensywnie wykorzystywane. Chodzi zwłaszcza o spinning, w którym żyłka stale trze o nie, częstokroć przy znacznym obciążeniu, a więc i silnie naciskając. Jeśli już, to w pozycjach mniej narażonych, a więc z wyłączeniem szczytowej. A i to wymagają częstej wymiany.
Powierzchnią nierównie twardszą i trwalszą, a przy tym gładką, cechują się przelotki z pierścieniem ceramicznym lub szklanym. W tradycyjnych wykonaniu odznaczały się jednak licznymi wadami, jak duża grubość, ciężar, tłukliwość, luzy konieczne choćby z powodu i różnicy rozszerzalności cieplnej metalu i wkładki. Współczesna technologia pozwoliła je usunąć. Lekkie pierścienie z białej ceramiki porcelano podobnej osadza się teraz za pośrednictwem amortyzującej wkładki z tworzywa sztucznego (rys. 4c).

 

4. Rodzaje przelotek
a – rolkowa, b – druciana, c – z wkładką ceramiczną lub węglikową,
d – konstrukcje z jednego kawałka, bez złączowe, e – typ “Polygon”.

Kolejne zmniejszenie tarcia (o połowę w stosunku do ceramiki) uzyskano przez wprowadzenie wkładek ze spieku tlenku aluminium. Przy okazji o prawie jedną trzecią cieńsza stała się całość konstrukcji, czyli przy tej samej średnicy zewnętrznej powiększyła się wewnętrzna. Dało to zarazem obniżenie ciężaru o przeszło jedną trzecią. Wzrosła więc donośność i celność rzutów, zmalało natomiast zmiękczenie wędziska, powodowane umieszczeniem na nim dodatkowego obciążenia. Roboczą powierzchnię z tlenku aluminium mają niektóre przelotki Daiwa, Fuji z serii Fujihard oraz liczne inne.

Na tym nie koniec. Firma Fuji wprowadziła i opatentowała kolejny materiał – węglik krzemu. Od jego symbolu chemicznego SIC przelotki tej serii oznacza się znakiem SIC. Twardość wzrosła o kolejną połowę w stosunku do tlenku aluminium (trzykrotnie w stosunku do twardego chromu), czemu wyrób zawdzięcza nazwę Super Hard. Ponadto cechuje się ciężarem o jedną piątą mniejszym niż poprzednie. W wersji najnowszej, nazwanej Hardloy, zastosowano specjalny montaż, bez amortyzatora, dzięki czemu jest ona o dalszych kilkadziesiąt procent lżejsza. Podobnymi właściwościami odznaczają się pierścienie Dynaflo firmy Daiwa.

Dodatkową zaletą przelotek Fuji SIC jest, że wykładzina powierzchni roboczej doskonale odprowadza ciepło. Jej przewodnictwo jest nawet trzykrotnie wyższe niż w wypadku stali na twardo chromowanej. Cóż więc porównywać z pierścieniami ceramicznymi lub z tlenku aluminium, mającymi wręcz właściwości izolacyjne? Tak więc uwolniono się zarazem od kłopotów powodowanych miejscowym nagrzewaniem przelotki przy szybkim wysnuwaniu naprężonej żyłki – np. podczas energicznej ucieczki dużej ryby. Ciepło tarcia powodowało czasem nadtapianie powierzchni linki, a tym samym jej matowienie i osłabienie.

W proporcji do jakości, ma się rozumieć, pozostaje cena poszczególnych typów. Zdecydowanie najdroższe są Fuji SIC. Decydując się na ewentualny zakup warto więc zawsze rozważyć, czy istotnie ich potrzebujemy. Ponadto należy się upewnić, czy nie mamy do czynienia z falsyfikatem.

We wszystkich przelotkach z wkładkami pojawia się problem niezawodnego połączenia z podstawką. Coraz częściej osiąga się to przez wykonanie z jednego kawałka blachy, jak widać na rys. 4d. W wersjach przeznaczonych do mniejszych obciążeń stosuje się stopki pojedyńcze lub zwrócone w jedną stronę (rys. 5a i b), aby usztywniać wędzisko na jak najkrótszym odcinku. Dobierając przelotkę trzeba zwrócić uwagę na właściwe uformowanie stopki. Musi ona całą powierzchnią przylegać do blanku (rys. 5c). W przeciwnym razie grozi jego uszkodzenie. W wyrobach niższej klasy może to być kwestia nie tylko promienia krzywizny, ale zgoła niestarannego wykonania. Jego też skutkiem bywają ostre krawędzie górne, przecinające nić omotki. Co do barwy, to najczęściej spotyka się ostatnio ciemno-matową.

