Metody Sprzęt

Wędka SPINNINGOWA

Spinning jest dla wędkarza tym, czym sztucer dla myśliwego. Łowienie tą metodą bardziej przypomina czatowanie na grubego zwierza, niż rozsiewanie śrutu w kierunku zwierzęcego drobiazgu. W jeziorach rzecz nader często sprowadza, się do cierpliwego młócenia wody błystką. Niemniej zawsze pozostają dwie zalety. Jedna, to wygoda i czystość; nie ma tej kuchni przynętowo-zanętowej, która wielu odstrsza od spławikówek czy przystawek. Druga – to stały ruch. Cechuje on wprawdzie także różne inne metody, ale niewątpliwie odróżnia spinning od spławikowych czy przystawkowych zasiadek nad wodami stojącymi.

To od strony wędkarza. Ale także od strony przynęty ruch jest czynnikiem przesądzającym. To on, w drugiej fazie rzutu, czyli podczas ściągania przynęty, stanowi o pobudzeniu ryby do ataku. Praktycznie nie zdarza się, by chwytała ono błystkę, woblera czy skoczka pozostające w bezruchu.

Podstawową zdobyczą spinningisty są wszelkie drapieżniki. Ale już od dłuższego czasu coraz częściej na kotwiczkę trafiają ryby spokojnego żeru. Chodzi przy tym o normalne ich łowienie, a nie o przypadkowe zahaczenie czy o okazy sędziwe, z reguły przechodzące na częściowe przynajmniej drapieżnictwo.

Wyodrębnia się cztery odmiany spinningu. Różnią się one przede wszystkim ciężarem przynęty. Za tym wszelako idą różnice w sprzęcie i technice, a także w zakresie stosowania. Podane przy poniższej charakterystyce wskazówki co do akcji wędziska czy średnic żyłki na szpulach należy traktować tylko jako sugestię orientacyjną, nie jako stałe i niezmienne cechy odmiany.

Spinning ciężki
: przynęta 30 do 70 g (powyżej tego mówimy już o łowieniu pilkerowym, morskim), wędzisko 2,4 do 3 m o akcji średniej lub miękkiej, kołowrotek solidnej konstrukcji, na jednej szpuli żyłka 0,35, na drugiej 0,40, rzadziej 0,45. Łowi się najczęściej z brzegu, w dużych, obfitujących w zaczepy rzekach zarówno krainy ryb łososiowatych (troć, głowacica), jak i nizinnych (duże szczupaki, sumy); wyjątkowo z łodzi w wodach stojących z licznymi zaczepami – jak niektóre zbiorniki zaporowe – gdzie można liczyć na drapieżniki szczególnie okazałe.

Średni
: przynęta 10 do 30 g, wędzisko 2,1 do 2,7 m (z łodzi można nawet 1,8), o akcji sztywnej lub średniej, kołowrotek średniej wielkości, na jednej szpuli żyłka 0,25 lub 0,30, na drugiej – 0,30 lub 0,35. Na cieńszą łowi się pstrągi, na grubszą – trocie w większych i głębszych rzekach krainy ryb łososiowatych (np. pomorskich); inne drapieżniki, zwłaszcza szczupaka i sandacza – w nizinnych wodach stojących i bieżących, z brzegu i z łodzi.

Lekki
: przynęta 3 do 10 g, wędzisko 1,8 (czasem nawet 1,6) do 2,4 m, o akcji szczytowej lub średniej, kołowrotek mały o dużym przełożeniu (co najmniej 1:5), na jednej szpuli żyłka 0,20 lub 0,22, na drugiej – 0,25. Zestaw nadaje się na małe i średnie rzeczki krainy ryb łososiowatych (pstrąg, lipień, kleń), różnej wielkości rzeki nizinne (okoń, kleń, jaź, boleń, świnka) oraz wody stojące (z brzegu okoń, z łodzi także sandacz).

Ultralekki
: przynęta 0,5 do 3 g, wędzisko 1,5 do 2,3 m (najkorzystniejsza długość około 1,8 m), o akcji parabolicznej (Francuzi, specjalizujący się w tej odmianie, zalecają akcję szczytową), kołowrotek mały i lekki, o szpuli możliwie szerokiej i przełożeniu takim, by za jednym obrotem korbki zwijać około 70 cm żyłki; ona sama grubości raczej nie większej niż 0,16 (Francuzi zalecają poniżej 0,14, nawet 0,10 – i to przy szczytowej akcji wędziska, a więc bez tego łagodzącego działania). Zestaw taki wymaga szczególnej techniki łowienia.

Odpowiednie możliwości sprzętowe, zwłaszcza zaś wędziska o tak niskim ciężarze wyrzutowym, pojawiły się stosunkowo niedawno. Początkowo spinning ultralekki uważano za sposób przede wszystkim na pstrągi w wypłyconych latem rzeczkach. Stanowi coś pośredniego, graniczącego ze sztuczną muszką, zwłaszcza z jej wersją streamerową. Okazał się jednak znacznie szerzej użyteczny. Stosuje się go tak w ledwie widocznych strużkach, jak i rozlanych rzekach, a nawet jeziorach, na pstrągi, okonie, klenie i jazie – po okazałe krasnopióry.

Sprzęt

Wędzisko, oprócz tego że lekkie, powinno być dobrze wyważone. Jest to konieczne wobec konieczności częstego zarzucania. Z tych samych powodów trzeba zadbać o możliwie wygodną rękojeść. Niestety, w większości modeli jest ona rozdzielona śrubowym uchwytem kołowrotka. W takich razach warto zaopatrzyć się w rurki skórzane, nasuwane na gwint i nakrętki. Do skutecznych dalekich wyrzutów konieczna jest sprężystość. Energiczne wymachy w tym wypadku nie grożą spadaniem przynęty. Kolejna istotna cecha to wytrzymałość. Szczególnym wymaganiom muszą sprostać złącza. Ściślej – złącze; wędziska spinningowe są z reguły dwuczęściowe.

Szczególne znaczenie mają w tej metodzie przelotki. Najlepiej sprawują się, rzecz jasna, nowoczesne. Wyposażenie wędziska w ich komplet nie zawsze mieści się w możliwościach mniej zasobnego wędkarza. Powinien on kosztem równowartości kilku złotych zdobyć jedną taką, szczytową. Ona jest najbardziej narażona na ścieranie. Pozostałe mogą być tradycyjne. Z powszechnie dostępnych i niedrogich najlepiej się nadają tzw. druciaki: lekkie, elastyczne, wykonane bez lutowania, a więc odporne mechanicznie. Ważne, żeby były sporządzone z drutu twardego i gładko chromowane, ale chromem przemysłowym, a nie miękkim dekoracyjnym; nowoczesne techniki powlekania elektrolitycznego w kąpielach z dodatkiem wybłyszczaczy takie możliwości stwarzają.

Trzeba się od razu zaopatrzyć w komplet: trzy na przelotkę pierwszą od szczytowej, dwie na drugą i po jednej na pozostałe. W takiej kolejności się zużywają. Będziemy mogli wymieniać pojedyncze, bez konieczności przezbrajania całego wędziska. Mamy spokój na kilkanaście lat. Najlepiej raczej kupić gotową, zestrojoną z wysokiej jakości elementów całość, czyli wędzisko którejś z renomowanych firm. Wykonane częstokroć z włókna węglowego lub jego modyfikacji albo borowego, odznaczają się wspaniałymi cechami użytkowymi: niezwykłą wytrzymałością i doskonałą sprężystością przy niewielkim ciężarze. A także wybitną trwałością zawdzięczaną znakomitym złączom i niemal niezniszczalnym przelotkom, co nakazywałoby inaczej spojrzeć na kwestię ceny. Jednorazowy wydatek w tym wypadku, choć nie najmniejszy jak na nasze przeciętne możliwości, może się w dłuższym okresie okazać opłacalny.

Mimo tej opłacalności nie każdy będzie mógł lub chciał szarpnąć się na ten pozorny luksus. Dla takiego pozostaje jeszcze spory wybór wędzisk z włókna szklanego – tanich a zarazem spełniających podstawowe wymagania użytkowe.

Kołowrotek
spinningowy powinien się cechować szczególnie solidnym wykonaniem, niezawodnością płynnie działającego sprzęgiełka (hamulca) i nieniszczącym wyprowadzeniem żyłki. Spośród modeli o stałej szpuli należy wybierać wyłącznie te o kulkowym łożyskowaniu osi rotora.

Szczególnie w spinningu ważne jest dopasowanie kołowrotka do wędziska. Chodzi tu przede wszystkim o możliwość wyważenia. Nie zawsze jest ono osiągalne, zwłaszcza jeśli śrubowy uchwyt ustala miejsce, w którym jedynie można kołowrotek mocować. Liczą się też inne względy. Modele o szpuli obudowanej, z centralnym wyprowadzeniem żyłki, oraz multiplikatory swe zalety ujawniają w pełni dopiero zastosowane łącznie ze specjalnymi uchwytami typu Caster. Można wtedy łowić z nadbrzeżnej gęstwiny, bez obawy o wplątanie żyłki w gałęzie czy koszenie nią liści.

Oprócz tego wszystkiego pozostaje jeszcze dostosowanie kołowrotka pod względem ciężaru, szybkości zwijania, pojemności itd. Tak więc w miarę kompletowania wędzisk do coraz to nowych warunków łowienia i kolejnych odmian spinningu, przyjdzie konieczność zaopatrywania się we wciąż nowe kołowrotki. Zrozumiała jest przy tym dążność do poszukiwania modeli coraz doskonalszych. Tu trzeba jednak mieć na uwadze, że w tej metodzie wyjątkowo wiele zależy od nawyków ruchowych. W chwilach krytycznych działa pewien automatyzm. Bezwiednie sięgamy do przełączników czy pokrętek. Jeśli ten doskonalszy model ma inny ich układ, łatwo o pomyłkę. Jeszcze dotkliwiej można to odczuć przerzucając się na całkiem odmienne konstrukcje – np. ze szpuli stałej na ruchomą (multiplikator).

Kto zatem nie jest pewien swej elastyczności psychomotorycznej, niech lepiej trzyma się jednego typu. Niekoniecznie dożywotnio. Co prawda, do tej pory nieliczni starej daty spinningiści po mistrzowsku się posługują szacownymi, starodawnymi kołowrotkami o zwykłej szpuli obrotowej (inna rzecz, jak pomysłowo dopracowanymi). To nie oznacza wszelako, że nie zyskaliby na odstąpieniu od tradycji. Ale też idąc z postępem warto mieć na względzie powyższe uwagi.

Żyłka
jest przy spinningowaniu szczególnie narażona na zniszczenie. Raz, z powodu ciągłego tarcia o krawędź szpuli, wodzik, przelotki. Dwa – wskutek licznych zaczepów. Uwalnianie od nich, jak wiadomo, wymaga częstego naciągania końcowego jej odcinka powyżej granicy sprężystości. Zresztą, otarcia i inne uszkodzenia mechaniczne także w tych wypadkach bywają nie do uniknięcia. Z tych faktów, co do których nie ma różnicy poglądów, różni wyciągają wnioski nie tylko różne, ale zgoła przeciwstawne.

Jedni są zdania, że trzeba kupować żyłkę zdecydowanie porządną, która bez uszczerbku posłuży rok. Co najwyżej po kawałku będzie się urywać. Wtedy – uważają – trzeba co jakiś czas podłożyć pod spód coś taniego. Kiedy zaś tej dobrej będzie mniej niż 30 m – zmienić na nową. Inni przekonują, że przy intensywnym codziennym łowieniu w rzekach żyłka i tak po miesiącu nie będzie się nadawała do użytku. Zamiast więc haratać coś drogiego, lepiej kupić żyłkę tanią. Byle tylko była dostosowana do metody i do warunków zamierzonego łowienia (zwykle więc nieco grubsza niż markowa), no i oczywiście świeża, nie zleżała. Po tygodniu (albo i trzech, czterech dniach) co najwyżej odwrócić na drugą stronę, by przez jakiś czas powykorzystywać jeszcze koniec mniej zużyty.

Zanim się pokusimy o rozstrzygnięcia, zauważmy, że istnieją dwa obszary zastosowań, co do których panuje zgodność, iż warto używać żyłki wysokiej klasy. Jeden to spinning ultralekki – z tego choćby prostego powodu, że u nas i w okolicy nie wyrabia się odpowiednio cienkich żyłek o wystarczającej wytrzymałości. Drugi to łowienie bez konieczności szarpania. A więc płytkie rzeczki, w których można brodzić, a tym samym dojść i bezpośrednio uwolnić przynętę z zaczepu; jeziora obławiane z łodzi, gdzie zaczepów albo w ogóle nie ma, albo łatwo je opłynąć i pozbyć się kłopotu bez szarpania.

W pozostałych zaś wypadkach można przyjąć, że dobrych żyłek warto używać, jeśli cała ich droga przez wędkę zapewnia nieniszczące korzystanie. Przede wszystkim – wszystkie przelotni mają wysokiej twardości gładkie powierzchnie robocze. Jeśli nawet tylko te mniej obciążone, czyli poniżej szczytowej, są z metalu, to natychmiast tworzą się na nich mini rowki, na których wkrótce żyłka się strzępi, nawet ta najlepsza. Istotnie więc przy takim wędzisku niezbyt się opłaca ją stosować.

Przy rozpatrywaniu opłacalności nie można jednak pominąć jednego jeszcze względu: jak się cena żyłki ma do wartości przynęty, na jej końcu uwiązanej. Właśnie z myślą o, na przykład, szczególnie cennym woblerze (albo drogim, albo wiele dni dłubanym) niektórzy zakładają żyłkę 0,40 tam, gdzie do wyholowania największych nawet osiągalnych zdobyczy wystarcza 0,30. Zawsze zresztą dobrze jest wziąć ze sobą na łowisko rezerwową szpulkę czy dwie i ewentualnie na miejscu przewinąć, stosownie do stanu wody, zwłaszcza jej aktualnej zaczepowości.

Niezależnie od tego, na jaką szkołę się zdecydujemy, trzeba po każdym zaczepie przynętę przewiązać, czyli zmienić węzeł przy niej na nowy. Odcinek ze starym – odciąć. Fragmenty żyłki z uszkodzeniami (pęknięcia, przygniecenia, zadry, postrzępienia, przewężenia) należy bezwzględnie usuwać. Przy doborze węzłów można się kierować ich wytrzymałością. Geometria nie odgrywa istotnej roli. Niektórzy wytwórcy zalecają węzły najkorzystniejsze dla tego czy innego wyrobu.

Na wyposażenie dodatkowe składają się m.in.:
a – podbierak; przydaje się raczej przy łowieniu ryb niezbyt wielkich (np. okoni) z łodzi, a także w płytkich rzeczkach, w których można brodzić,
b – chwytak lub osęka; choć osęka budzi zastrzeżenia etyczne, ale na większe ryby i w większych rzekach, a i z łodzi, przy łowieniu dużych drapieżników, bywa praktyczniejszy niż podbierak – zwłaszcza jeśli jest wykonany w wersji lekkiej, teleskopowo składanej,
c – osełka do kotwic, krętliki, agrafki, szczypce (płaskie lub kochery), nóż, rozwieracz, pierścień odczepowy,
d – plecak, nieodzowny podczas całodziennych wypraw pieszych,
e – kamizelka z obszernymi kieszeniami; warto w nich trzymać drobny sprzęt uzupełniający, by nie musieć przy lada okazji zdejmować plecaka,
f – ładownica, czyli skórzane pudełko zawieszone na pasie, może zastąpić kamizelkę,
g – pudełko z przynętami, trzymane w kieszeni lub ładownicy,
h – buty biodrowe; niezwykle pomocne przy łowieniu z brzegu, umożliwiają bowiem brodzenie, przebywanie małych dopływów, rowów i rozlewisk, dochodzenie do płytkich zaczepów,
i – ubiór lekki i wygodny, z nieprzemakalną peleryną, w czas suchy trzymaną w plecaku,
j – okulary polaryzacyjne; ułatwiają obserwowanie przynęty, wypatrywanie ryb i zawad w wodach czystych i płytkich, chronią też wzrok przed promieniowaniem odbitym od powierzchni wody,
k – duży ręcznik lniany do zawijania ryb, które mają być zabrane,
l – przynajmniej plaster opatrunkowy; jakoś trudno nakłonić do buteleczki z wodą utlenioną, odrobiny waty i innych składników podręcznej mini apteczki – przynajmniej do czasu pierwszego nadziania się na groty własnej kotwiczki (a zdarza się to nawet biegłym w sztuce).

Przynęty

Błystka – to sztuczna przynęta wędkarska na ryby drapieżne, potocznie nazywana blachą, od materiału, z jakiego jest zrobiona. Obecnie jednak wytwarza się je także z innych materiałów (np. muszli małży). Wyróżniamy kilka rodzajów błystek, w zależności od wykonania.

 


1. Błystki wahadłowe

 

Błystki wahadłowe (rys. 1), towarzyszące spinningowi od początku jego współczesnej postaci, zaczęły ok. 30 lat temu tracić na popularności. Wiązało się to z rozpowszechnianiem przynęt nowych, przy których tamte zakrawały na prymitywny przeżytek: zwykły toporny kawałek 1 do 3 mm blachy, najczęściej mosiężnej lub miedzianej, ale czasem także żelaznej, powleczonej galwanicznie, z dołączoną poprzez kółko łącznikowe kotwiczką. Ale jednak po kilkunastu latach zanotowało się ich wyraźny ich powrót. Okazują się bowiem doskonałe – ale tylko w odpowiednich rękach. To, co w innych błystkach daje specjalna konstrukcja, tu trzeba wypracować, więcej finezji wkładając w prowadzenie.

Rodzaj ruchów, jakie wahadłówka wykonuje podczas ściągania w wodzie, zależy od jej materiału i budowy. im szersza, bardziej wygięta (podłużnie i poprzecznie) i z cieńszej blachy, tym pracuje energiczniej. Kołysze się żywiej, z większym wychyleniem, większy też stawia opór. Modele bardzo krótkie i silnie wygięte w obu płaszczyznach wpadają wręcz w obroty. Tak się zachowują popularne karlinki, w rzekach pomorskich stosowane do łowienia troci. Tę różnicę w zachowaniu niektórzy chcą odzwierciedlić w nazwie błystki obrotowej – którą jednak powszechnie odnosi się do całkiem innej konstrukcji, o której niżej. Ponieważ w ruch obrotowy mogą wpadać także błystki mniej wygięte, dla uniknięcia skręcania żyłki warto je wiązać za pośrednictwem krętlika; w wypadku karlinek jest to nieodzowne.

Znajomość zależności pracy błystki od kształtu można wykorzystywać dla dostosowania jej zachowania do potrzeb. Żywszy ruch uzyska się przez silniejsze wygięcie korpusu. Uspokojenie zaś – przez spłaszczenie. W wypadku blachy grubszej trzeba to robić w imadle, cieńszej – nawet na łowisku, w palcach. Podobny efekt uzyskuje się opiłowując blachę lub rozcinając błystkę wzdłuż.

Mniejsze znaczenie dla łowności mają drobne zdobienia powierzchni w postaci wygrawerowań, tłoczonego wzoru łusek itp. (barwa to inna rzecz; o tym dalej). Niemniej niektórzy nakładem dużej pracy zaopatrują swoje błystki w takie urozmaicenia; być może przekonali się jednak o ich wpływie na skuteczność. Także niektóre firmy wzbogacają swoje wyroby w wymyślne dodatki, np. ładna wahadłóweczka, z jednej strony niklowana, z drugiej – połyskliwie miedziana, w przedniej części otwór, w którym został obrotowo, na specjalnie przewleczonym drucie, osadzony rubinowoczerwony koralik, oszlifowany na kształt kryształu. Istny klejnot. W wodzie specjalnie nie przewyższał łownością wzorów prostych. Zdecydowanie jednak lepiej się prezentował jako ozdoba pokoju – i z taką chyba intencją firma wypuściła to pracochłonne cacko (choć informacja na opakowaniu o tym milczała). Dobrze natomiast robią zawieszone przy kotwiczce wabiki, o których dalej.

Duże wahadłówki są szczególnie popularne wśród łowców szczupaków, nieco mniejsze – troci. Pokaźny rozmiar nie tyle zresztą sprzyja braniu drapieżników wielkich, co wyklucza małe; a i to nie zawsze skutecznie, bo np. okonie potrafią się zapínać na przynęty niewiele od siebie mniejsze – lub zgoła większe. Modele wąskie dobrze skutkują na bolenie i sandacze. Najmniejsze są dobre na pstrągi, szczególnie w okresie wiosennym.

Ze wzorów krajowych największą popularnością cieszą się: Alga, Gnom, Wydra, Cyklop. Z zagranicznych: Toby i Salar (ABU, Szwecja), Orkla i Eira (Rublex, Francja) oraz Heintz (DAM, RFN). Ta ostatnia stanowi dopracowaną replikę tzw. łyżki Heintza – jednej z historycznie pierwszych przynęt spinningowych.

 


2. Błystki obrotowe (wirowe)
a – budowa (1 – drut łączący, 2 – koralik, 3 – korpus, 4 – mały koralik, 5 – grzybek, 6 – kulka mosiężna,
7 – skrzydełko, 8 – strzemiączko), b – zależność szerokości obracania się od kształtu skrzydełka,
c – skrzydełko o regulowanej powierzchni, d – konstrukcja z korpusem karbowanym obracającym
się w stronę przeciwną niż paletka, a przy okazji wytwarzającym wabiące drgania.