5. Stopki przelotek
a – pojedyńcza, b – zwrócone w tę samą stronę, c – dostosowanie do średnicy wędziska (poprawne,
krzywizna za duża i za mała), d – mocowanie (1 – kolejność, 2 i 3 – inne sposoby kończenia omotki).

Kolor zresztą ma znaczenie mniejsze – byle nie był zbyt krzykliwy. Unikać zwłaszcza należy powierzchni połyskliwych, mogących odstraszająco działać na ryby.

Co do średnicy przelotek, to funkcjonowało kiedyś przekonanie, że zwłaszcza w wędziskach spinningowych – im ona większa, tym lepiej. Tym mniejsze bowiem opory, na jakie natrafia żyłka, tym samym więc i rzuty dalsze. Spotykało się nawet przelotki szczytowe tak obszerne, iż powiadało się, że stanowią przymiar: jak szczupak przejdzie, to znaczy że niewymiarowy. W istocie duża średnica jest nie tylko zbędna, ale i szkodliwa.

Żyłka bowiem, wysnuwająca się z kołowrotka o szpuli stałej (przy obrotowym problem w ogóle nie istnieje), nie układa się po powierzchni stożka, lecz – po stłumieniu obrotów na pierwszej przelotce (wprowadzającej albo gaszącej), przybiera kształt jak gdyby obracającej się fali (rys. 3b). W miejscach jej węzłów odchylenia są znikome. Jeśli zatem dokładnie w nich się umieści przelotki, to nawet w ciasnych tarcie nie będzie zbyt duże. Oczywiście, rozłożenie tych punktów zależy od wielu czynników: położenia przelotki wprowadzającej, rodzaju kołowrotka, elastyczności żyłki, ciężaru przynęty i jeszcze innych. Toteż doświadczeni wytwórcy określają wszystkie elementy, z jakimi ich wędziska powinny współpracować. Nie należy się do tego odnosić jak do czystego chwytu reklamowego. Stosowanie się do wskazówek pozwoli najczęściej w pełni wykorzystać zalety fabrycznego rozmieszczenia przelotek.

Zbyt duża średnica, zwłaszcza przelotki gaszącej, sprawia, że żyłka obraca się zbyt szeroko, przykleja się do wędziska i uderza o nie: zwłaszcza to ostatnie nie służy ani jednemu, ani drugiemu (choć przesadą byłoby mówienie o niszczeniu); wyrzut jest hamowany. Co więcej: niezależnie od kłopotów transportowych, przelotka obszerna musi być albo ciężka, albo delikatna. Obie możliwości mało zachęcające. Swego rodzaju próbę pogodzenia tych sprzecznych wymagań stanowiły przelotki typu Polygon (wielokąt), mające kształt jakby zaokrąglonego trójkąta (rys. 4e). Miały umożliwiać rzuty celniejsze i o jedną piątą dalsze niż w wypadku zwykłych, okrągłych. Zapewne tak też i skutkowały. Zbyt szybko zniknęły z rynku wędkarskiego, by dało się to niezawodnie potwierdzić. Z pewnością jednak wybiegu żyłki nie pogarszały.

Samodzielne zakładanie przelotek wymaga przede wszystkim upewnienia się, czy wędzisko się do tego nadaje. Pamiętać bowiem trzeba, że stanowią one dodatkowe obciążenie, liczące się przede wszystkim przy pracy dynamicznej, zwłaszcza przy zarzucaniu. Można powiedzieć, że przelotki wykorzystują część ciężaru wyrzutowego, przewidzianego dla blanku – tym większą, im wyżej umieszczone. Ale nawet w zastosowaniach spokojnych, statycznych, mogą spowodować niepożądany zwis, nadać skłonność do rozhuśtywania się, np. przy zacięciu lub po zarzuceniu, i na inne sposoby pogarszać pracę.

Kolejny kłopot to dobór najkorzystniejszego rozmieszczenia. Najlepiej tu się wzorować na konstrukcjach zbliżonych. Spotyka się wprawdzie zalecenia, że np. na każde ileś tam wędziska powinna (średnio, nie dosłownie) przypadać jedna przelotka, odległość pomiędzy kolejnymi zaś powinna się zmniejszać wedle jakiejś reguły arytmetycznej. Formuły te mają jednakże zastosowanie tylko do określonego typu. Jeśli w ogóle. Co do liczby zatem pozostajemy zdani na wzorce. Co do rozmieszczenia natomiast, to trzeba je dostosować do akcji: tym gęściej, im większe ugięcie. Doświadczalnie można to ustalić choćby za pomocą drucianych pierścieni mocowanych prowizorycznie, np. taśmą klejącą. Szukamy takiego ich rozmieszczenia, przy którym, po naprężeniu żyłki do uzyskania granicznego ugięcia wędziska, odległości jej cięciw do najwyższych punktów poszczególnych łuków blanku będą jednakowe (rys. 3a).