 

Błystki obrotowe, zwane też wirowymi (rys. 2), cechują się budową dość skomplikowaną. Ich wielkość określa się najczęściej przez odniesienie do wyrobów znanej francuskiej firmy Mepps. Oznacza ona poszczególne rozmiary numerami od O (najmniejsze) do 5. Inne, jak szwedzka ABU, podają ciężar w gramach. Dla zachowania się błystki w wodzie istotne znaczenie ma kąt, pod jakim skrzydełko (paletka) obraca się wokół korpusu, stanowiącego zasadnicze obciążenie. Im szerzej się ono kręci, tym większy opór stawia przynęta podczas ściągania. Przy prowadzeniu pod prąd powinien on być niewielki. Z prądem – przeciwnie: już niewielka prędkość względem wody powinna wprawiać skrzydełko w obroty. O rodzaju pracy decydują głównie jego kształt, profil i ciężar.

To pierwsze widać na przykładzie modeli firmy Mepps. W błystkach typu Aglia, o paletce stosunkowo szerokiej, kształtu grubej kropli, obraca się ona pod kątem około 60° w stosunku do osi, a więc szeroko. We wzorach typu Comet skrzydełko jest nieco węższe. Obraca się pod kątem około 45°. Aglia Long z kolei odznacza się jego kształtem długim i wąskim (listek wierzby). Chodzi ono ciasno przy korpusie.

Aby uwolnić wędkarza od konieczności ciągłego zmieniania błystek przy stosowaniu różnych kierunków rzucania, firma wypuściła model oznaczony symbolem GV (Géométrie Variable, zmienna geometria). Skrzydełko składa się w nim z dwóch częściowo się nakładających blaszek, obrotowo połączonych w miejscu zawieszenia na strzemiączku. Zsuwając je i rozsuwając zmniejsza się lub zwiększa powierzchnię nośną, co pozwala w pewnym zakresie regulować pracę błystki.

Im paletka bardziej płaska (w ograniczonym zakresie), tym większe jest jej odchylenie od osi. Tak samo zachowuje się skrzydełko lżejsze, np. sporządzone z cieńszej blachy. Firmy wyspecjalizowane, jak wspomniane Mepps i ABU (błystki Droppen, Reflex) czy inna francuska Rublex (VeItic, Celta), dopracowują swe wyroby pod każdym względem. Jakiekolwiek zmiany kształtu skrzydełek najczęściej prowadzą do pogorszenia zachowania. Podane zależności warto natomiast wykorzystywać przy dostrajaniu obrotówek własnej roboty.

Choć bowiem konstrukcyjnie bardziej skomplikowane, lepiej się do tego nadają niż wahadłówki. Tam korpusy, wykonywane zwykle z grubej blachy, trzeba wycinać i kształtować z użyciem ciężkich pras. Mało który amator ma do takich dostęp. Do grupy wybrańców należą pracownicy laboratoriów przy wyższych uczelniach technicznych – i stąd w znacznej mierze pochodzi zastanawiające zjawisko, że w każdej wolnej chwili słychać tam pracującą sztancę. Nie mniej obłożone bywają tunele hydrodynamiczne, w których po godzinach zapaleni naukowcy sprawdzają, jak też pracują dopiero co wykrojone kopyta. Obrotówki natomiast stanowią wdzięczne pole do popisu dla każdego obdarzonego jaką taką smykałką warsztatową. Tym wdzięczniejsze, że z reguły są drogie. A trudno przecież uniknąć pozostawienia jednej czy drugiej na zatopionym konarze czy nadwodnej gałęzi.

Części składowe, zwłaszcza korpusy, koraliki i strzemiączka, można czasami kupić w sklepach wędkarskich. Coraz rzadziej jednak, stąd konieczność bawienia się w ich domową produkcję. Zresztą, nie nastręcza ona jakichś szalonych trudności. Korpusy lekkich błystek pstrągowych, na przykład, można uzyskać przez ciasne nawinięcie spirali z drutu miedzianego (rys. 3).

 


3. Samodzielne sporządzanie błystek obrotowych
a – nawijanie korpusu z drutu miedzianego, b – formowanie skrzydełka pobijakiem, na twardej skórze, c – młotkiem o odpowiednio zaokrąglonym obuszku, w formie wyżłobionej w twardym drewnie lub ołowiu, d – punkty wymagające szczególnie starannego polerowania (strzałki pionowe) oraz kolejność montażu (pozioma strzałka długa), e – zakończenie drutu łączącego w sposób umożliwiający szybką wymianę kotwiczki.

 

Skrzydełka wycina się z blachy mosiężnej, miedzianej lub nierdzewnej stalowej, grubości około pół milimetra. Należy unikać materiałów przypadkowych, jak blacha z puszek od konserw. Formuje się na kawałku twardej skóry albo konsze łyżki, pobijając młotkiem przez kawałek twardego drewna o odpowiednio uformowanym końcu. Przy produkcji na większą skalę warto się pokusić o formę. Sporządza się ją żłobiąc odpowiednie zagłębienie w płytce z twardego drewna lub ołowianej. Pobijak drewniany lepiej wtedy zastąpić odpowiednio zaokrąglonym obuszkiem młotka.

Sposobów jest zresztą dużo i każdy organizuje swą domową wytwórnię wedle tego co może i lubi. Uwagę należy zwrócić na pełną symetryczność skrzydełka – łącznie z dokładnie środkowym położeniem otworu na strzemiączko. Chodzi o to, by paletka kręciła się losowo raz w jedną, raz w drugą stronę. Rzadko bowiem udaje się uniknąć obracania wraz z nią korpusu oraz osi. Toteż nawet mimo wiązania za pośrednictwem krętlika (co i w tych błystkach warte bywa zalecenia), nieuniknione okazuje się silne skręcenie żyłki po iluś tam rzutach, jeśli skrzydełko obraca się zawsze w tę samą stronę. Z kłopotem tym borykają się zresztą także firmy renomowane. I tak np. japońska Daiwa wyrabia błystki z korpusem uformowanym w rodzaj turbinki, o łopatkach skręconych tak, aby miał on skłonność do obracania się w stronę przeciwną niż skrzydełko (rys. 2).

Przed montażem trzeba starannie wykończyć wszelkie części trące: usunąć ostre krawędzie i występy pozostałe po toczeniu, wierceniu czy cięciu, oszlifować, a gdzieniegdzie wręcz dopolerować. To zresztą przyda się także wielu błystkom kupionym jako gotowe (o ile, rzecz jasna, nie pochodzą z dobrej firmy). Pracę gotowej całości warto od razu sprawdzić w domowym podręcznym laboratorium, czyli w wannie.

Tak sprawdzał swoje wyroby znany w Poznaniu spinningista, pułkownik Jacewicz. Powszechną sympatię zjednał sobie tym, że nie skąpił przymawiającym się o jego cudeńka. Na pierwsze napomknięcie gościa podsuwał natychmiast pełen koszyk: – Masz wybieraj. – wybierał, szedł szczęśliwy nad rzekę, ale jakoś sukcesów nie odnosił. Jak się okazało, zmontowawszy kilkanaście sztuk pułkownik przeciągał je w wannie, do której przykładał ucho. Jedną na kilka, pracującą z odpowiednio równomiernym szumem, chował do torby wędkarskiej. Pozostałe, wydające chrzęsty czy inne hałasy, odkładał do koszyka tego właśnie, z którego potem tak wielkodusznie częstował.

Niezależnie od podstawowych cech pracy błystki, jak lekkość, cichość, symetryczność i szybki start (co bardzo ważne!), trzeba jej charakter dostosować do potrzeb. Jeśli skrzydełko obraca się zbyt ciasno, to wystarczy je ostrożnie przypłaszczyć symetrycznie do osi podłużnej. W tym celu ściska się je delikatnie między równoległymi płaszczyznami. Jeśli używamy imadła, to jego radełkowane szczęki trzeba obłożyć deszczułkami lub czymś podobnym, żeby nie kaleczyć powierzchni blachy. Paletki bardzo małe można po prostu ścisnąć w szczypcach, co daje się zrobić nawet nad wodą.

Poszerzenie ruchu uzyska się także przez zmniejszenie masy skrzydełka. Jednym ze sposobów na to jest wytrawianie kwasem – oczywiście po zdjęciu z błystki. Trzeba zachować ostrożność, żeby w ogóle coś z niej zostało. Najlepiej zaś używać roztworów wybłyszczających, dzięki którym powierzchnia pozostaje gładka, a warstwa zdjętego metalu jest wszędzie jednakowa. Inny sposób polega na wywierceniu w skrzydełku, na jego osi podłużnej, jednego, dwóch a nawet trzech otworów o średnicy od 2 do 5 mm, zależnie od szerokości. Nie tylko wpłyną one na zwiększenie rotacji, ale dodatkowo wywołają wabiące drgania wody przy ściąganiu; efekt ten wykorzystano w modelu Celta Turbo firmy Flublex.

Znacznie trudniej poprawić pracę błystek obracających się zbyt szeroko, czyli mających wypukłości skrzydełka zbyt małą w stosunku do kształtu i ciężaru. Względnie najpewniejsze jest jego galwaniczne pogrubienie. Podobny efekt daje pokrycie folią samoprzylepną. Można też próbować szczypcami podgiąć do dołu tylną część skrzydełka (rys. 4). Prawie nieosiągalne jest jednak zachowanie przy tym pełniej symetryczności – z wyżej opisanymi skutkami dla skręcania się żyłki.

 


4. Poprawianie pracy błystek obrotowych
a – spłaszczenie skrzydełka w imadle, b – w szczypcach,
c – nawiercenie otworów, d – podgięcie tylnych krawędzi.

 

Jak z naszych rozważań wynika, niesłuszne okazuje się dość powszechne mniemanie, że dobra obrotówka to taka, której skrzydełko kręci się szeroko. To zależy od warunków. Bardzo natomiast ważne, by dawała rotację ostrą, szybką. Ona w jakimś stopniu zastępuje nawet wielkość przynęty: błystka mniejsza o rotacji ostrej daje efekt ten sam, co większa lecz leniwa. Nie mniej ważne jest, żeby startowała natychmiast po rozpoczęciu ściągania. Konieczność rozpędzania się przez metr czy dwa, by paletka weszła na obroty, czyni obrotówkę w znacznym stopniu bezużyteczną.

Inny nieuzasadniony pogląd nakazuje przezbrajać błystkę stosownie do spodziewanej wielkości zdobyczy. Zasada jest tymczasem inna. Rozstaw grotów zawsze powinien być prawie taki, jak szerokość obrotu skrzydełka – o milimetr do dwóch mniejszy. Dla zwiększenia chwytliwości nie należy kotwiczki zmieniać, tylko nieco ją odsunąć. Osiąga się to najprościej przez dołączenie jej poprzez kółko łącznikowe. Jego wielkość musi być, rzecz jasna, proporcjonalna do wielkości błystki. Do numerów O i 1 trzeba je na ogół dorabiać samemu, gdyż w sklepach takie miniaturowe spotyka się rzadko.

Kółeczko daje tę dodatkową korzyść, że uelastycznia połączenie kotwiczki z korpusem. Ponadto łatwo ją wymienić bez rozbierania całej błystki, koniecznego w konstrukcjach oryginalnych. A przecież często jest tak, że na zaczepie ułamuje się same groty. Wówczas wystarcza kilka ruchów i błystka znów do użytku.

Znakomity wędkarz pstrągowy Karol Leonowicz opracował system nieco odmienny. Jeden grot kotwiczki zmieniał mianowicie na większy i przylutowywał nieco niżej. Okazywało się to skuteczne zwłaszcza w stosunku do tzw. wąchaczy, czyli ryb podążających za blaszką, z pyskiem tuż przy niej, ale nie atakujących, tylko odprowadzających ją niemal do wyjęcia z wody. Niektórzy zwalniają wtedy ruch przynęty, co jest całkiem bezsensowne. Inni przyśpieszają, co już lepsze. Najlepiej natomiast w takich razach poderwać ją do góry, jakby rybka chciała wyskoczyć nad powierzchnię. W połowie wypadków albo i częściej daje to efekt. Ów przedłużony grot zaś wybornie pomaga.

Błystki obrotowe (albo wirowe) wykazują łowność w stosunku do wszystkich ryb drapieżnych, tak łososiowatych jak nizinnych, a nawet karpiowatych, uważanych – w odróżnieniu od bolenia i klenia – za  niedrapieżne: jaź (na małe jedyneczki biorą nawet niewymiarowe, kilkunastocentymetrowe), Ieszcz, wzdręga, brzana, świnka.

 


5. Dewony

 

Dewony to imitacje rybek ciężkie, masywne (rys. 5). Ich korpus, najczęściej metalowy, jest osadzony na drucie z kotwicą i zaopatrzony w skrzydełka powodujące jego obrót wokół osi. W innych wersjach sam pozostaje nieruchomy, obraca się tylko umieszczona przed nim turbinka. Przynęty te są u nas mało popularne. Jeśli już, to stosuje się je w rzekach o bardzo wartkim nurcie, do łowienia troci i pstrągów.

 


6. Woblery

 

Woblery (rys. 6), w odróżnieniu od powyższych trzech grup przynęt, są zbudowane z materiałów niemetalicznych: z drewna, gumy, tworzyw sztucznych. Na ogół naśladują wyglądem rozmaite zwierzęta wodne i około wodne – najczęściej ryby, ale także raki, owady, płazy, gady. Niektóre nie przypominają niczego znanego z natury. W ogóle zróżnicowanie tych przynęt jest olbrzymie. Istnieją konstrukcje jedno i wieloczęściowe, miniaturowe i olbrzymie (od 2 – 3 do 40 cm), tonące i pływające, o sferze głębokości stałym i nastawnym.

Ten ostatni to blaszka metalowa lub płytka z plastiku (celuloid, pleksi), umocowana w przedniej części korpusu. Kiedy tworzy z poziomem kąt niewielki (20 do 40°), wobler przy ściąganiu pływa głęboko. Jeśli jest on zbliżony do 45° – średnio. Przy jeszcze większym, do prostego – płytko (rys. 7). Możliwość regulowania tego kąta istnieje w modelach droższych, jak Hilo firmy ABU czy Magnum firmy Rapala. Liczy się nie tylko kąt, ale także stosunek powierzchni płytki do wielkości korpusu (im większy, tym praca ostrzejsza) oraz jej profil; korpusowi bardziej pękatemu towarzyszy zazwyczaj ster uformowany w kształt kaczego dzioba. Zadaniem woblera jest na ogół udawanie rybki chorej, osłabionej. Powinien się więc poruszać ruchem niepewnym, zmiennym, chybotliwym. Płynący prosto, niczym ołówek, pokaże się nieskuteczny.

Zmienną głębokość płynięcia osiąga się przez szybsze i wolniejsze kręcenie korbką kołowrotka. Pod wpływem steru głębokości wobler pływający wskutek przyśpieszenia zanurza się głębiej, zwolnienia – wypływa. Tonący – na odwrót.

 


7. Prowadzenie woblera

 

Na uzyskany w ten sposób ruch falisty powinno się nałożyć kołysanie na boki, jak w błystce wahadłowej, oraz kolebanie wokół osi podłużnej (rys. 7). Jakość tego ruchu złożonego bywa dla łowności ważniejsza niż inne cechy przynęty, jak wielkość, kolor itd. Korekt – odpowiednich choćby do charakteru nurtu – wymagają przy tym nawet wyroby firm renomowanych, jak uważanej za przodującą w tej dziedzinie Rapali. Zaleca ona regulację swych woblerów przez odpowiednie wyginanie kółka łącznikowego. Uniesienie go lub opuszczenie wpływa na pionowe ruchy przynęty, odchylenie zaś w bok pozwala znieść trwałe przechyły, niekorzystnie się odbijające na łowności. Zachowanie woblera można też regulować opiłowując lub wyginając ster.

Szczególne efekty niektórzy wytwórcy osiągają za pomocą specjalnych dodatków. Tak np. w zestawie wyrobów firmy Rublex znajdują się woblery Truitex, zaopatrzone w metalowy obciążnik umocowany w części brzusznej. Nadaje on szczególną stateczność hydrodynamiczną. Uformowana zaś w nim wnęka powietrzna ułatwia wprawienie przynęty w ruch wężykowaty, naśladujący paniczną ucieczkę ryby. Z kolei wobler Big S firmy Shakespeare ma w pustej przestrzeni wewnątrz zamknięte kuleczki, które podczas prowadzenia wydają grzechoczący odgłos – z trudnych do wyjaśnienia powodów wybitnie prowokujący szczupaki.

Uzbrojenie woblera stanowią zazwyczaj dwie kotwiczki. W modelach większych jest ich więcej. Niestety, nasze nowo wprowadzone przepisy ograniczają ich liczbę do dwóch właśnie. Nie ujmując nic chwalebnej intencji tego zapisu (chodzi o wykluczenie możliwości kłusowniczego łowienia na podhaczkę), nie bardzo on przystaje do tego akurat typu przynęt. Wobler 40 cm długości (a i takie się stosuje) z dwiema tylko kotwicami to zwyczajne nieporozumienie. Bez względu na ich rozmieszczenie szansa zacięcia atakującego drapieżnika jest bliska zeru.

Nadzwyczajna skuteczność woblerów w jakimś stopniu wynika z tego, że stanowią one coś nowego. Znane jest przecież zjawisko tzw. przebłyszczenia. Polega ono na tym, że po dłuższym czasie powszechnego używania jakiegoś typu przynęty sztucznej, np. błystek, w zbiorniku zauważa się spadek lub zgoła zanik zainteresowania nią ze strony ryb. Coś nowego, odmiennego, staje się natomiast od razu przedmiotem ataków. Po dziesiątkach lat biczowania naszych wód blachami niewątpliwie woblery taką odmianę wnoszą.

To jednakże nie wszystko. Odznaczają się bowiem wszechstronnością zastosowań jeszcze większą niż błystki – mimo ich niezwykle przecież bogatego wyboru. Woblery nadają się na wszelkie wody: od stojących po wybitnie wartkie. Rzecz jasna, do charakteru łowiska trzeba dostosować i wielkość, i proporcje przynęty. im, na przykład, szybszy nurt, tym mniejszy w stosunku do korpusu powinien być ster głębokości. W zbiornikach obfitujących w roślinność zanurzoną wobIer, w odróżnieniu od błystki, można bez większego trudu prowadzić
w wąskiej nie zarośniętej warstwie przypowierzchniowej. W rzekach z kolei ogromnym ułatwieniem jest możliwość puszczenia go z nurtem w miejsca nieosiągalne za pomocą rzutu – stanowiącego jedyną możliwość w wypadku przynęt tonących. Potem, odpowiednio prowadząc, można go przepuścić przez wszystkie ciekawe miejsca po drodze: głęboczki za kamieniami, okolice zatopionych konarów itd. Modele największe (jak wyżej wspomniane 40 cm) stosuje się na szczupaki i głowacice. Średniej wielkości – na sandacze, szczupaki, sumy, trocie i bolenie. Najmniejsze – na pstrągi, klenie, okonie.

Na przeszkodzie szerokiemu stosowaniu tych wyśmienitych przynęt stoi ich wysoka cena; markowe egzemplarze kosztują do 30 dolarów. To wielokrotnie więcej niż najlepsze błystki wirowe. Nawet nasze krajowe wyroby odznaczają się tą przykrą cechą, choć nie aż w tej skali. Przy pewnej zręczności, cierpliwości i pomysłowości można jednak samemu się pokusić o wyrabianie całkiem skutecznych woblerów.

Materiałem na modele pływające najczęściej będzie drewno, zwłaszcza lipowe. Może też być pianka poliuretanowa i w ogóle co tam każdy ma. Dobre korpusy formuje się ze szkła organicznego, celuloidu i innych tworzyw sztucznych. Kilka przykładowych konstrukcji widać na rys. 8. Wkładkę pełniącą rolę kila lub drut łączący kółko łącznikowe z uszkami na kotwice najlepiej wkleić żywicą epoksydową (jak Distal). Pamiętać, aby wystawało na tyle, żeby dawało możliwość regulacji pracy przynęty! Ster głębokości można sporządzić z nierdzewnej blachy (np. aluminiowej) albo płytki z tworzywa sztucznego. Tu trzeba z kolei przewidzieć naddatek na ewentualne korygowanie zachowania woblera przez jej opiłowanie lub okrojenie. Wszelkie te dopracowania przeprowadza się, oczywiście, na łowisku; do jego bowiem charakteru trzeba pracę przynęty dostosować.

 


8. Sporządzanie woblerów
a – przykłady szkieletów stalowych, b – jeden ze sposobów połączenia
elementów dużego drewnianego woblera wieloczęściowego.

 

Pewien kłopot sprawia wykończenie powierzchni. Co prawda, można ją pomalować całkiem fantazyjnie lub też oddać tylko ogólne cechy stworzenia, które wobler ma naśladować. Na przykład – pręgi charakterystyczne dla strzebli potokowej. Ponieważ jednak częstokroć ta przynęta będzie się poruszała powoli i ryba będzie miała dużo czasu na przyjrzenie się jej, warto pokusić się o bardziej naturalistyczne przyozdobienie, zwłaszcza zaś – o rysunek łusek. Jednym ze sposobów na to jest oklejenie folią aluminiową, którą uprzednio docisnęło się do grubego pilnika. A ślad jego zębów doskonale naśladuje łuskowanie.