Wyboru nie ma w wypadku wędzisk teleskopowych. W nich jedynym miejscem mocowania mogą być końce segmentów (plus jedna ruchoma przelotka na szczytówce). Rzadko oznacza to rozmieszczenie najkorzystniejsze.

Niewątpliwie najlepiej ograniczyć się do wymiany przelotek zużytych lub uszkodzonych, zachowując fabryczne ich rozłożenie. Chyba że w praktyce wykryjemy jakąś jego wadę.

Najczęstszym sposobem mocowania przelotek jest zakładanie omotek. Nawija się je zawsze do stopki, nigdy od, równymi ścisłymi zwojami nici mocnej, nie mechacącej się. Z dostępnych w kraju najbardziej nadaje się Torsol. Istnieje kilka metod kończenia (rys. 5d). Do umocowania pierwszej stopki, drugą mocuje się do blanku prowizorycznie, np. taśmą klejącą. Po zakończeniu nawijania omotkę nasącza się żywicą epoksydową lub lakierem wodoodpornym.

Przelotki szczytowe, zwane też tulipanami, miewają zamiast stopek tulejki do naciskania na koniec wędziska. Taki rodzaj mocowania stanowi też regułę w wypadku przelotek do teleskopów. I jedne, i drugie osadza się na klej. Tradycyjnie używano do tego żywicy epoksydowej. Od pewnego czasu już bez trudu można kupić inny klej, specjalny, mający postać pałeczek w oprawie (coś jak kredka do ust). Mięknie on na gorąco, np. po podgrzaniu zapalniczką. W tym stanie się go rozprowadza i szybko naciska tulejkę. Krzywo przyklejoną można bez trudu poprawić po ponownym nagrzaniu.

Stan przelotek i omotek trzeba stale sprawdzać i w razie potrzeby (pęknięcia, porysowania, naderwania itp.) naprawić je lub wymienić.

Rękojeść, uchwyt kołowrotka

Zarówno zbyt gruba, jak i zbyt cienka rękojeść jest niewygodna w trzymaniu. Jeśli zatem wędzisko w miejscu chwytu ma mniej ,niż 1,5 cm, zaopatruje się je w okładzinę korkową lub – w modelach tańszych – z elastycznego tworzywa porowatego.

 

6. Uchwyty kołowrotków
a – śrubowy (obok – z naciągniętą osłoną skórzaną), b – typu “Ruck-Zuck”, c – śrubowy z tworzywa, na wędzisko długie, bez wyodrębnionej rękojeści, d – suwakowy, e – pierścieniowy, f – zaciskany na rdzeniu,
g – mocowanie przylepcem.

Długość i kształt zależą do typu wędziska, a także od rodzaju uchwytu kołowrotka. Opracowano ich wiele (rys. 6). Najpopularniejszy, śrubowy, stosuje się przede wszystkim w wędziskach muchowych, przystawkowych i spinningowych. W tych ostatnich jednak szczególnie wyraziście się ujawniają dwie jego zasadnicze niedogodności: niewygodny i zimny chwyt oraz skłonność do luzowania się podczas wymachów. Próbą usunięcia pierwszej jest wprowadzanie specjalnych długich nakrętek. We własnym zakresie można sobie poradzić przez naciągnięcie, po założeniu kołowrotka, rurki skórzanej – np. uciętego szerszego palca od rękawicy. Nie tylko ociepla to uchwyt (ważne szczególnie w zimie) i łagodzi krawędzie, ale także częściowo zapobiega luzowaniu się nakrętek.

Od wszelkich tych uciążliwości wydaje się także uwalniać swoista odmiana śrubowego – bagnetowo zaciskany uchwyt Ruck-Zuck firmy DAM.

Uchwyt śrubowy, choć charakterystyczny raczej dla wędzisk o rdzeniu cienkim w miejscu chwytu, stosuje się czasem także w wędziskach grubych – teleskopowych. Przybiera on postać specjalnej nakładki, luźno nasuwanej i zaciskającej się na dolniku dopiero po dokręceniu stopki kołowrotka.