Skoczki albo twistery (rys. 9) przywędrowały do Europy względnie niedawno. W Ameryce od lat cieszą się wielką popularnością. Składają się z ciężarka, uformowanego na haczyku i mającego najczęściej postać ołowianej kulki lub rybiej główki, oraz korpusu z ogonem, wykonanego z materiału giętkiego i elastycznego: piór, puchu, sierści, włókien syntetycznych, miękkich tworzyw kauczuko podobnych. Te ostatnie zyskały szczególną popularność. Wytwarza się je oddzielnie, tak że można je wymieniać – czy to po zużyciu poprzedniego, czy to dla dobrania stosownej barwy; do najczęściej spotykanych należą: czerwień, pomarańcz, opalizująca biel i seledyn.

 


9. Skoczki (twistery)
a – wygląd, b – modyfikowanie zachowania, c – prowadzenie.

 

Kształtem twistery (czyt. tłistery) zazwyczaj przypominają rybki, robaki, wieloszczety i inne stworzenia wodne; jak zwykle w wypadku przynęt sztucznych, bywają także modele całkiem fantazyjne. Dla skuteczności decydujące znaczenie. ma ogonek, formowany często w rodzaj rozciągniętej spiralki. Podczas ściągania przynęt wpada on w falujące ruchy drgające, wabiąco działające na ryby.

W wodzie stojącej zasadniczym sposobem prowadzenia jest ściąganie przynęty przy dnie krótkimi skokami, tak aby jej tor miał kształt piły (rys. 9). W płynącej posługuje się nią jak błystką. Łowność można czasem zwiększyć przez skracanie lub nacinanie giętkiego tułowia i ogonka.

Od kilku lat wybór twisterów w sklepach jest obszerny. Mimo to warto spróbować własnych sił w tym zakresie. Odlanie główki z uszkiem i wtopionym haczykiem nie nastręcza szczególnych kłopotów. Część giętką formuje się z cienkiej gumy z rękawiczek ochronnych, z boa (strusiego puchu) i innych podobnych materiałów. W takim właśnie wykonaniu skoczki zdobyły dużą popularność w regionach południowo-zachodnich. Zwie się je tam szwancami albo kotomyszami. O ile pierwszą nazwę łatwo wywieść z niemieckiego (Schwanz = ogon), o tyle na drugą trudno znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Ale tak w wędkarstwie bywa często. Najważniejsze zaś nie jak się zwał, tylko żeby łowny był. A twistery właśnie są. Same, bez dodatków, wykazują wybitną skuteczność w stosunku do sandaczy, kleni, okoni. Wzbogacone o połyskliwy element wirujący, jak skrzydełko od maleńkiej błystki obrotowej – także na szczupaki, trocie, sumy. W Stanach Zjednoczonych te kombinowane błystko-skoczki stanowią zasadniczą przynętę na basa wielkogębowego.

Takie kompozycje przynętowe (inaczej przynęty składane albo tandemy) można zestawiać z rozmaitych składników. Szczególną skuteczność wykazują w wodach przebłyszczonych, jako że stanowią odmianę. Dobierając je trzeba mieć na względzie ograniczenia regulaminowe. Dozwolone jest mianowicie uzbrajanie tylko jednej z kojarzonych przynęt. Z powodów technicznych z kolei należy je montować tak, aby cięższa wypadała na końcu. Zaniedbywanie tej zasady powoduje splątania w czasie rzutu. Kotwiczka bowiem, poprzedzana przez nie uzbrojony element cięższy, zaczepia o żyłkę. Zachodzi coś podobnego do łódeczkowania, zdarzającego się często przy. nieumiejętnych rzutach zwykłą wahadłówką (rys. 10). Powstania łódeczki można uniknąć wyhamowując lot przynęty w końcowej fazie jej lotu.

 


10. Kombinowanie przynęt
a – twister lub sztuczna rosówka ze skrzydełkiem wirówki, b – obrotówka z wahadłówką (1 – skutek odwrócenia
kolejności, 2 – mechanizm “łódeczkowania” błystki wahadłowej), c – obrotówka ze sztuczną muszką,
d – imitacja rybki ze skrzydełkiem wirówki, e – wahadłówka z korpusem twistera.

 

Nie uzbrojoną wirówkę łączy się nie tylko ze skoczkiem, jak wspomnieliśmy wyżej, ale także np. z większą obrotówką, wahadłówką (oczywiście już zaopatrzonymi w kotwiczki), dużą sztuczną muszką, dewonem, uzbrojoną sztuczną rybką (rys. 10). Skuteczność wahadłówki z kolei podnosi się przez założenie na jej kotwiczkę (lub haczyk, jeśli jest uzbrojona w pojedynczy) skoczkowego korpusu z giętkiego tworzywa.

To ostatnie graniczy w zasadzie ze szczególnym sposobem uatrakcyjniania przynęt spinningowych – mianowicie zdobieniem ich uzbrojenia. Kotwice błystek obrotowych przystraja się włóczką, piórami, puchem, kawałkami rurki igelitowej lub kompozycjami tych materiałów (coś jakby sztuczna muszka). Trzeba mieć na uwadze, że ozdoby nasiąkliwe stwarzają niebezpieczeństwo skorodowania kotwicy zatrzymują bowiem wilgoć. Do błystek wahadłowych stosuje się raczej płytki plastikowe (czasem kawałki szkiełek odblaskowych) w kształcie płetwy ogonowej. Pęki, zwłaszcza włóczki, pogarszałyby pracę przynęty, działając jak dryfkotwa. Wspomnianych wyżej elementów z giętkiego tworzywa używa się także do uatrakcyjniania woblerów. Kolory tych dodatków bywają różne. Najczęściej stosuje się czerwony, na który szczególnie reagują szczupaki i okonie. Podkreślmy, że nie służą one maskowaniu haków, jak uważają niektórzy; chodzi tylko o dodatkowe wabiki.

Tym większą rolę odgrywa barwa samej przynęty. Niestety, niezmiernie trudno tu o jakieś stałe i powszechnie się sprawdzające reguły. Z pewnością powinna ona być dostosowana do ubarwienia rybiego drobiazgu, padającego najczęstszym łupem drapieżników, na które się nastawiamy. W wypadku bolenia będzie to więc na przykład naturalna barwa białego lub szarego metalu (nikiel, cyna, ołów), ewentualnie uzupełniona odcieniem błękitu; taką mniej więcej kolorystyką cechują się ukleje, stanowiące jego główne pożywienie. Na szczupaka znów przynęta powinna przypominać ryby przeważające w zbiorniku np. połyskiwać na złocisto w wodzie karasiowej. Uważa się na ogół, że im ciemniej (głębokie prowadzenie, mało przejrzysta woda, pochmurna pogoda), tym powinna być jaśniejsza i na odwrót.

Niemniej poglądów jest na ten temat wiele, często zgoła przeciwstawnych, a przy tym potwierdzonych doświadczeniem. Toteż jeśli nie doczekamy się pobić na dobraną zgodnie z regułami sztuki błystkę, powiedzmy, jasno srebrzystą – nie zawadzi jeszcze spróbować ciemno miedzianej.

Na barwie metalu możliwości kolorystyczne się nie kończą. Powszechnie atrakcyjność błystek podnosi się przez malowanie powierzchni błystek wahadłowych oraz skrzydełek i korpusów obrotówek (rys. 11); o malowaniu woblerów pisaliśmy wyżej. Stosuje się bądź kolory jednolite, bądź kropki, paski. Na tle żółtym dobrze robią wzory czerwone, czarne, zielone, białe (srebrne); na białym (srebrnym) – czerwone, niebieskie, czarne, zielone; na miedzianym – czarne, czerwone, białe; na czarnym – żółte, czerwone, białe.

 


11. Przykłady wzorów, w jakie się maluje błystki

 

Z zestawień tych szczególną uwagę warto zwrócić na kropki żółte na czarnym (takie paletki mają niezwykle łowne wirówki pstrągowe Black Fury – Czarna Furia), czerwone pasy na białej powierzchni małej smukłej wahadłówki (wzdłużne na znanej błystce japońskiej) skośne na sławnej P1 Brodowskiego, doskonałej między innymi na późnowiosenne pstrągi) oraz rzadko u nas spotykane zestawienie żabie: żółta paletka przy seledynowym korpusie wirówki (doskonałe na pstrągi) i jasnozielone kropy na żółtym (świetne na szczupaka).
Do malowania trwałego najlepiej nadają się farby nitro lub renowacyjne. Prostym i praktycznym doraźnym sposobem jest użycie kolorowych kredek do szkła laboratoryjnego (dermatografów). Mają tę zaletę, że bez kłopotu można ich używać na łowisku. Dla usunięcia wykonanych nimi zamalowań wystarczy powierzchnię błystki wypolerować drobnym piaskiem lub ziemią.

Rolę podobną jak malowanie spełnia naklejanie kawałków (pasków, kółek) samoprzylepnej folii odblaskowej. W wypadku skrzydełek błystek obrotowych trzeba się jednak liczyć z tym, że w ten sposób nieznacznie się je dociąża.

Kolejnym sposobem uatrakcyjniania przynęt spinningowych jest ich perfumowanie substancjami zapachowymi. Oddziaływanie na zmysły wzroku i linii bocznej uzupełnia się w ten sposób drażnieniem węchu smugą ciągnącą się za błystką. Najpierw na Zachodzie, a potem także u nas pojawiły się oleje śledziowe, kleniowe i inne. Jednym z tańszych był i jest tran. Kilka jego kropli na pukielku włóczki przy kotwicy obrotówki zwiększa wydatnie jej łowność, szczególnie w odniesieniu do okoni, kleni i pstrągów tęczowych. Znaczne rozszerzenie możliwości stosowania małych błystek osiąga się przez ich dociążanie (rys. 12). Dzięki niemu przynęty małe i lekkie można prowadzić w partiach głębszych, co przydaje się szczególnie w wodach o silnym prądzie. Z wielu powodów jest to praktyczniejsze niż sięganie po modele duże.

 


12. Dociążanie błystek
a – rybia główka z ołowiu (dwie wersje), b – ciężarek ekscentryczny (odśrodkowy) na żyłce,
c – na krętliku, d – oliwka na przyponiku bocznym, e – kulka na zapince.

 

Raczej tylko przy błystkach obrotowych stosuje się rybie główki na drucie. Zarówno do obrotówek, jak i wahadłówek, a także sztucznych rybek (woblerów) i skoczków przydaje się ciężarki ekscentryczne (odśrodkowe) zaciskane na żyłce oraz niezależne ciężarki na przyponie bocznym. Obrotówki i skoczki doskonale się dociąża kulkami na zapince z drutu, zakładanej na kółko łącznikowe. To rozwiązanie, wprowadzone przez francuską firmę Au Lion d’Or, ma rozliczne zalety. Bardzo dobrze sygnalizuje moment opadnięcia błystki na dno; odczuwa się wyraźne puknięcie. Ma się z przynętą stały kontakt, dobrze się ona układa w ostatniej fazie rzutu i świetnie prowadzi. Aby tak się działo, kulka nie może być cięższa od błystki; najlepiej, jeśli waży tyle samo.

Ogólnie zresztą obciążenie dodatkowe nie może wyraźnie przewyższać masy przynęty – z wyjątkiem rybiej główki na sztywnym drucie. Szczególnie trzeba też pamiętać o wyprostowaniu zestawu przed opadnięciem do wody przez wyhamowanie w ostatniej fazie rzutu wybiegu żyłki z kołowrotka. W przeciwnym razie trudno będzie uniknąć splątań.

Czasami, zwłaszcza kiedy się oczekuje ataku szczupaka, wskazane jest dowiązywanie przynęty za pośrednictwem przyponu metalowego. Wbrew obawom niektórych nie obniża on łowności. Ważne tylko, żeby był lity; plecionka miałaby skłonność do skręcania się. Najprościej jest użyć 6 – 10 cm łącznika ze sprężynującego drutu stalowego średnicy pół milimetra lub nieco więcej. Jedną jego stronę formuje się w kółko do wiązania żyłki, drugą – w agrafkę do zapinania błystki (rys. 13). Rolę takiego przyponu do pewnego stopnia spełniają krętlik i agrafka (ta najlepiej też własnej roboty), za których pośrednictwem dowiązuje się przynętę.

 


13. Łącznik druciany do błystek

 

Na zakończenie należałoby jeszcze wspomnieć o szczególnym rodzaju przynęt spinningowych – mianowicie o martwych rybkach lub ich kawałkach (fllecikach). W wielu wypadkach skutecznością przewyższają one najlepsze błystki czy woblery. To zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że w sposób najbardziej naturalny przypominają stały pokarm drapieżnika. Dla wprowadzenia w naturalne ruchy konieczne jest ich specjalne uformowanie na rozmaitych konstrukcjach metalowych, zwanych systemikami (rys. 14). Dzięki nim podczas ściągania wykonują ruchy wahadłowe, kołyszące lub obrotowe. Temu ostatniemu zawdzięczają jedną z nazw – obrotek.

 


14. Przykłady systemików do martwych rybek

 

Mimo wysokiej skuteczności naturalne przynęty spinningowe nie rozpowszechniły się u nas specjalnie. Podstawową ich wadę stanowi, że niweczą jedną z najwyżej cenionych zalet spinningu – czystość, stałą gotowość, uwolnienie od uciążliwej kuchni przynętowej. Ponadto nie wolno ich stosować w większości wód krainy ryb łososiowatych.

 

Poniżej są zdjęcia poszczególnych przynęt:
A – błystka wahadłowa B – błystka obrotowa C – dewon D – wobler E – twister

 

Technika

Jak w metodach spławikowych wiele zależy od wcześniejszego przygotowania przynęt i zanęt, tak w spinningu wstępem do sukcesu jest opracowanie zawczasu planu łowienia. Nie chodzi tylko o dobór zestawu sprzętowego odpowiedniego do charakteru łowiska, warunków hydrologicznych, pogody itd. Wielu łowiących nie docenia wagi należytego rozplanowania wyprawy. Wypuszcza się zapaleniec nad wodę i tak ostro biczuje od rana do południa, że pada zmęczony pod jakimś drzewem. Popija coś, łapie oddech, a akurat zaczynają się najlepsze brania; jesienią, na przykład, przypadają one właśnie między pierwszą a drugą, kiedy już ma się w nogach dziesięć kilometrów, w rękach zaś – ani trochę czucia. Stąd znaczenie właściwej taktyki. Trzeba siły rozłożyć na dojścia, powroty. Ustalić, kiedy i gdzie można się spodziewać ryby – i temu przyporządkować resztę.

Już na łowisku konieczne okazuje się niekiedy wprowadzenie poprawek do przyjętych założeń. Dopiero tu bowiem można ostatecznie ocenić warunki, szczególnie zaś poziom wody. Niezależnie od tego warto jeszcze raz sprawdzić stan poszczególnych elementów wędki, regulację hamulca kołowrotka.

Technik zarzucania istnieje wiele (rys. 15). Zaczyna się od podciągnięcia przynęty na właściwą odległość od przelotki szczytowej – im cięższa, tym dalej; zazwyczaj między 10 a 40 cm. Rzut podstawowy, znad głowy, daje się zastosować tylko w warunkach sprzyjających. Nieco trudniejszy boczny stosuje się wtedy, kiedy gałęzie drzew lub inne przeszkody nie pozwalają na wymachy pionowe. Przydaje się także wówczas, kiedy zależy nam na możliwie płaskim torze – przy wietrze z przodu lub jeśli mamy przynętę wprowadzić pod nawis gałęzi. Z braku miejsca na jakikolwiek wymach trzeba się uciekać do technik specjalnych, jak rzut katapultowy (uwaga na groty kotwiczki), spod ręki, wahadłowy, pchnięcie szpadą itd. Wszystkie one dają jednak niewielki zasięg przynęty.

 


15. Rzut błystką
a – klasyczny znad głowy, b – boczny, c – katapultowanie, d – wahadłowy, e “pchnięcie szpadą”.

 

Przy rzutach dalszych należy uwzględnić wpływ wiatru. Jeśli wieje z boku, to energiczne machnięcie wędziskiem w tym kierunku już podczas lotu przynęty pozwoli zmniejszyć niekorzystne wybrzuszenie żyłki. Im ona cieńsza, tym mniej się poddaje ruchom powietrza, i to stanowi jeszcze jeden argument przemawiający za dobieraniem jak najmniejszych średnic. Pod koniec rzutu jej wybieg trzeba wyhamować, a w ostatniej chwili zatrzymać całkiem, z jednoczesnym lekkim poderwaniem szczytówki. Dzięki temu przynęta opadnie cicho, nie płosząc ryb. Czasami wskazane jest nawet, aby pod koniec jej lotu zacząć zwijać żyłkę; błystka zastartuje natychmiast z chwilą dotknięcia wody.

Na dobre opanowanie różnych stylów zarzucania, wyćwiczenie donośności i celności rzutu oraz poprawnego kładzenia przynęty na wodzie nie ma co żałować czasu. Na początek warto do treningu zdejmować kotwiczki, aby nie tracić błystek. Takie strzelanie ślepakami ma jednak ograniczoną użyteczność. Rychło trzeba przejść na trenowanie na ostro. Wtedy dopiero można osiągnąć biegłość w prowadzeniu, co pozwoli nie tylko na pełne wykorzystanie łowiska, które niewprawny uzna za całkiem niedostępne, ale także na ograniczenie liczby traconych później blach. Prócz tego na podstawie osiąganych wyników można będzie ocenić skuteczność zastosowanego rodzaju pracy przynęty.

Z chwilą, kiedy znajdzie się ona w wodzie, wszystko zaczyna być w rękach wędkarza; ściślej – w przekazywanych przez nie wrażeniach dotykowych. Obserwowanie szczytówki, żyłki, czasem także wprost błystki czy woblera, ma znaczenie tylko uzupełniające. Liczy się przede wszystkim czucie. Ono z jednej strony informuje, co się właśnie dzieje z przynętą; z drugiej zaś – pozwala kierować jej zachowaniem. A to niezwykle istotne. Nieważne, czym się rzuca, ważne, żeby wiedzieć, jak to pokazać (rybie) – mawia dobrze wrocławskim wędkarzom znany mistrz.

Niestety, jedyną receptą na opanowanie tej sztuki wyczuwania pozostaje – podobnie jak przy zarzucaniu – praktyka. Wielu wskazówek dostarczy baczne obserwowanie przynęt podczas ściągania w czystej płytkiej wodzie i kojarzenie widzianych zachowań z tym, co się czuje ręką. Potem już głównie wyobraźnia i zmysł przestrzenny pozwolą te doświadczenia przenieść na prawdziwe łowienie. One muszą nieomylnie wskazywać, w którym miejscu toni znajduje się właśnie przynęta, jak się rusza itd.

Może ona być najatrakcyjniejsza i najdroższa; jeśli jednak będzie jednostajnie, mechanicznie przecinała wodę, łupem drapieżnika, zwłaszcza większego, stanie się tylko z rzadka i przypadkowo. Dopiero stała zmiana jej pracy, osiągana przez zwiększanie i zmniejszanie szybkości zwijania żyłki lub ruchy wędziska, ożywia ją, czyni z niej cel intrygujący, prowokujący atak ryby, spowodowany czy to skojarzeniami żerowymi, czy to instynktem terytorialnym, czy wreszcie zwykłą ciekawością. Warto przy okazji zauważyć, że właśnie ta różnorodność motywów sprawia, iż w spinningu bardziej niż w innych metodach sprawdzają się przynęty nie przypominające niczego jadalnego; o ile pokarm powinien wzbudzić zaufanie, o tyle intruza odpędza się bez względu na to, czy się go zna czy nie.

Kolejnym warunkiem skuteczności przynęty jest, aby znalazła się w zasięgu zmysłów ryby: wzroku, linii bocznej, ewentualnie węchu – w odległości czyniącej atak opłacalnym. Wymaga to prowadzenia jej w pobliżu domniemanych stanowisk, jak podwodne głazy, pnie, zarośla. Niestety, nader często okazują się one pułapkami na błystki czy woblery. Skłania to wielu wędkarzy do prowadzenia nazbyt ostrożnego, najchętniej tuż przy powierzchni wody. Z nielicznymi wyjątkami mija się to z celem. Podobnie zresztą, jak uparte oranie dna, bez względu na jego charakter, obecność zaczepów i co gorsza – porę roku oraz spodziewany gatunek zdobyczy.

Branie
odczuwa się przede wszystkim ręką. Obserwacja szczytówki czy żyłki może mieć znaczenie tylko pomocnicze. Zależnie od sposobu chwytania przynęty przez rybę i kierunku, z którego ona to robi, branie może mieć postać od ostrego szarpnięcia (czasem wyrywającego kij z ręki), przez uderzenia, puknięcia, trącenia, przytrzymania – po ledwie wyczuwalną zmianę pracy przynęty, często połączoną z poluzowaniem lub odchodzeniem żyłki w bok.

Po każdym takim sygnale, bez względu na jego rzeczywistą przyczynę, należy ostro, zdecydowanie zaciąć. Siłę i szerokość trzeba dostosować do aktualnej odległości przynęty, głębokości jej zanurzenia, siły prądu oraz cech zestawu; głównie chodzi tu o akcję wędziska. Im przynęta dalej i głębiej, a kij krótszy i bardziej elastyczny, tym zacięcie szersze i mocniejsze.

Nigdy nie poprawiajmy. Praktyka wykazuje, że przy umiejętnym holowaniu z kotwiczki schodzi stosunkowo niewiele ryb. Sporo ich natomiast okazuje się zaczepionych zaledwie jednym grotem na milimetrowy paseczek naskórka. Przy powtórnym zacięciu niechybnie doszłoby do zerwania; nawet byśmy nie wiedzieli, że istotnie mieliśmy branie.