Bardziej dostosowany do takich dolników jest jednak uchwyt suwakowy. istotną jego zaletę stanowi możliwość mocowania w dowolnym miejscu. Do wad należą niezbyt pewne na ogół mocowanie (trudno uniknąć niewielkich przynajmniej luzów) oraz trudności otwierania. Toteż czasem kołowrotki do wędzisk teleskopowych mocuje się po prostu za pomocą przylepca. Trzeba przy tym uważać, aby stopką nie uszkodzić delikatnego blanku: zakładać tylko na segment najniższy, na wszelki wypadek dając podkładkę z czegoś niezbyt miękkiego.

W wędziskach z rękojeścią korkową zdecydowanie wracają przesuwne pierścienie zaciskowe, zarzucone niegdyś na rzecz nowocześniejszych uchwytów śrubowych. Wymagają wprawdzie rękojeści korkowej o średnicy dokładnie jednakowej na całej długości, ale za to dają możliwość zakładania kołowrotka w dowolnym wygodnym miejscu. Szczególnie widoczne korzyści daje to przy metodzie angielskiej.

Wszystkie opisane wyżej uchwyty odznaczają się pełną wymiennością, tzn. że w każdym można zamocować dowolny kołowrotek o ujednoliconej stopce. Istnieją również takie, w których łączone elementy są fabrycznie do siebie dobrane: odpowiednio ukształtowane zakończenie nóżki kołowrotka zaciska się przez obrót wokół osi wprost na rdzeniu wędziska. Uchwyt jest pewny i wygodny, ale pierścieniowemu ustępuje z powodu niemożności przesuwania.

Użytkowanie

Do istotnych zalet wędzisk z tworzyw należy, że nie wymagają one pieczołowitej konserwacji, jak bambus czy drewno. Trzeba się jednak starannie z nimi obchodzić, zwłaszcza ze złączami. Przede wszystkim utrzymywać je w absolutnej czystości. Chronić zwłaszcza przed piaskiem. Nigdy nie należy zatem odkładać wędziska na ziemię; zawsze na podpórki. Przy okazji zmniejszymy w ten sposób niebezpieczeństwo nieumyślnego nadepnięcia. Niezależnie od tych ostrożności po każdym łowieniu trzeba wszystkie części starannie przetrzeć czystą ściereczką do sucha.

Należy też unikać moczenia wędzisk. Czasem jednak bywa to konieczne. Po wyschnięciu wody glony z niej mogą wówczas zacementować złącze. Próbę obruszania najlepiej przeprowadzić w dwie osoby. Jedna oburącz trzyma segment tuż przy zakleszczonym połączeniu. Druga, również oburącz, stara się obrócić ten drugi – lekko popychając, jeśli to teleskop, lub odciągając, jeśli złącze jest nasadowe lub czopowe.

Przy mocniej zapieczonych nie należy zbyt się siłować, lecz raczej pomóc sobie przez podgrzanie części zewnętrznej: zapalniczką (byle ostrożnie), wrzątkiem. Próbę rozdzielenia podejmujemy natychmiast, zanim zdąży się rozgrzać także część wewnętrzna. Wykorzystujemy w ten sposób różnicę stopnia rozszerzenia cieplnego. Można ją też wykorzystać inaczej – oziębiając część wewnętrzną, przez napełnienie wędziska zimną wodą (z łowiska). Zewnętrzną niezależnie od tego dobrze jest podgrzać dłonią. Jeśli to wszystko nie daje wyniku, zwilżmy złącze środkiem przenikającym w głąb, typu Penetrol czy Uffo. Po odczekaniu daje się na ogół rozłączyć. W tym wypadku trzeba je potem szczególnie starannie umyć. Co jakiś czas, zależny od częstotliwości używania, warto wetrzeć w złącze odrobinę smaru bezkwasowego; Najlepiej się nadaje silikonowy. Jego nadmiar dokładnie zbieramy.

Kłopotliwe w myciu są teleskopówki z przelotkami, uniemożliwiającymi rozłożenie na poszczególne segmenty. Dokładnemu oczyszczeniu trzeba je poddawać po mniej więcej miesiącu intensywnego użytkowania. Zdejmujemy w tym celu dolną zaślepkę i górny kaptur, poczym częściowo wędzisko rozkładamy i moczymy w wannie z letnią wodą z dodatkiem detergentu. Następnie silnym strumieniem wody, powiedzmy – z prysznica, dobrze przepłukujemy. Suszymy potem kilka godzin w pozycji pionowej. Na koniec przecieramy złącza smarem.

Długoletnie użytkowanie – możliwe dzięki poprawnemu użytkowaniu i starannej konserwacji – sprawi, że drogi zakup okaże się w ostatecznym rachunku opłacalny.