Może się zdarzyć (i często się zdarza), że skutkiem zacięcia jest uwięźnięcie kotwiczki w zaczepie. W jeziorach uwolnienie na ogół nie przedstawia większych trudności. Mamy bowiem najczęściej do czynienia z zaczepami miękkimi. Jeszcze dogodniejsza jest sytuacja, gdy można podpłynąć łodzią, by wyciągać przynętę pod kątem innym, niż się zaczepiła.

W rzekach jest to z reguły trudniejsze. Niemniej dwie trzecie do trzech czwartych zaczepów daje się uwolnić. Mowa, oczywiście, o uwolnieniu w rozsądnym czasie, a nie o dwu czy trzygodzinnej zabawie, w trakcie której nieszczęśnik, myślący ile pieniędzy uwięzło gdzieś na dnie, tnie scyzorykiem drzewo, żeby nim sięgnąć, dźga wodę i klnie. Najprostszy sposób to pstrykanie (strzelanie). Przy mocno napiętej żyłce pociąga się za nią i puszcza. Jeśli mamy do czynienia z zaczepem twardym, jak kamień czy na pół skamieniałe drewno, dochodzi wówczas do poluzowania grotów. Prąd często zrobi resztę i tak może wkrótce szczęśliwie odzyskamy przynętę.

O ile zaczep da się obejść, to warto pociągnąć za żyłkę z kierunku, z którego szła blacha (wobler, skoczek, dewon). Kiedy jest nie za daleko od brzegu i poniżej wędkarza, pomagają wianuszki z wikliny lub innych giętkich gałęzi, splecione wokół żyłki i puszczone z prądem. Przeważnie udaje się nimi wytrząsnąć kotwiczkę z zawady (rys. 16). Oczywiście, jak zawsze można użyć pierścienia odczepowego. Jednakże osiągnięcie nim zaczepów położonych dalej od brzegu, szczególnie przy silnym nurcie, często się okazuje niemożliwe.

Bywa też jednak (choć niektórym trudno w to uwierzyć), że po zacięciu odczuwa się żywą reakcję ryby. Wówczas należy natychmiast przystąpić do holowania, płynnego lecz zdecydowanego. Prędkość zwijania żyłki powinna przy tym – z wyjątkiem okazów bardzo dużych – zależeć od oporu zdobyczy, a nie od wytrzymałości sprzętu. Przed jej przekroczeniem chroni właściwie ustawiony, i ewentualnie podczas holowania korygowany, opór sprzęgiełka (hamulca) kołowrotka.

 


16. Uwalnianie z zaczepu za pomocą wianka wiklinowego

 

Sztuki niezbyt wielkie można po prostu ściągać kołowrotkiem. Nie wolno jednak stale obracać jego korbki, gdy ryba wybiera z niego żyłkę. Skutkuje to bowiem skręcaniem żyłki, nie dając żadnego pożytku. Wystarczy się ograniczyć do wybierania nim luzów, powstałych przy zmianach kierunków ucieczki zdobyczy. Okazy duże i silne wyciągamy przez pompowanie – czyli podciąganie wędziskiem, a następnie, podczas jego opuszczania, zwijanie żyłki z jednoczesnym pokonywaniem oporu ryby.

Do lądowania można przystąpić z chwilą stwierdzenia całkowitego zmęczenia ryby: zaprzestania czynnej walki, zwłaszcza ucieczek, ewentualnego pokładania się na boki, poniechania energicznego umykania od brzegu czy łodzi oraz dołowania (parcia w głąb). W warunkach sprzyjających wystarczy tak wyczerpaną rybę lądować wyślizgiem na brzeg lub – łowiąc z łodzi – wyjąć ręką.

Przy sztukach większych, szczególnie gdy nie daje się upewnić co do niezawodności zapięcia na kotwicy, lub zgoła widać, że ryba ledwie się na niej trzyma, należy posłużyć się podbierakiem, chwytakiem lub osęką. W tym trzecim wypadku trzeba uważać, aby ofiarę jak najmniej uszkodzić; zwłaszcza jeśli nie mamy pewności, czy nie trzeba jej będzie wpuścić do wody (z powodu okresu ochronnego – ryb o wątpliwym wymiarze nie należy wyciągać osęką). Gdy jest zmęczona, takie podebranie nie nastręcza trudności. Niezbędnej wprawy zaś można nabrać ćwicząc na kawałku deski lub innego drewna, rzuconym na powierzchnię wody.

Drapieżniki o ostrym uzębieniu, jak szczupak, sandacz, sum, które mamy zamiar zabrać (a więc wymiarowe i złowione poza okresem ochronnym), trzeba uśmiercić niezwłocznie, przed przystąpieniem do wyjmowania kotwicy z paszczy. Uwaga zwłaszcza na groźny szczękościsk szczupaka! Następnie je wykrwawiamy, patroszymy i zawijamy w lnianą ściereczkę.

Łowienie

W rzekach krainy ryb łososiowatych (potokach oraz mniejszych i średnich rzeczkach pstrągowych) łowimy najczęściej zestawem lekkim. Im woda głębsza i bystrzejsza, tym przynęta cięższa; z reguły jednak nie przekracza 15 g.

W okresie wczesnowiosennym (luty – maj) prowadzimy ją w poprzek nurtu lub skośnie pod prąd (rys. 17). Wymaga to użycia cięższych wahadłówek lub przystosowanych do takiej pracy obrotówek: Long, Comet, albo też głębiej pracujących woblerów. Także umiejętnie prowadzone skoczki są w wiosennej wodzie, jeszcze lekko podwyższonej lecz już oczyszczonej, skuteczne na pstrągi. Wiąże się to z przypadającym na kwiecień tarłem minoga strumieniowego.

 


17. Kierunki prowadzenia przynęt spinningowych w rzekach wartkich

 

Przynętę należy w tym okresie prowadzić powoli, lecz nie jednostajnie, między połową a trzema czwartymi głębokości wody. To wystarczy, by sprowokować pstrąga, który wczesną wiosną żeruje nienadzwyczajnie, ale przez cały prawie dzień; najlepszy czas przypada między dziesiątą przed południem a czwartą po południu. Szczególnie obiecujące miejsca (domniemane stanowiska ryb) warto przeczesywać systematycznie, różnego rodzaju przynętami. Brak szaty liściowej na nadbrzeżnych drzewach i krzewach zmusza do zachowania szczególnej ostrożności przy podchodzeniu do brzegu, zwłaszcza że łowimy na wprost lub powyżej kryjówki ryby, a więc w polu jej względnie dobrego widzenia.

Poczynając od maja i aż do końca sierpnia łowimy na przynęty mniejsze i lżejsze. Z zasobu błystek obrotowych wybieramy małe lub bardzo małe (nr 0 – 3) typu Aglia, najskuteczniejsze zaś jest prowadzenie z prądem wzdłuż podmytych burt brzegowych, stromych skarp omywanych nurtem lub między warkoczami roślinności. O ile warunki pozwalają, staramy się łowić brodząc. W przeciwnym razie zachowujemy szczególną ostrożność – w terenie odkrytym nie podchodzimy do brzegu, spodziewane stanowiska ryb obrzucamy z daleka, podchodząc – zależnie od warunków terenowych – poniżej lub powyżej nich, na odległość rzutu lekką przynętą. Szczególnie starannie (pod względem precyzji rzutów) przeczesujemy wszelkie głębsze przewężenia lub strugi szybszego nurtu, utworzone przy leżących na dnie przeszkodach (pnie, korzenie), oraz miejsca za takimi przeszkodami.

Rzuty powinny być bardzo dalekie lecz celne, w punkt, z zastopowaniem lotu błystki i rozpoczęciem zwijania żyłki jeszcze kiedy przynęta pozostaje w powietrzu. Padając na powierzchnię natychmiast rozpoczyna pracę, a to często powoduje natychmiastowy atak ryby. Ściąganie błystki musi być na tyle bystre, żeby poruszała się szybciej niż woda, płynąca przecież w tym samym kierunku. To warunek wprawienia skrzydełka w obroty. Głębokość prowadzenia mała i średnia, czyli od warstwy najwyższej, przypowierzchniowej, do połowy wody. Tylko z rzadka, w głębokich i długich rynnach, można zejść do trzech czwartych; uwaga przy tym na liczne zaczepy.

W takich warunkach sprawdzają się tylko obrotówki o szerokiej pracy skrzydełka i nienagannym, natychmiastowym starcie. Właściwie zmontowane, dają rotację żywą, odczuwaną przez wędkarza i wabiącą ryby, przy prędkości już nieznacznie większej od szybkości wody.

Stanowiska ryb niemożliwe do obłowienia tą metodą – powyżej zwisających nad powierzchnią gałęzi, zawad itd. – trzeba przeczesać w poprzek nurtu lub pod prąd, stosując przynęty odpowiednie do tego kierunku prowadzenia: błystki obrotowe typu Comet albo Long; wahadłowe, woblery, skoczki; czyli takie, jak używane w okresie wiosennym.

Polując na troć lub głowacicę w większych i głębszych, często wręcz bardzo głębokich rzekach krainy ryb łososiowatych, posługujemy się techniką właściwą do łowienia pstrągów w okresie wiosennym. Sprzęt jednak musi być odpowiednio cięższy (spinning średni lub ciężki), także przynęty powinny być większe i cięższe (lub dociążone) i dawać się prowadzić w silnym nurcie na połowie do trzech czwartych głębokości. Grubość żyłki trzeba dostosowywać przede wszystkim do ilości zaczepów. I tak np. o ile w okolicach Karlina, gdzie Parsęta w nie obfituje, lepiej używać średnicy 0,40, o tyle poniżej, gdzie koryto jest gładsze, wystarczy już tylko 0,35.

Precyzja i celność rzutów mają tu znaczenie nieco mniejsze, ze względu na wielkość rzek. Najważniejsze są głębokość i sposób poruszania się przynęty. Prowadzenie musi być bardzo powolne, przeplatane jedno do dwusekundowymi przerwami w zwijaniu żyłki na przemian z krótkimi, pół do jednometrowymi jej zrywami (jeden do dwóch szybkich obrotów korbką). W trakcie ściągania po średniej długości rzucie (około 25 m) należy wykonać trzy – cztery tego typu manewry przynętą, starając się, by wypadły one na moment, gdy przynęta znajduje się w najbardziej strategicznych miejscach swej trasy. Należą do nich: punkt rozpoczęcia pracy przy dnie pod skarpą brzegu przeciwnego, środek głównego nurtu, dojście do skarpy brzegu, z którego łowimy, a także wszelkiego typu zaobserwowane stanowiska ryb (podwodne przeszkody, progi itp.). Jak widać, szczególnie w tym wypadku jest ważne, aby w każdej chwili orientować się, gdzie naprawdę znajduje się akurat przynęta, zarówno co do poziomu, jak i pionu. A to wcale niełatwe.

W rzekach nizinnych
zastosowanie znajdują wszystkie odmiany spinningu, przy czym wybór zależy od szerokości i głębokości wody oraz siły prądu, a także gatunku ryb, na jaki się nastawiamy. Stosując przynęty niewielkie zyskujemy szanse na złowienie wszelkich występujących tu drapieżników. Dobierając duże, wykluczamy znaczną ich część: okonia, jazia, klenia, bolenia, często także sandacza. W praktyce pozostają więc szczupak i sum. W średniej wielkości rzekach, w odcinkach odpowiadających górnej części krainy leszcza lub krainie brzany, użycie lekkiego zestawu z małymi przynętami nie tylko uatrakcyjni łowienie, ale także zestaw zdobyczy rozszerzy o brzanę i świnkę (poza typowymi: szczupakiem, okoniem, kleniem czy jaziem).

W wodach tego rodzaju szczególnego znaczenia nabiera umiejętność właściwego wykorzystania różnorodnych dociążników. Umożliwiają one przeczesywanie niewielkimi i lekkimi przynętami głębszych partii nurtowych. Ponadto pozwalają na uatrakcyjnienie ich pracy przez nadanie im ruchów pionowych, niezwykle nęcących większość drapieżników, zwłaszcza zaś okonia i sandacza. Uzyskujemy to przez zwalnianie obrotów korbki aż do wyczuwalnego puknięcia ciężarka o dno, na przemian z energicznym podniesieniem przynęty przez odpowiedni ruch szczytówki lub szybsze zakręcenie korbki.

Prowadzić można we wszystkich kierunkach (rys. 18). Zdecydowaną przewagę, jeśli chodzi o skuteczność, wykazuje ściąganie w poprzek nurtu lub skosem pod prąd. Prowadzenie z biegiem rzeki ma zastosowanie bądź w odcinkach o wolnym przepływie, bądź w partiach o prądach wirowych (strefa przybrzeżna) lub wstecznych.


18. Spinningowanie w rzekach nizinnych
a – kierunki ściągania przynęty (zakreskowany obszar najkorzystniejszy), b – głębokość i tempo prowadzenia
(1 – boleń, 2 – kleń, jaź, 3 – szczupak, 4 – sandacz, 5 – okoń, 6 – sum; bs – bardzo szybko, s – szybko,
śs – średnio szybko, ż – żwawo, b – bystro, p – powoli).

 

Głębokość i szybkość prowadzenia zależą przede wszystkim od spodziewanej zdobyczy i pory roku. Orientacyjnie można to ująć w sposób następujący (0 ? przy powierzchni, 1 ? przy dnie):

 

Wiosna – Lato
Szczupak  –
(0,5 – 0,75) – żywe
Sandacz  –
(0,75 – 1) – powolne
Okoń –
(0 – 1) – bystre
Sum –
(0,5 – 1) – powolne
Boleń –
(0 – 0,5) – bardzo szybkie
Kleń, Jaź –
(0 – 1) – szybkie
Jesień
Szczupak –
(0,75 – 1) – powolne
Sandacz –
(0,75 – 1) – powolne
Okoń –
(0,75 – 1) – średnio szybkie
Sum –
(0,75 – 1) – powolne
Boleń –
(0 – 0,75) – szybkie
Kleń, Jaź –
(0,75 – 1) – powolne

 

Zarówno tymi wskazówkami, jak i spotykanymi w literaturze czy przekazach wędkarskich opisami stanowisk typowych dla poszczególnych gatunków nie należy się – nie przecząc ich słuszności – kierować bezkrytycznie. Często warto z tym poeksperymentować. Kilkanaście lat temu sensacyjnie zakończyły się towarzyskie zawody spinningowe na jednej z dużych rzek wielkopolskich. Podczas gdy wszyscy ruszyli szybko w miejsca typowo szczupakowe, a więc przede wszystkim nad spokojne zatoki czy wypłycenia między główkami, jeden zawodnik wybrał odcinek zdumiewająco odbiegający od potocznych wyobrażeń: brzeg równy, dno wyłożone grubym kamiennym narzutem, spadek 45-stopniowy, nurt silny. Swoją Algą nr 3  – kopytem siedmiodekowym – skusił okazy największe. Jak się zresztą okazało, wynik ten bynajmniej nie był przypadkowy.

W wodach stojących głównym celem łowienia na spinning będą: szczupak, okoń i sandacz, rzadziej – sum. W nielicznych tylko wypadkach można liczyć na coś z rodziny łososiowatych: troć jeziorową, pstrąga. Występujące czasem kleń, boleń czy jaź dają się – w odróżnieniu od łowisk rzecznych – skusić tylko przypadkowo. Zdarzają się natomiast przypadki złowienia większych okazów ryb niedrapieżnych: leszcza, wzdręgi.

Wody stojące cechują się różnorodnością. Zalicza się do nich zarówno jeziora, same z siebie już niezwykle zróżnicowane, jak i zbiorniki zaporowe (również całkiem odmienne w zależności od tego, czy górskie, przejściowe czy nizinne), wszelkiego typu wyrobiska (glinianki, żwirownie, torfianki) oraz zagospodarowane do celów wędkarskich stawy. Za tym idzie rozmaitość możliwości połowowych. Zależą one od wielkości zbiornika, jego głębokości, ukształtowania linii brzegowej, rodzaju i obfitości roślinności wynurzonej i miękkiej, a także od sposobu zagospodarowania: pomosty, wypożyczalnie łodzi itd.

Warunki do łowienia z brzegu istnieją w stosunkowo niewielkich zbiornikach z głęboką strefą przybrzeżną, słabo rozwiniętą roślinnością wodną i dostępnymi brzegami. Będą to przede wszystkim wyrobiska, ale także niektóre jeziora, zwłaszcza typu rynnowego, z bardzo wąskim pasem trzcin i rozpoczynającym się blisko brzegu stokiem ławicy przybrzeżnej, oraz zbiorniki zaporowe, zazwyczaj pozbawione roślinności wodnej. W tych wypadkach niezbędne okazują się zazwyczaj buty biodrowe, umożliwiające osiągnięcie i wykorzystanie każdego dostępnego stanowiska. Dzięki nim nie sprawi kłopotu zarówno wykonywanie rzutów wzdłuż roślinności, po wejściu w trzciny, jak i uwolnienie przynęty od zaczepów, obfitych w tej strefie.

O ile tylko warunki pozwalają, zaczynamy od rzucania wzdłuż linii brzegowej lub bliskiego jej pasa roślinności. Następnie kolejno przeczesujemy całe łowisko dostępne od naszego stanowiska. Tu wybitnie się przydaje umiejętność wykonywania rzutów dalekich. Głębokość i prędkość prowadzenia przynęty trzeba dobrać do charakteru łowiska, rodzaju roślinności, pory roku oraz, oczywiście, oczekiwanego gatunku ryby (rys. 19). Można tu przyjąć zależności takie same jak w rzekach nizinnych.


19. Prowadzenie przynęt spinningowych w jeziorach
a – kierunki (cyframi oznaczono kolejność), b – tor ruchu.

 

Przy rzutach prostopadłych do linii brzegowej penetrujemy najczęściej najgłębszą strefę łowiska. Przynętę zatem (tonącą) kładziemy na dnie, co sygnalizuje zaprzestanie zatapiania żyłki. Według czasu jej tonięcia oceniamy głębokość wody. Następnie dość ostro odrywamy ją od dna. Po tym, jak odczuwamy charakterystyczną wibrację, poznajemy, czy nie nagarnęliśmy roślin, liści, muszli itd.

W miejscach o ostrym spadzie dna, jeśli nasza przynęta startuje ze znacznej odległości, po kilku obrotach korbką zaprzestajemy ściągania, pozwalając jej ponownie opaść na naprężonej pod jej ciężarem żyłce. Kiedy się położy, wszystko powtarzamy. I tak kilka razy, aż znajdzie się w strefie przybrzeżnej. Przy łowieniu okoni skoki te powinny mieć długość do 2 m, przy sandaczach – nieco więcej, 3 do 4 m, a szczupakach i sumach muszą być długie, 5 do 6 m. Szybkość prowadzenia – jak w rzekach.

Technikę tę można stosować zarówno przy błystkach wahadłowych, jak i obrotowych, woblerach tonących lub nietonących, obciążonych bezpośrednio lub na bocznym przyponie, wreszcie skoczkach, do takiego sposobu prowadzenia szczególnie przystosowanych.

W zbiornikach o strefie przybrzeżnej płytkiej i porośniętej należy stosować lekkie błystki wahadłowe oraz obrotowe o silnej rotacji, a także – lub może przede wszystkim – woblery pływające. Wszelkie te przynęty prowadzimy nad łąkami podwodnymi lub w korytarzach między roślinnością wynurzoną.
We wszystkich wypadkach niezależnie od wartości przynęt wynikających z ich konstrukcji trzeba sięgać po korzyści z umiejętnego ich prowadzenia; zwłaszcza zaś – zmiany głębokości, czyli ruchy w pionie. W wypadku modeli tonących uzyskujemy to przez opisane wcześniej układanie na dnie, a następnie unoszenie przez manewr wędziskiem uzupełniony zwijaniem żyłki. Woblery pływające będą się natomiast zagłębiały w trakcie ściągania, wędrowały natomiast w górę pod wpływem własnej wyporności, kiedy prędkość prowadzenia się zmniejszy.

Na atak ryby powinniśmy być przygotowani właśnie w momentach zmian rodzaju ruchu: przy unoszeniu z dna, wypływaniu woblera, rozpoczęciu opadania przynęty tonącej po zaprzestaniu prowadzenia po prostej. Branie odczuwamy łatwo, jeśli następuje w trakcie zwijania żyłki. Gorzej, gdy wypada ono podczas opadania lub samorzutnego wypływania. Toteż także w trakcie tych ruchów bezwładnościowych trzeba zachowywać stały kontakt z przynętą. Stałe naprężenie żyłki uzyskamy przez właściwe e ustawienie wędziska. W każdej chwili musimy być gotowi do zacięcia. Sygnał do niego może stanowić każda zauważona lub odczuta zmiana w ruchu przynęty. Bywa ona sygnalizowana poluzowaniem żyłki, czasem nawet zwiśnięciem, nie uzasadnionym zaprzestaniem tonięcia lub wypływania itd.

Wszystkie te elementy aktywnego łowienia są w pełni do zastosowania także przy łowieniu z łodzi. Umożliwia ona dodatkowo swobodny wybór łowiska. W znacznym stopniu też zmniejsza niebezpieczeństwo utraty blachy czy woblera na nieuniknionych zaczepach. Zawsze bowiem można podpłynąć od strony najkorzystniejszej dla odczepienia. Pozwala wreszcie na wykorzystanie pełnego zestawu przynęt. Szczególne jednak możliwości otwierają się tu przed skoczkami, czyli twisterami. Można – i należy – je prowadzić nie tylko w warstwie przydennej, lecz także w połowie lub jednej trzeciej głębokości.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o